Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polub nas na Facebooku

"Lekarz z Homla przechowywał w domu 178 butelek wódki, wina, koniaków, rumów, balsamów. Zgromadził tę kolekcję, otrzymując prezenty od pacjentów. O istnieniu limitu nie wiedział. Został ukarany grzywną 2 mln rubli [to równowartość 480 złotych], alkohole zostały skonfiskowane" - ogłosiła pod koniec maja na oficjalnej stronie internetowej rejonowa administracja Homla.

Rychło się okazało, że to nie przejaw nadgorliwości lokalnych urzędników, lecz nowy kierunek polityki państwowej.

- Ja takiego kolekcjonowania nie rozumiem. Poczęstować, podzielić się, to owszem, rozumiem. Ale po prostu zbierać butelki i gapić się na nie? Coś takiego trudno pojąć - powiedział w wywiadzie dla państwowej telewizji ONT deputowany parlamentu Uładzimir Czerewacz.

Od tygodnia białoruskie urzędy skarbowe polują na nadwyżki alkoholi w mieszkaniach obywateli. Okazało się bowiem, że zgodnie z prawem Białorusin ma prawo przechowywać w domu do 5 litrów alkoholu kupionego za granicą, na którym nie ma białoruskich akcyz, albo do 15 litrów w butelkach z białoruskimi akcyzami.

W każdym przypadku powinien udowodnić, że nabył trunki zgodnie z prawem, pokazując np. paragony. Limit został wprowadzony jeszcze w 2005 roku rozporządzeniem Aleksandra Łukaszenki, a w 2013 roku to ograniczenie wprowadzono do kodeksu administracyjnego. Jednak dopiero teraz władze zaczęły rygorystycznie egzekwować przepisy, konfiskując alkohol i nakładając grzywny. Tłumaczą to koniecznością zwalczania nielegalnego handlu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.