Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sekta potomków Kaina wywołuje kolorowe rewolucje na całym świecie, wtrącając kolejne kraje w otchłań przemocy i wojen. Próbują mieszać i na Białorusi, ale tu zdecydowany odpór daje im prezydencka służba bezpieczeństwa - oto treść fabularnego filmu "My, bracia", który od tygodnia jest pokazywany w całym kraju.

"My, bracia" (angielski tytuł "Code of Cain") jest reklamowany jako "projekt narodowy" współfinansowany przez państwowo. Jego twórcy nie kryją, że białoruskie władze ingerowały w treść obrazu, nadając mu pożądany polityczny wydźwięk.

- Początkowo w filmie nie było scen z protestów po wyborach prezydenckich 2010 r., zostały jednak włączone, gdyż był to jeden z warunków stawianych przez ministerstwo kultury - przyznał w wywiadzie producent Siarhiej Żdanowicz.

Duży budżet na propagandową nudę

Budżet opiewający na 5 mln dol. pozwolił zaangażować 59-letniego amerykańskiego aktora Erica Robertsa (znany z drugoplanowych ról m.in. w "The Specialist", "Final Analysis" czy "Public Enemy") oraz gwiazdę rosyjskiego kina Aleksieja Sieriebriakowa ("Lewiatan"), a także nie oszczędzać na efektach specjalnych. W filmie jest sporo wybuchów, karkołomnych pościgów oraz scen walk demonstrantów z białoruską milicją.

Jednak krytycy nie oszczędzają filmu; uważają, że jest nudny.

- Jest wzorowany na amerykańskim kinie klasy B z lat 80. To nieudolna próba przedstawienia Białorusi przez język popkultury - mówi "Wyborczej" krytyk filmowy Maksim Żbankou.

Jego zdaniem Białoruś, którą widać na ekranie, przypomina obrazki z państwowej telewizji pokazujące osiągnięcia prezydentury Aleksandra Łukaszenki. Są więc sukcesy sportowe, ciężarówki Biełaz oraz gmach biblioteki narodowej. No i jest walka sił ciemności z siłami światła - te ostatnie są oczywiście reprezentowane przez białoruska władzę.

Obraz "My, bracia" wszedł na ekrany w trakcie kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi. Filmowy prezydent Białorusi, chociaż nie pojawia się na ekranie, osobiście dowodzi operacjami służb specjalnych, ratując w ten sposób kraj przed rewolucją i upadkiem; jawi się jako obrońca pokoju i ładu społecznego.

Białorusinom nie w głowie rewolucja

Podobny przekaz niesie kampania wyborcza Aleksandra Łukaszenki, który mówi, że głównym jego osiągnięciem jest zagwarantowanie Białorusi pokoju i spokoju.

- Oczywiście to nie przypadek, że film o wybitnie politycznym przekazie wchodzi na ekrany w finale prawdziwej kampanii prezydenckiej. Miał przemówić do odbiorcy nowoczesnym językiem, promując obecną władzę - mówi "Wyborczej" politolog Walery Karbalewicz z Centrum Analitycznego "Strategia". Jednak zwraca uwagę na to, że w białoruskim społeczeństwie film nie wzbudził większego zainteresowania. I że obecnie w kraju nie widać "zagrożenia" jakąkolwiek rewolucją.

- Majdan i wojna na Ukrainie wystraszyły Białorusinów, można wręcz mówić o traumie. Dlatego dziś nie ma u nas podłoża dla jakiejkolwiek rewolucji. Film trafia w pustkę - uważa Karbalewicz.

11 października Białoruś czekają wybory prezydenckie. Aleksander Łukaszenka ubiega się o ten urząd po raz piąty. Wszystko wskazuje na to, że podzielona i niemająca wspólnego scenariusza wyborczego opozycja nie będzie w stanie temu przeszkodzić.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.