Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kto dziś w Europie wypomni Aleksandrowi Rygorawiczowi tłumienie wolności słowa, gnębienie opozycji, "rastrielny" pistolet, który opuszczał specjalny państwowy sejf akurat wtedy, kiedy bez wieści przepadał kolejny przeciwnik dożywotniego chyba prezydenta.

Co się stało z międzynarodową izolacją Mińska, gdzie wcale "nieostatni", bo już, jak mówią Rosjanie, "biały i puszysty" "wiadrami kawy" krzepi na ciele przywódców europejskich demokracji znużonych kłótniami z tym, kto odebrał mu niechlubny tytuł.

Łukaszenka gołąbkiem pokoju

Aleksander Rygorawicz w roli gospodarza spisuje się znakomicie. Angeli Merkel wręczy miły bukiecik, na lotnisku przed trapem jej samolotu postawi strojne panny z chlebem i solą. Na powitanie Francois Hollande'a posyła jeszcze bardziej rumiane dziewoje z rumianym bochnem.

A Władimira Putina wita już i bez chleba, i bez soli. Chytry jest i wie, że kolega z Kremla śmiertelnie boi się trucicieli, nie weźmie więc do ust niczego, czego wcześniej nie przełknął specjalny ochroniarz.

Tak, rację mają Rosjanie mówiąc, że "wajna wsio spiszet", czyli "wojna skreśli" wszelkie winy i grzechy. W przypadku Łukaszenki aneksja Krymu i zbrojna ingerencja Rosji na wschodzie Ukrainy "skreśla" przynajmniej tymczasem i represje, i sfałszowane wybory. I na tle tego, czego dopuszcza się Putin, Łukaszenka przestał być "ostatnim", a staje się zupełnie niespodziewanie gołąbkiem pokoju.

Poszczęściło mu się nie tylko przez to, że tak przypadkowo zbiegły się okoliczności. Nieoczekiwaną zamianę miejsc z sąsiadem zawdzięcza w dużej mierze swojemu sprytowi. Choć jest niby największym sojusznikiem Moskwy, nie uznał niepodległości zrabowanym przez Rosjan Gruzinom Abchazji i Osetii Południowej. Nijak nie poparł aneksji Krymu, słowem nie potępił, choć Kreml bardzo by tego chciał, "faszystowskiego reżimu w Kijowie", przeciwnie - bardzo poprawnie układa sobie relacje z Petrem Poroszenką.

Na kryzysie rosyjskim wszyscy tracą, a Mińsk zarabia

A Putinowi gra na nosie. Różne rosyjskie sanepidy, urzędy celne grzmią na Mińsk, że przemyca do Rosji zakazane tu frykasy z Zachodu. Mimo to mamy w sklepach (po 4,20 zł, a więc bardzo tanie) "białoruskie" jabłka spod Grójca, "białoruskie" cytryny i mandarynki. Wydaje się, że w jeziorze Świteź pluskają już nie Mickiewiczowskie rusałki, tylko łososie, ośmiornice i inne frutti di mare, które stąd trafiają na moskiewskie lady.

Białoruś, nie bacząc na pogróżki Moskwy, na całego przepakowuje towary z Europy, przekleja na nie nowe etykietki. Na kryzysie rosyjskim wszyscy tracą, a Mińsk zarabia.

Dyrektor sowchozu ogrywa Putina?

Dlaczego, kiedy wysublimowani przywódcy zachodni drżą przed potężnym ich zdaniem i bezceremonialnym Putinem, Łukaszenka, były dyrektor sowchozu, go ogrywa?

Właśnie dlatego. Dzisiejszy prezydent Rosji w jednym z pierwszych wywiadów, jakich już wiele lat temu udzielił, przyznał, że w młodości był "ulicznym chuliganem". I dziś po jego zachowaniu widać, że to prawda.

A "nieostatni" przez wiele lat kierował nie kołchozem, jak się u nas mówi, lecz sowchozem. Różnica jest, bo kołchoz to gospodarstwo kolektywne, jego szef, czyli prezes musiał się jakoś liczyć z opinią jego członków. A sowchozem kierował, i to z reguły twardą ręką, samodzielnie dyrektor. On musiał sobie sam radzić z pijanymi traktorzystami. Łukaszence zdarzało się nawet pogruchotać kości rozrabiającym podwładnym. On wie, że chuligan jest mocny i bezczelny, póki nie trafi na kogoś, kto się go nie boi i nie będzie się z nim patyczkował.

Nie, "ostatniemu dyktatorowi Europy" wybaczać i usprawiedliwiać go nie wolno, warto jednak czegoś się u niego nauczyć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.