Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie pociągi jadące do przygranicznych stacji na Ukrainie są wypełnione po brzegi. - Nie ma nie tylko miejsc siedzących, ale czasem nawet nie ma gdzie stać - powiedział "Wyborczej" Wasil Mackiewicz z leżącego 30 km od granicy z Ukrainą Pińska.

Mimo wojny i trudnej sytuacji gospodarczej Ukraina nagle stała się bardzo atrakcyjna dla Białorusinów. Mięso i słoninę można tam kupić dwukrotnie taniej niż na Białorusi, jabłka są tańsze o 40-50 proc., środki czystości - o 30-40 proc.

- Wcześniej popularne były wyjazdy do Polski, ale po dewaluacji rubla Polska zrobiła się droga, a na Ukrainie hrywna też została zdewaluowana. Już przedtem było tam taniej niż u nas, ale teraz to już w ogóle jest eldorado - tłumaczy Mackiewicz. W styczniu za jednego dolara płacono 16 hrywien, a dziś 24 czy nawet 26 hrywien.

Jak częste wizyty u wschodnich sąsiadów wpływają na nastroje społeczne w przygranicznych regionach Białorusi? I czy zmienia się sposób postrzegania Ukrainy? Mieszkańcy Białorusi masowo oglądają rosyjską telewizję, która demonizuje ukraińską rzeczywistość. Teraz mają okazję skonfrontować ten obraz z prawdziwym stanem rzeczy.

- Po Majdanie ludzie, którzy oglądali rosyjską telewizję, bali się jechać na Ukrainę - mówi białoruski dziennikarz Anatol Gatouczyc z Homla leżącego 40 km od granicy z Ukrainą. - Teraz sytuacja się zmieniła. Ludzie jeżdżą i widzą, że w przygranicznych rejonach toczy się normalne życie. Teraz nawet się śmieją z tych, którzy cały czas pozostają pod wpływem mediów i wciąż boją się jechać.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.