Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Według oficjalnych danych, stopa bezrobocia na Białorusi waha się w granicach 0,6 proc. Za bezrobotnego uważa się tylko tę osobę, która zgłosiła się do urzędu pracy. Zasiłek jest mizerny - około 25 dolarów, a bezrobotny jest zobowiązany do podejmowania prac wskazanych przez urząd - najczęściej chodzi o zamiatanie ulic. Dlatego do urzędu zgłasza się znikoma część bezrobotnych.

To, że rządowe statystyki nie odzwierciedlają realnej sytuacji w gospodarce, potwierdził nawet białoruski premier. Michaił Miasnikowicz oświadczył, że liczbę Białorusinów, którzy nigdzie nie pracują, szacuje się na ponad 445 tys., czyli ponad 4 proc. osób w wieku produkcyjnym. Przyznał też, że rozważa możliwość wprowadzenia specjalnego podatku, który będą płacić białoruscy bezrobotni. - Ci ludzie nie przynoszą żadnej korzyści ekonomii - cytuje jego słowa rządowa agencja Biełta.

Niezależni eksperci oceniają, że realne bezrobocie na Białorusi waha się w granicach 6-10 proc.

- Wprowadzenie podatku od bezrobocia to ewidentna głupota. Czegoś podobnego nie ma w żadnym znanym mi państwie - mówi "Gazecie Wyborczej" ekonomista Jarosław Romańczuk z Centrum Naukowo-Badawczego im. Ludwiga von Mizesa.

Rozporządzenie zakazujące zwolnień

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy białoruscy urzędnicy zgłaszają coraz bardziej kontrowersyjne pomysły w sprawie walki z bezrobociem i szarą strefą. Problemem jest spadek pensji w państwowych zakładach - powoduje on, że coraz większa liczba Białorusinów zwalnia się z pracy.

By powstrzymać ten proces, Aleksander Łukaszenka wydał rozporządzenie zakazujące zwolnień pracowników z zakładów przemysłu drzewnego. Jednak zakaz dał niewiele. Ludzie i tak wolą wyjechać do pracy do Rosji, bądź, jeżeli mieszkają w rejonach przygranicznych, zająć się handlem, niż pracować za grosze w nierentownych zakładach.

Pojawienie się kategorii ludzi, którzy oficjalnie nigdzie nie pracują, ale mimo to posiadają pieniądze, bardzo martwi białoruskie władze.

- Ci ludzie żyją lepiej niż robotnicy. Nie płacą żadnych podatków, nie płacą odsetek na fundusz emerytalny, nie uczestniczą w tworzeniu budżetu państwa, a korzystają z ulg socjalnych opłacanych z publicznych pieniędzy. To jest problem, który musimy rozwiązać - mówił w grudniu wicepremier Anatol Tozik.

Rozwiązanie? Reforma przestarzałych zakładów

Urzędnicy zgłaszali już różne pomysły: chcieli m. in. wprowadzić dla bezrobotnych opłaty za pomoc medyczną i obowiązek corocznego deklarowania swoich dochodów, by zmusić ludzi do ujawnienia źródeł swoich zarobków.

Jednak na razie to wszystko pozostawało na papierze, a władze nie zaryzykowały podjęcia tak kontrowersyjnych działań.

- Jedynym rozwiązaniem tego problemu jest reforma przestarzałych zakładów, która sprawi, że staną się one konkurencyjne i będą przynosić zyski. Wtedy robotnicy będą dostawali tam normalną pensję i nie będą szukali szczęścia za granicą - mówi Jarosław Romańczuk.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.