Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- 9 maja będzie u nas defilada taka sama jak w Moskwie - oświadczył w sobotę Łukaszenka. W ten oto sposób faktycznie przyłączył się do bojkotu organizowanych przez Władimira Putina obchodów 70. rocznicy zwycięstwa nad Niemcami w II wojnie światowe.

Wielcy nieobecni

Moskwa szykuje wielką defiladę wojskową, która ma się stać kulminacją organizowanych w Rosji na szeroką skalę obchodów (od lat należą one do najważniejszych świąt państwowych). Prezydent Putin tradycyjnie chciał tam zebrać najważniejszych światowych przywódców, jak udało się to w 2005 r., podczas obchodów 60. rocznicy.

Jednak teraz nie ma najmniejszych szans na powtórzenie tamtego sukcesu. Z powodu zaangażowania się Rosji w wojnę na Ukrainie większość zachodnich polityków nie przyjęła zaproszenia. W Moskwie nie pojawią się prezydent USA Barack Obama, premier Wielkiej Brytanii David Cameron ani kanclerz Niemiec Angela Merkel.

W ostatnich tygodniach rosyjska dyplomacja intensywnie zabiegała o to, by 9 maja Putin nie był osamotniony. Już wiadomo, że defiladę będą oglądać przywódcy Chin, Indii, Korei Północnej, Mongolii i paru innych krajów azjatyckich i afrykańskich. Będą też obecni przedstawiciele państw postradzieckich. Wyjątek stanowią skłócone z Rosją Ukraina, Gruzja i Mołdawia.

Ugłaskać Zachód czy może coś zademonstrować?

- W związku z konfliktem z Zachodem obecność na moskiewskich obchodach jest traktowana jako demonstracja "kto nie z nami, ten przeciwko nam" - mówi "Wyborczej" białoruski politolog Paweł Usau, dyrektor Centrum Politycznych Analiz i Prognoz. Dlatego decyzja Łukaszenki została w Rosji odczytana jako demonstracja nielojalności.

- Łukaszenka zdawał sobie sprawę z tego, jakie spekulacje wywoła. Ten jego gest nie będzie sprzyjał wzmocnieniu relacji pomiędzy władzami Rosji i Białorusi - oświadczył w wywiadzie dla rosyjskiej "gazeta.ru" dyrektor rosyjskiego Instytutu Krajów WNP Konstantin Zatulin.

Zdaniem Zatulina za decyzją białoruskiego prezydenta stoi chęć ugłaskania Zachodu przed zapowiedzianymi na jesień wyborami prezydenckimi.

- Teraz staje się oczywiste, kto jest naszym sojusznikiem, a kto im nie jest (...). Decyzja Łukaszenki to sygnał dla Zachodu - mówi w wywiadzie dla telewizji LifeNews Bogdan Bezpałko, dyrektor Instytutu Ukrainistyki i Białorutenistyki Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego.

Sam Łukaszenka podał inne przyczyny swojej decyzji. - Zgodnie z konstytucją nikt oprócz głównodowodzącego nie może przyjmować defilady. Więc albo będzie defilada w Mińsku, albo jej nie będzie. To jest niedopuszczalne, by pod nieobecność głównodowodzącego w stolicy zgromadzono tyle wojska - oświadczył prezydent.

Skrytykował też zachodnich przywódców, którzy bojkotują Moskwę: - Nie popieram tych polityków, którzy dziś, z powodów ambicjonalnych, nie chcą przyjechać do Moskwy, chociaż wcześniej to obiecali. Jeśli to gest przeciwko Rosji, jest to błąd.

Konstytucja o defiladzie nie mówi

- Białoruska konstytucja w żaden sposób nie odnosi się do organizowania wojskowych defilad. Nie ma tam stwierdzenia, że musi je przyjmować prezydent. W ogóle nie ma w niej nic o defiladach. Stwierdzenie Łukaszenki to banalna wymówka - mówi "Wyborczej" Mieczysłau Gryb, były przewodniczący Rady Najwyższej Białorusi.

Nieobecność Łukaszenki w Moskwie podczas obchodów rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem stała się pewną tradycją. Nie było go na defiladzie w 2005 i w 2010 r. - zawsze wolał być wtedy w Mińsku.

- Dla białoruskiej ideologii państwowej 9 maja to ważna data i Łukaszenka ma obchody tego święta pod kontrolą. Dlatego nie warto tłumaczyć sobie jego nieobecności w Moskwie gotowością do polepszenia stosunków z Zachodem - uważa Usau.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.