Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paweł Wroński: Przez ostatnie tygodnie śledziłem ze zdziwieniem, jak sprawę sytuacji na polsko-białoruskiej granicy szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen omawiała z Joe Bidenem, Unia Europejska doprowadziła do wstrzymania lotów na Białoruś z Turcji i Iraku, Angela Merkel rozmawiała w tej sprawie z Aleksandrem Łukaszenką i Władimirem Putinem, a Emmanuel Macron też z Putinem. I czułem zażenowanie bezradnością mojego kraju.

Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (2006-07), poseł KO: – Przywykliśmy, że Polska ma znaczenie w polityce wschodniej. Od lat było tak, że choć nie prowadzimy całej rozgrywki, to jednak rozgrywamy poszczególne partie i mamy wpływ. Tak było w przypadku agresji na Gruzję w 2008 r. czy sytuacji na Ukrainie w 2014 r. Przypomnę rolę prezydentów Lecha Kaczyńskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego czy ministra Radosława Sikorskiego. A teraz nagle coś się dzieje bez nas, choć nas dotyczy. Ma Pan rację.

To dlaczego polska dyplomacja była tak dramatycznie mało aktywna w obliczu najnowszego kryzysu u naszych granic? Pierwsze sygnały o wprowadzeniu polityki bezwizowej wobec państw Bliskiego Wschodu przez Białoruś pojawiły się w maju.

– Na poziomie analitycznym początkowo tę sprawę zlekceważono, ale w pewnym momencie, jak wynika z moich informacji, tryby dyplomatyczne zaczęły działać w kilku ministerstwach – nie tylko w MSZ. To były reakcje na poziomie wiceministrów czy dyrektorów departamentów.

W strukturze administracyjnej państwa jest dość specjalistów, którzy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Chodziło przykładowo o sensowne działanie w krajach, skąd potencjalnie mógł napłynąć strumień imigrantów. Chodziło o wzmocnienie działań Unii Europejskiej, uruchomienie hojniejszej unijnej polityki pomocowej w zamian za powstrzymanie migracji. Były kontakty w krajach Bliskiego Wschodu, były kontakty z konkretnymi komisarzami UE. To wszystko dawało szansę, by problem zdusić w zarodku.

I co? Dlaczego nie wyszło?

– Władze PiS nie wyciszyły antyunijnej propagandy wtedy, kiedy trzeba było ustalać współpracę z partnerami. Lato było czasem starcia rządu Polski z Unią Europejską w sprawie budżetu, KPO, orzeczeń TSUE. Nie da się zachęcać unijnych urzędników i podległych im struktur do współdziałania, a równocześnie przedstawiać Unię jako organizację wrogą, porównywać ją do okupantów stalinowskich i niemieckich, personalnie atakować poszczególnych komisarzy – czasem akurat tych, którzy sprzyjali rozwiązywaniu „naszych" spraw. Czerwone światło dla działań na poziomie UE wynikało z tego, że polityka wewnętrzna w ich przekonaniu wymagała akurat atakowania Unii.

A na jakim poziomie to czerwone światło zostało zapalone?

– Ministra, premiera, prezesa… Zaczęły się działania improwizowane, których jedynym realnym komponentem jest mobilizacja służb mundurowych. Wszystko, co poza tym, to propaganda, górnolotne hasła typu „obrona polskich granic" bez zdolności do sprawnego rozwiązywania problemu, jakim są migranci. Tak jakby obroną polskich granic było tylko trąbienie w mediach rządowych, ale już nie sprawne przekonywanie kogoś w Brukseli. No i stoimy przed perspektywą, że Komisja zapłaci okup Łukaszence, sprawa być może zostanie chwilowo załatwiona, a my będziemy mieli na to niewielki wpływ.

Prezydent Andrzej Duda, komentując rozmowy kanclerz Angeli Merkel z Łukaszenką, stwierdził, że nasz kraj "nie zaakceptuje ustaleń zawartych nad naszymi głowami". Posłowie PiS rozsyłają ten cytat w mediach społecznościowych z dopiskiem: "tak się prowadzi politykę zagraniczną". Tak się prowadzi?

– To straszne, ale tym samym prezydent mówi tak: mamy niewielki wpływ na przebieg wydarzeń i rozwiązanie problemów, a możemy coś jedynie akceptować albo nie. Prezydent bezwiednie przyznaje się do tego, że polityka zagraniczna rządu obumiera. Prezydent powinien zrozumieć, że kluczem do sukcesu są relacje z partnerami z Unii, codzienna koordynacja z Niemcami. Bo ostatecznie jedyne możliwe skuteczne działania to skoordynowana akcja na poziomie Rady Europejskiej.

Pozostaje pytanie, jaki jest cel prezydenta. Poklask ze strony elektoratu PiS czy posuwanie polskich spraw do przodu? W przypadku sytuacji na granicy polsko-białoruskiej nie mamy do czynienia z wielkim potokiem uchodźców, takim jak w 2014 czy 2015 r. na południu Europy. To nie są setki tysięcy, ale kilka, może 10 tys. osób. Istotną różnicą jest to, że po raz pierwszy ta akcja wspierana jest oficjalnie przez władze jakiegoś kraju. W przeszłości o coś podobnego oskarżano prezydenta Turcji Erdogana, ale w tym przypadku pierwszy raz sprawa jest oczywista. Mamy więc rodzaj terroru państwowego z użyciem migrantów.

Może tu nie chodzi o rozwiązanie konfliktu, ale utrzymywanie napięcia na granicy.

– Niektórzy mówią: PiS nie chce rozwiązać sprawy uchodźców. Zapewne są spin doktorzy, którzy radzą im, że tu można ugrać, że naród gromadzi się wokół flagi… Niektórzy ludzie władzy chcą zapewne zarobić politycznie na tym kryzysie, tak jak próbowali zarabiać na pandemii. Nie sądzę jednak, że wszyscy tam tak myślą i że tylko takimi pobudkami się kierują. Szczególnie gdy widać, że rząd nie radzi sobie jakoś szczególnie dobrze z sytuacją na granicy. To, co dzisiaj cynicy władzy odczytują jako „szansę", jutro może być dla nich kłopotem. Ostatecznie wygrają ci, którzy grają czysto.

Stara zasada propagandy mówi, że najłatwiej najpierw naród przekonać, że jest atakowany z każdej ze stron, a tych, którzy mają inne zdanie, nazwać zdrajcami. To przepis na budowanie władzy autorytarnej, która broni narodu.

– Nie żyjemy w latach 30 XX wieku, ludzie czerpią informację z różnych źródeł. Przyznam jednak, że stało się jakimś rutynowym działaniem PiS, że najpierw wzywają opozycję do współpracy, a potem wyzywają od zdrajców. Robią to już tak często, że zaraz straci to swoją moc i będzie brzmiało jak przedszkolne „jesteś głupi".

Prześledziłem cały okres kryzysu na granicy, w jego trakcie nie było żadnej próby współpracy z opozycją, ponadpartyjnego porozumienia. No może poza stwierdzeniem szefa BBN Pawła Solocha, że prezydent rozważy zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale nie zwołał.

PiS nie chce efektu synergii z innymi, nie chce współpracy. Co najdziwniejsze, oni wiedzą, że to jest bardzo nieefektywne. Zdają sobie sprawę, że równocześnie nie udało im się schować za problemem na granicy dwóch innych wielkich kłopotów: narastającej epidemii COVID-19, z którą walczą nieefektywnie, i inflacji.

Problemem tej władzy jest brak skuteczności, która rozciąga się od planów budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego po granicę pod Białymstokiem. Trudno kreować poważną władzę autorytarną, skoro jest się tak nieskutecznym. Nawiasem mówiąc, z tego powodu uważam, że wciąż w Polsce więcej mamy banalnego populizmu niż autorytaryzmu.

Tyle że rozmowy Merkel z Łukaszenką, który do tej pory nie był uznawany za przywódcę Białorusi, który gnębi i więzi opozycję, są przez wielu uważane za błąd. Ja też mam do tej taktyki poważne wątpliwości.

– Też uważam te rozmowy za błąd, ani minuty nie cieszę się z sukcesów Łukaszenki. Ale jest pytanie, co z tym dalej robimy? Próbujemy wpasować się w tę politykę, czy idziemy w klasyczne antyniemieckie fixum dyrdum? Polska zresztą powoli zaczyna mieć problem także z relacjami z mniejszymi państwami regionu: bo nikt nie chce inwestować w relacje z państwem, którego rząd się stale kłóci z kim popadnie.

Gdy mówimy, że nasza granica wschodnia to problem Unii, musimy przyjąć, że jest to problem także Angeli Merkel i Emmanuela Macrona. Dla Angeli Merkel, która zresztą uprzedziła polski rząd o rozmowie z Łukaszenką, jest to problem, bo migranci idą do Niemiec. Jest to dla niej też problem humanitarny: ci ludzie umierają w lasach, a ona czuje imperatyw, by im pomóc.

Dla Macrona, przed zbliżającą się kampanią wyborczą roku 2022, także potencjalnie niebezpieczne jest użycie propagandowe nawet tej niewielkiej grupy uchodźców, która zmierzają na Zachód. To nie jest tak, że oni nie mają swoich interesów.

Problem polskiego rządu nie polega na tym, że nasi partnerzy dzwonią, ktoś by i tak zadzwonił w końcu do Putina w tej sprawie. Rzecz w tym, że gdyby rząd Polski był w tej sprawie w codziennym kontakcie z Niemcami, albo gdyby przykładowo była gorąca linia w ramach trójkąta weimarskiego, to ta linia związałaby jednocześnie ręce partnerom w Unii i telefon w tym trybie co ostatnio do Łukaszenki byłby nie do pomyślenia. Putin zagrał na animozjach rządu Polski w relacjach z Komisją, Niemcami itd. – to chyba jasne.

Mam jednak wrażenie, że wraz z płotem na Białorusi leży cała polska polityka wschodnia – otwarta na kraje narodzone z dawnej Rzeczypospolitej, wspierająca ich aspiracje niepodległościowe i angażująca w to Zachód.

– To prawda, konstrukcja polityki wschodniej tworzona przez ostatnich 30 lat nie ma już nerwu. Polska przestaje funkcjonować jako wzorzec i kierunek aspiracji. Spójrzmy na relacje poważnych telewizyjnych stacji z kryzysu. Działania polskich służb mundurowych są porównywane do działań ze strony służb Łukaszenki. Dlaczego? Bo po raz pierwszy dziennikarze, którzy byli na wszystkich granicach i wojnach świata, nie zostali wpuszczeni na polską granicę. Nie mają możliwości przedstawienia tej hybrydowej rozgrywki Łukaszenki.

Zresztą władza po cichu zdaje sobie sprawę, że popełniła kardynalny błąd i przegrywa bitwę medialną. Obecna nowelizacja ustawy o ochronie granicy państwowej zakłada dopuszczenie dziennikarzy do granicy, choć pod kontrolą Straży Granicznej. Znowu udają Greka, bo nie posłuchali zawczasu, ale już wycofują się rakiem z bezsensownej polityki.

Musimy też pamiętać, że radykalnie zmienia się sytuacja. Powinniśmy sobie uświadomić, że to jest element szerszej, daleko groźniejszej rozgrywki. Władimir Putin de facto połknął już Białoruś i szykuje się do presji na Ukrainę. Oczekuje tylko na to, aż Amerykanie mocniej zaangażują się w spór z Chinami i będą potrzebowali przynajmniej neutralnej postawy Moskwy.

Jak my odpowiemy na takie wyzwanie polityczne? Na kogo będziemy mogli liczyć? Jaka będzie pozycja Unii i NATO? Kłopot tego obozu rządowego polega na tym, że nie rozumie zmiany strategicznej, gdyż jego myślenie jest czysto taktyczne.

Premier Mateusz Morawiecki, choć do tego się nie przyznał, przyjął pomysł Donalda Tuska, by w ramach art. 4 Traktatu Waszyngtońskiego rozpocząć konsultacje w ramach NATO.

– No tak, przyjął, ogłosił wraz z przywódcami państw bałtyckich i jakoś te konsultacje się nie odbywają, a w rządzie mówi się, że służyłoby to militaryzacji sporu. Powtarzam: albo działamy z Niemcami i Francuzami, którzy – jeśli już podejmują rozmowy to mają mandat unijny i muszą go respektować – albo płaczemy, że zostaliśmy zdradzeni i opuszczeni jak zawsze. Liczę, że w obozie władzy czytają "Wyborczą" i może coś z tego przyjmą. Wciąż mam nadzieję, że reputację Polski jako kraju prowadzącego politykę wschodnią da się jeszcze uratować.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie w Polskim Radiu 24 insynuował, że być może istnieje koordynacja ataku ze Wschodu i Zachodu na Polskę.

– To dziwaczne, wymyślone konstrukcje polityczne, które mają budować efekt oblężonej twierdzy. Są równie płodne jak emisja przez NBP banknotu o obronie granicy.

Wysoki przedstawiciel ds. polityki zagranicznej UE Joseph Borrell zgłosił projekt stworzenia liczącej ok. tysiąca ludzi brygady, która przeciwstawiałaby się zagrożeniu hybrydowemu. Niewiele o tym mówiono, ale to dość istotna inicjatywa, także z punktu pogłębienia integracji.

– Uważam, że tak się to musi skończyć. Integracja europejska w obecnym kształcie ma sens, jeśli Unia dysponuje takimi siłami. Już Winston Churchill mówił, że integrację pogłębią wspólne siły zbrojne. Podobny pomysł zgłaszał zresztą potem Jarosław Kaczyński. A tu mówimy tylko o małym kroczku w tym kierunku. Europa musi mieć ekskluzywne siły, które w każdej chwili będzie można przerzucić w rejon konfliktu. Inaczej niż siły, które trzeba mobilizować, czyli np. NATO i Frontex.

Zresztą ta ostatnia organizacja ma dobry mechanizm mobilizacji. Tylko znowu: władza krytykuje Frontex za to, że jego działanie polega na mobilizacji funkcjonariuszy z państw, ale nie popiera Borrella, który właśnie proponuje coś odwrotnego: siły do natychmiastowego użycia w dyspozycji Komisji.

A co się stanie, jeśli niespodziewanie, w wyniku działań unijnej dyplomacji albo Angeli Merkel lub innego przywódcy europejskiego, migranci nagle znikną z granicy? Co powie władza? Ogłosi swój wielki sukces? Powtórkę z bitwy chocimskiej?

– Maile Michała Dworczyka są kapitalnym źródłem opisującym mechanizmy obecnej władzy. Sam szef Kancelarii w sumie wychodzi w nich na takiego, który jakieś realne kwestie rozwiązuje. A pozostali jakby stali przed lustrem i zastanawiali się, jak dzisiaj wypadli w mediach. Władza koncentruje się na wizerunku.

Dlatego jestem pewien, że będzie to odpowiedź taka, jaką przygotują PR-owcy. Dla wszystkich jest jasne, że nasza polityka zagraniczna cierpi na uwiąd. Obecny kryzys tę słabość odsłonił w całej okazałości. Morawiecki, nie mogąc stosować bardziej finezyjnych narzędzi, stosuje retorykę wojenną, i tak już pewnie zostanie do końca.

Żadne wnioski z tego kryzysu przez obecną władzę nie zostaną wyciągnięte. Podobnie zresztą jak z wszystkich innych kryzysów, z którymi zmaga się PiS, a których część jest na jego życzenie. Czyli najlepiej po prostu zmienić tę władzę, zanim się wszyscy na świecie zorientują, w jakim stanie jest polska polityka zagraniczna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.