Mikoła Statkiewicz i pięciu więźniów politycznych opuścili w sobotę białoruskie więzienia. To znak, że prezydentowi Łukaszence skończyły się pieniądze i zwraca się ku Zachodowi.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

59-letni Statkiewicz w 2010 r. jako jeden z kandydatów opozycji startował w wyborach prezydenckich. Za kraty trafił w wyborczy wieczór 19 grudnia, gdy się okazało, że Aleksander Łukaszenka wbrew obietnicom składanym Unii Europejskiej znowu sfałszował wybory, a prowokatorzy z KGB zaczęli atakować budynki rządowe w Mińsku, dając w ten sposób pretekst do rozprawy z opozycją. O organizację tych zamieszek oskarżono właśnie Statkiewicza. Dostał sześć lat. Jeszcze w zeszłym tygodniu wszystko wskazywało na to, że odsiedzi całą karę, bo konsekwentnie odmawiał napisania prośby do Łukaszenki o ułaskawienie.

W sobotę Łukaszenka polecił jednak zwolnić Statkiewicza z więzienia. Razem z nim na wolność wyszło pięciu skazanych razem z nim opozycjonistów.

Rządowa agencja Biełta tłumaczyła to względami humanitarnymi. Niezależni eksperci łączą zwolnienie więźniów politycznych z pogarszającą się sytuacją gospodarczą Białorusi. Ich zdaniem Łukaszenka liczy na pomoc UE.

Rozmowa z Mikołą Statkiewiczem

ANDRZEJ POCZOBUT: Aleksander Łukaszenka kilkakrotnie zapowiadał, że jeśli nie poprosi pan o ułaskawienie, to zostanie pan w więzieniu. Dlaczego teraz ustąpił?

MIKOŁA STATKIEWICZ: Łukaszenka chciał mnie upokorzyć i zniszczyć jako polityka. Później już nawet nie chcieli, bym się przyznawał do winy, mówili, że wystarczy, jak napiszę do niego: "Proszę mnie wypuścić". Ale nie widziałem potrzeby, by o cokolwiek go prosić. Miał ze mną problem. Im dłużej mnie trzymał za kratami, tym większy miałem autorytet, ale wypuszczać na wolność nie chciał, bo się nie ukorzyłem.

Ale teraz reżim nie ma pieniędzy, w kraju szaleje kryzys. Potrzebne są zachodnie kredyty. Musieli więc nas puścić. Gdyby nie to, siedziałbym dalej.

Jakie są pana pierwsze wrażenia na wolności?

- Z więzienia zawieźli mnie na dworzec autobusowy i wsadzili do autobusu do Mińska. Poprosiłem o komórkę, by zadzwonić do żony. Ludzie słyszeli rozmowę i zorientowali się, kim jestem. Ich strach było czuć w powietrzu. A gdy dojechaliśmy do Mińska, do kierowcy zadzwonił z dworca kierownik ruchu. Pytał: "Kogo wieziesz, bo tu tłum ludzi". Na dworcu stało kilkaset osób bez strachu. To byli zupełnie wolni ludzie. Jaki to był kontrast między nimi a pasażerami autobusu. Po raz pierwszy od pięciu lat mogłem w końcu objąć żonę. Nasze więzienne widzenia zawsze odbywały się przez szkło, rozmawialiśmy przez telefon.

Co było najtrudniejsze w więzieniu?

- W więzieniu KGB przez 24 dni prowadziłem strajk głodowy, protestując przeciwko bezprawnemu aresztowaniu. W łagrze skierowano mnie do najcięższej pracy, w więzieniu o zaostrzonym rygorze do mojej celi wsadzono psychicznie chorego. Później umieszczono mnie w celi z ludźmi, którzy są na dole więziennej hierarchii, by mnie upokorzyć. Zagroziłem, że podetnę sobie żyły, jeżeli mnie nie posadzą w normalnej celi. Często bywało brutalnie. Najgorsze to jednak poczucie, że jest się zamurowanym w czterech ścianach. Cela ma 35 kroków obwodu, spacerniak różni się od niej jedynie kratami zamiast dachu. Twoje życie toczy się tylko w tym obszarze. Czas płynie, nic się nie zmienia. Taka powolna śmierć.

Jak pan dawał sobie radę?

- Czytałem, pisałem listy, ćwiczyłem, zacząłem uczyć się angielskiego. W więzieniu trzeba być twardym.

Po zwolnieniu wszystkich więźniów politycznych UE rozpocznie rozmowy z Łukaszenką. Co radzi pan Zachodowi?

- By trzymał się zasad. Na dialogu skorzysta tylko Łukaszenka. Dostanie pieniądze i przetrwa najtrudniejsze czasy. Później znowu weźmie zakładników i będzie się targował z Zachodem. Zachodni politycy powinni pamiętać o wartościach, na których są zbudowane ich państwa. Trzeba pokazać Białorusinom, że wartości to nie są puste frazesy. Że ich nie zdradzą w imię realpolitik. To zagrzeje ludzi do walki o lepsze życie. Inaczej Rosja jeszcze szybciej podporządkuje sobie Białoruś.

11 października odbędą się wybory prezydenckie. Czego pan się spodziewa?

- Po raz pierwszy odbędą się bez udziału rzeczywiście opozycyjnego kandydata. Prawdziwi opozycyjni kandydaci [chodzi o liderów opozycyjnych partii Anatola Labiedźkę i Siarhieja Kalakina] nie zdołali zebrać potrzebnej liczby podpisów. Ich sytuacja jest bardzo trudna, bojkot w tych warunkach będzie wyglądać jak płacz słabeuszy, którzy nie zdołali zebrać podpisów i teraz się awanturują. Z drugiej strony popieranie kandydatki, która została zarejestrowana [chodzi o Taccianę Karatkiewicz z ruchu Mów Prawdę, którą kokietuje ostatnio Łukaszenka, a część opozycji zachowuje wobec niej dystans], jest bardzo niebezpieczne. Po wyborach może ona złożyć gratulacje Łukaszence, co spowoduje, że wybory zostaną uznane. Tymczasem nie będą one wolne i demokratyczne. Przecież opozycji nie dopuszcza się ani do mediów, ani do komisji wyborczych.

Co teraz będzie z panem?

- Nigdy nie zaprzestałem walki. W więzieniu czasem miałem uczucie, że robię więcej dla Białorusi, niż kiedy byłem na wolności (śmieje się). Zamierzam dalej zajmować się polityką.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem