Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kupcy protestują przeciwko rozporządzeniu prezydenta Aleksandra Łukaszenki nr 222. Zobowiązuje ich ono do posiadania pakietu certyfikatów potwierdzających kraj, z którego pochodzi sprzedawany towar. Nowe prawo weszło w życie 1 stycznia. "Za brak certyfikatów grozi grzywna" - informuje rządowa agencja informacyjna Biełta.

- Problem polega na tym, że dokumenty - a chodzi o specjalne zaświadczenie nowego rodzaju - trudno jest zdobyć, zwłaszcza jeśli towar pochodzi z Rosji, bo tamtejsze władze ich nie wymagają - mówi "Wyborczej" Anatol Szumczenka, szef stowarzyszenia przedsiębiorców Perspektywa. I zwraca uwagę, że nawet ci, którzy mają cały pakiet dokumentów, boją się handlować, gdyż nie wiadomo dokładnie, jakie papiery zadowolą kontrolerów. A to oznacza, że możliwa jest konfiskata towaru pod byle pretekstem.

Szumczenka szacuje, że w całym kraju w proteście uczestniczy ok. 100 tys. osób; mają nadzieję, że rząd pójdzie na ustępstwa, zawieszając rozporządzenie 222.

Podobne strajki wybuchają co jakiś czas od początku tego stulecia. Wcześniej rzeczywiście przynosiły skutki i władze wycofywały najbardziej kontrowersyjne rozporządzenia, ale służby specjalne natychmiast zabierały się za ich organizatorów. Wielu prześladowano, niektórzy mieli nawet sprawy karne. Dlatego obecny protest rozwija się żywiołowo - nie ma ulotek nawołujących do udziału w nim, nie ma liderów ani komitetu strajkowego, który chciałby pertraktować z władzami.

- Zwalczając zorganizowany ruch przedsiębiorców władza otrzymała coś znacznie gorszego - żywiołowy protest. Na 11 stycznia zwołujemy antykryzysowe forum przedsiębiorców, by zastanowić się, jak działać w tych warunkach - mówi Szumczenka.

Tłem strajku jest pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju. Początek roku przyniósł wstrzymanie pracy wielu dużych państwowych przedsiębiorstw. Na przymusowy urlop (od 25 grudnia do 11 stycznia) wysłano m.in. pracowników fabryk samochodów MAZ, Bielaz i Gomsielmasz.

Spadek cen ropy i skurczenie się rosyjskiego rynku, który pozostaje głównym odbiorcą białoruskich towarów, pogorszyły kondycję państwowych firm. Według oficjalnych statystyk co trzecie przedsiębiorstwo pracuje ze stratami.

Zdaniem ekonomisty Jarosława Romańczuka z Centrum Naukowo-Badawczego im. Ludwiga von Misesa konflikt z kupcami ma podłoże czysto ekonomiczne. - Wycinając drobny handel, rząd działa w interesie dużych sieci handlowych, napędzając im klientów. Na skutek rozporządzenia 222 pracę może stracić do 20 tys. kupców - mówi "Wyborczej" Romańczuk.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.