Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Andrzej Poczobut: 23 września Białorusini wybiorą 110 deputowanych Izby Reprezentantów. Ale na ulicach kampanii wyborczej prawie nie widać. Wydaje się, że nikogo nie obchodzi jej przebieg ani wynik.

Wolha Abramaua*: Naród jest widzem, od którego nic nie zależy. A spektakl, który się rozgrywa, jest po prostu nieciekawy. Władza przez długi czas wypychała z polityki dynamicznych i zdecydowanych graczy, opozycji zaś brakuje świeżych pomysłów. Ogólnie nuda.

Opozycja tłumaczy brak zainteresowania wyborami tym, że społeczeństwo wie o ich fałszowaniu.

- Ale też ponosi winę za obecny stan rzeczy. Nie wypracowała żadnej sensownej strategii, która by przekonała ludzi. Pogłębia jedynie brak zaufania do wyborów, robiąc to na dodatek nieudolnie.

Trzykrotnie weszła pani do parlamentu, ale w 2008 r. nieoczekiwanie przegrała wyborczy wyścig. Ówczesna wiceszefowa administracji prezydenta (najważniejszy ośrodek władzy na Białorusi), Natalia Piatkiewicz, z góry o tym wiedziała i... zaproponowała w zamian inne stanowisko. Powiedziała pani wtedy, że miała dowody na fałszowanie wyborów. Czy władza zareagowała na te słowa?

- Wcale. A administracja prezydenta nie tylko znała wyniki przed głosowaniem, zadecydowała też o usunięciu mnie z parlamentu (śmiech). Jeśli nasza władza czegoś się naprawdę boi, stosuje taktykę przemilczania. Tak było i w tym wypadku.

W 2008 r. Łukaszenka prowadził dialog z Zachodem. Oczekiwano, że wpuści do parlamentu paru opozycjonistów, europejscy, w tym polscy politycy prowadzili z nim pertraktacje. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Ale gdy ogłoszono wyniki, opozycjonistów na liście nie było. Co więcej, usunięto postacie demonstrujące swoją niezależność, m.in. panią. Dlaczego?

- Łukaszenka nie ufa Zachodowi, i to się nigdy nie zmieni. Uważa, że Zachód go okłamie, więc sam woli go ogrywać. Zresztą cały ten dialog z Europą był mu potrzebny tylko do rozgrywki z Rosją jako straszak. Zachód jest dlań absolutnie obcy, Łukaszenka nie uznaje jego wartości. Ciągnie nas ku krajom, gdzie mają miejsce socjalistyczne eksperymenty; stąd przyjaźń z Chinami...

To nie tłumaczy, dlaczego władza nie zgadza się na obecność kilku opozycjonistów w parlamencie. Przecież jego rola w białoruskim systemie nie jest wielka.

- Mamy pozorowaną demokrację: parlament to u nas fasada, tak samo jak wybory. Są w innych krajach, więc i my musimy je mieć. Decyzje formalnie podejmowane przez deputowanych zapadają jednak w administracji prezydenta. Dlaczego nie wpuszczono do parlamentu nikogo z opozycji? Łukaszenka woli niszczyć wszelkie zagrożenia w zarodku. Zdaje sobie sprawę, że sytuacja może się wymknąć spod kontroli. Jak w 2002 r., gdy z inicjatywy Uładzimira Kanaploua [wówczas wiceprzewodniczący parlamentu, osoba z najbliższego otoczenia Łukaszenki] powstała w parlamencie grupa deputowanych Republika. Rzekomo niezależna, ale złożona z ludzi namaszczonych przez władzę. I co? Nie udało się utrzymać ich pod kontrolą! Kiedy jej liderzy Walery Frałou i Uładzimir Parfinowicz poczuli smak prawdziwej polityki, zaczęli się usamodzielniać. I pod koniec Republika stała się autentycznie niezależna. Dlatego żaden z jej członków nie wszedł ponownie do parlamentu, a eksperyment uznano za nieudany. Władza nie chce go powtarzać.

To znaczy, że nigdy nie zgodzi się na opozycjonistów w parlamencie?

- W takich spersonifikowanych reżimach jak nasz możliwe jest odgrywanie roli błazna, któremu - podobnie jak kiedyś na dworze królewskim - wolno więcej niż pozostałym. Jeśli znalazłby się polityk gotowy przekonująco wejść w taką rolę, byłby do zaakceptowania. Ale dziś można być w parlamencie jedynie za zgodą władzy - jeśli padnie rozkaz "nie przeszkadzać", wówczas rzeczywiście można zostać deputowanym.

Dlaczego władza akceptowała panią w parlamencie w 2000 i 2004 r., a w 2008 już nie?

- Każdy kolejny parlament był coraz bardziej kontrolowany. Do 2008 r., gdy Łukaszenka występował w nim z prezydenckim orędziem transmitowanym na żywo, radio i telewizja nie informowały o pytaniach, jakie mu zadawaliśmy. Było to możliwe dopiero późnym wieczorem, po odpowiednim ich zredagowaniu, żeby uniknąć niespodzianek. Teraz wszystko leci naprawdę na żywo, bo władza uznaje sytuację za całkowicie opanowaną. Byłam jedyną deputowaną głosującą przeciwko skasowaniu ulg socjalnych [opłaty za przejazdy, lekarstwa itp.], co godziło w najuboższych. Łukaszenka, odpowiadając w parlamencie na moje pytanie w tej sprawie, uciął dyskusję, twierdząc, że nie ma tematu. Państwowe media dostały wtedy zakaz pokazywania mnie. Stałam się niewygodna.

Teraz pani nie startuje.

- Zawsze stawiałam sobie konkretne cele i prowadziłam działania, które dawały jakiś efekt. Dziś udział w wyborach nic nie da.

*Wolha Abramaua - polityk i politolog, deputowana Rady Najwyższej XII kadencji, ostatniego parlamentu sformowanego w uczciwych wyborach. W 1996 r., w czasie kryzysu konstytucyjnego, była po stronie przeciwników prezydenta Łukaszenki i podpisała się pod żądaniem impeachmentu. Dwukrotnie (2000 i 2004 r.) była deputowaną Łukaszenkowskiej Izby Reprezentantów

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.