Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ta reakcja nastąpiła błyskawicznie. Tuż po zamachach radiostacje moskiewskie zmieniły swój nocny program. Niemal wszystkie mówiły o tym samym - o winie samych Francuzów: o bluźniercach z "Charlie Hebdo" prowokujących wyznawców islamu, o wszelkich "grzechach Francji". Wydzwaniani z redakcji eksperci przypominali na przykład błędy polityki kolonizacyjnej Paryża w XIX wieku. Niemal ze wszystkich anten dochodziła "krytyka europejskiego obrazu życia".

A najmniej w nocy z piątku na sobotę było wyrazów ludzkiego współczucia dla ofiar. Wyjątkiem, co zresztą nie dziwi, okazało się radio Echo Moskwy, w którym na Zachód patrzą przychylnie, a Francję i znają, i po prostu lubią.

Dyżurnym politykiem, który tamtej w nocy na gorąco komentował wydarzenia w Paryżu, był Franc Klincewicz, zastępca szefa senackiej komisji do spraw obrony. Według niego zamachy są "skutkiem nieprzemyślanej polityki imigracyjnej Francji" i tego, że w Paryżu nie brano pod uwagę rosyjskich "ostrzeżeń przed tym, że do kraju przenikają bojownicy islamscy". Senator zapowiadał, że do podobnych zamachów może dojść i w innych państwach Europy.

Ten surowy dydaktyczny ton zmienił się rano, gdy Władimir Putin wyraził współczucie Francuzom w telegramie do Francois Hollande'a, pisząc między innymi: "W tę niełatwą dla Francji godzinę proszę przekazać bliskim zabitych słowa szczerego współczucia i wsparcia, a wszystkim, którzy ucierpieli z rąk ekstremistów - życzenia jak najszybszego powrotu do zdrowia".

Prowadzący wieczorny program informacyjny na kremlowskim kanale Rossija 1 wystąpił na tle francuskiej flagi, opowiadając, jak mocno kocha Francję.

Goście wieczornych telewizyjnych talk-show trzymali się jednak swego. Oni, jak to określił Andriej Archangielski, felietonista bardzo ciekawej gazety internetowej Slon.ru, "z radością" zapowiadali, że teraz Zachód na pewno ograniczy swobody obywatelskie, "zamknie granice", wprowadzi "stan wyjątkowy", "zareaguje srogo", "zaostrzy środki bezpieczeństwa". - Dla tych ludzi o psychologii siłowej takie słowa brzmią jak muzyka - ocenił Archangielski.

Politolog Dmitrij Kulikow, gość wieczornego programu publicystycznego Władimira Sołowiowa na Rossii 1, z entuzjazmem wykrzykiwał: - Wprowadzą państwo policyjne! Nie ma najmniejszych wątpliwości!

- Tak, jeśli kraj prowadzi wojnę, nie wolno trzymać się polityki otwartych drzwi - wtórował mu prowadzący. W studiu zastanawiano się, jakie ograniczenia swobód obywatelskich Francja, wzorując się oczywiście na Rosji, musi teraz wprowadzić. Padały też propozycje, by w związku z zamachami w Paryżu zmienić również przepisy rosyjskie, na przykład zaostrzyć i tak już wciąż zaostrzane prawo o zgromadzeniach publicznych.

Taki związek francuskiej przyczyny z bardzo przecież odległym od niej rosyjskim skutkiem nie zaskakuje. Po tragedii w Biesłanie, do której doszło w 2004 r., Putin, uzasadniając to potrzebą walki z terroryzmem, odebrał mieszkańcom regionów Rosji prawo wybierania gubernatorów, ogłaszając, że od teraz będą oni naznaczani przez Kreml.

Wniosek z debat prowadzonych na Rossii 1 i innych kanałach wypływa ten sam: tragedia paryska oznacza koniec epoki, ostateczny kres "lekkomyślnej" polityki Zachodu, "filozofii multikulturalizmu", czas więc wyrzec się niebezpiecznych swobód.

Władze liczą na to, że zamachy w Paryżu zmienią stosunek Zachodu do Rosji. O tym mówił Siergiej Rabkow, rosyjski wiceminister spraw zagranicznych. - Mamy nadzieję, że wydarzenia w Paryżu postawią wszystko na swoim miejscu i nieco zmienią skalę priorytetów naszych kolegów w Waszyngtonie oraz innych stolicach NATO-wskich - powiedział dyplomata w wywiadzie dla agencji Interfax.

Władimir Putin na spotkaniu z przywódcami państw grupy BRICS wezwał świat do jednoczenia się w walce z terroryzmem na podstawie "zasad przyjętych przez ONZ". Obserwatorzy moskiewscy rozumieją, że prezydentowi chodzi o to, by inne kraje przyłączyły się do Rosjan prowadzących operacje bojowe w Syrii.

Na tragedię paryską bardzo szybko zareagowali też zwykli moskwianie. Już nocą z piątku na sobotę przynosili znicze i kwiaty pod ambasadę Francji. Od stacji metra Oktiabrskaja do bramy placówki w kilku rzędach stali w 200-metrowej kolejce, by złożyć bukiety i zapalić świece.

Rozmawiając z reporterami, mówili, że sami dobrze wiedzą, co znaczy żyć w mieście, w którym grasują terroryści. Przypominali krwawe zamachy na metro moskiewskie w 2004 i 2010 roku, tragedię w teatrze na Dubrowce w roku 2002, wysadzenie w powietrze domów w stolicy we wrześniu 1999. I przypominali, że Rosjanie, tak samo jak teraz Francuzi, padli ofiarą islamistów mszczących się za operacje militarne w Syrii. Przecież właśnie w sobotę minęły dwa tygodnie od dnia, kiedy 224 Rosjan zginęło na Synaju w wyniku zamachu terrorystycznego na rosyjski samolot.

----

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.