Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- We wsi Hatówka niedaleko Iwieńca starsza kobieta wyszła na spotkanie weterynarzy i milicjantów z siekierą w jednej ręce i stłuczoną butelką w drugiej. Milicja poinformowała przełożonych, że nie może wykonać rozkazu, i dano kobiecie spokój. Jej świnia została nietknięta - opowiada "Gazecie" dziennikarz telewizji Biełsat Źmicier Hurniewicz.

Czasem opór przybiera bardziej zorganizowane formy. Portal Tut.by donosił, że "we wsi Łazduny ludzie z łopatami bronili swoich świń". "Jadą, milicja, weterynarze i jeszcze jacyś w krawatach. Stanęliśmy w poprzek drogi, żeby ich do wsi nie wpuścić. Starzy, młodzi, dzieci na rowerach... Mówimy: Nie macie tu nic do roboty (...). Złość i żadnego strachu. Nie oddamy i już!" - tak niezależna gazeta "Narodnaja Wola" opisywała inną akcję obrony zwierząt.

Afrykański pomór świń to wirusowa choroba zakaźna, na którą nie ma skutecznego antidotum. Nie jest groźna dla ludzi, ale szybko się rozprzestrzenia i może błyskawicznie doprowadzić do wyniszczenia zwierząt hodowlanych w całym kraju.

Władze ogłosiły epidemię w czerwcu i nakazały przymusowe wybicie wszystkich świń - także tych, u których nie stwierdzono choroby - na terenach objętych pomorem. To standardowe postępowanie w tego typu przypadkach. W sumie służby weterynaryjne przy wsparciu milicji zabiły setki tysięcy zwierząt.

Kiedy wielu mieszkańców wsi zaczęło ignorować rozporządzenie władz, wydawało się, że odpowiedzią będą represje. Na początku sierpnia służby odpowiadające za walkę z epidemią wydały nawet specjalne oświadczenie, grożąc karami osobom torpedującym działania władz. Było ono nagłaśniane przez rządowe media.

Nie przyniosło to jednak zamierzonego skutku. Sprawą zajął się więc prezydent Aleksander Łukaszenka.

- Niepokoi mnie nie tyle proces walki z chorobą, ile to, jak społeczeństwo reaguje na działania podejmowane przez miejscowe władze i służby weterynaryjne. Do administracji prezydenta wpłynęło wiele skarg, które sprowadzają się do tego, że po chamsku zachowujemy się wobec ludzi. Tego być nie powinno - oznajmił białoruski prezydent w trakcie specjalnej narady poświęconej walce z afrykańskim pomorem świń. I zaproponował proste rozwiązanie: - Zapłaćcie ludziom odpowiednie pieniądze za zabite zwierzę i po problemie.

Dlaczego zazwyczaj pokorni Białorusini postanowili stawić opór i zmusić władze, by zrobiły krok w tył? - Praktycznie w każdym gospodarstwie na wsi hoduje się świnie. Służby, podejmując potrzebne, ale nieprzygotowane informacyjnie działania, uderzyły w coś więcej niż kawałek własności Białorusinów. Uderzyły w tradycję, którą żyje wieś - mówi "Gazecie" białoruski filozof Walancin Akudowicz.

Przypomina on słynne opowiadanie pisarza Michasia Stralcoua "Zabicie wieprza" opisujące rozterki wiejskiej rodziny związane z uśmierceniem zwierzęcia. - Kiedy trzeba to zrobić, Białorusin czuje żal. To opisał Stralcou. A dziś sytuacja jest taka, że ktoś obcy przychodzi, zabiera, zabija i wywozi zwierzę w nieznane. Było oczywiste, że w odróżnieniu od spraw politycznych takie działania władzy wywołają czynny opór wsi - uważa Akudowicz.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.