Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wyjazdowe posiedzenie Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych z udziałem Jarosława Kaczyńskiego odbyło się nad granicą polsko-białoruską. Nieprzypadkowo w czasie, gdy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej ogłaszał wyższość jej interpretacji prawa unijnego nad orzeczeniami TSUE. Kaczyński na tle mundurów ogłaszał, że na granicy powstanie solidna zapora. Mówił o bezpieczeństwie i wojnie hybrydowej z Białorusią. Nie interesował go los uchodźców ani przypadki śmierci w polskich lasach i bagnach. Co prawda, mówił o stanie wojennym, nie wyjątkowym, ale jego twardość i zdecydowanie miało stanowić kontrast do miękkości i niezdecydowania Unii Europejskiej.

Używając określeń z maili Michała Dworczyka z czasu, gdy ogłaszał pomoc dla Białorusi, wiedząc, że konwój odbije się od granicy: medialnie było elegancko.

Kaczyński mówił, że nie wiadomo, kiedy skończy się kryzys na granicy, a szef prezydenckiego BBN Paweł Soloch dodawał, że możemy z nim pozostać na długo. Obaj jednak wiedzą, że to nieprawda. Zapewne na początku grudnia, gdy skończy się czas przedłużonego stanu wyjątkowego, temperatury spadną i z powodów klimatycznych skończy się fala migracji z Afryki i Bliskiego Wschodu. Prezes Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki będą mogli z dumą ogłosić, że dzięki twardej postawie polskiego rządu, wprowadzeniu stanu wyjątkowego udało się Polskę, ale i całą Europę uchronić przed zalewem uchodźców podobnym do tego z 2014 i 2015 r.

W tamtym czasie to nie obietnica 500 plus, ale ogłoszenie, że PiS uchroni Polskę przed napływem islamskich terrorystów, nosicieli pierwotniaków i bakterii, pozwoliło Kaczyńskiemu zagrać o całą pulę. Ktoś zapewne za dwa miesiące jeszcze zada ulubione pytanie rzeczniczki Straży Granicznej „gdzie są dzieci z Michałowa", ale nikt już nie będzie do tego przywiązywał większej wagi.

Białoruski dyktator stał się politycznym złotem dla PiS dlatego, że pozwala wytworzyć poczucie stanu zagrożenia, a stan zagrożenia jest ulubionym stanem dla każdego polityka o skłonnościach dyktatorskich.

Nazwanie przez PiS tego, co się dzieje na granicy z Białorusią, „wojną hybrydową" i "największym zagrożenie dla bezpieczeństwa Rzeczpospolitej w ostatnim 30-leciu" okazało się idealnym propagandowym wytrychem. U większości Polaków hasło „wojna" obudziło wszelkie archetypy wpajane od kilku pokoleń. Istotne dla PiS okazało się nie tylko naturalne (co podkreślają socjolodzy) „skupienie narodu wokół flagi" dające partii rządzącej przeszło 5 proc. wzrostu we wrześniowych sondażach. Istotne okazało się również unieważnienie wszelkich innych sporów.

Hasło „teraz mamy wojnę" pozwoliło przykryć propagandową klęskę „nowego polskiego ładu", który zamiast wielkiej wizji rozwoju Polski okazał się chaotycznym planem przepompowania środków od najbardziej aktywnych grup społecznych oraz samorządów do elektoratu PiS. Stało się zasłoną dla przykładu indolencji, jakim były negocjacje ws. Turowa, kompromitujących maili Dworczyka czy narastającej drożyzny.

Okrzyk „teraz mamy wojnę" - powtarzany w medialnej przestrzeni od wPolityce.pl po TVP - usprawiedliwił podłości władzy. Choćby kompromitującą państwo polskie konferencję ministra Mariusza Kamińskiego, podczas której zaprezentowano zoofilskie porno. Zagłuszył też pytanie o dzieci z Michałowa. Argument „to jest wojna" pozwala śmiało rzucać hasłem "zdrada" i nazywać sługusem Łukaszenki i Putina każdego, kto do taktyki rządu PiS ma jakiekolwiek wątpliwości.

W ostatnich dniach sytuacja na granicy wschodniej stała się argumentem w kolejnej kwestii. Propaganda PiS chce przeciwstawić Polskę - chronioną przez patriotę Jarosława Kaczyńskiego i dbającą o tradycyjne wartości - rozedrganej Unii Europejskiej. Tej, która zagraża naszej suwerenności, naszej tradycji. Kaczyński na granicy z Białorusią niczym „mały rycerz" walczy nie tylko z imigrantami niczym pociski nasyłanymi przez Łukaszenkę. Walczy też z biurokracją unijną, wewnętrznymi zdrajcami i histerykami, którzy chcieliby zamienić Polskę w kraj multikulti i dyktaturę LGBT.

Prymitywne? Cóż, klasyk politycznego PR premier Morawiecki powiedziałby, że „to działa". Pokazują to zresztą wewnętrzne badania PiS. Zresztą Baćka Łukaszenka straszy Białorusinów tym samym. Być może PiS nie trafia do całości narodu, ale do swojego elektoratu na pewno. A jednocześnie do całej grupy wahających się, czy też symetrystów – rozpoczynających rozmowę od „ale". Opozycji trudno jest wszak wytłumaczyć, że w kwestii ochrony granic ma takie samo zdanie, ale wobec imigrantów powinniśmy zachować standardy europejskiej konwencji praw człowieka. Za dużo w tym słów.

PiS od początku czuł zresztą rodzaj sympatii do satrapy z Mińska; w 2018 r. reorientował politykę w kierunku Białorusi, kosztem Ukrainy. Do Mińska jeździli oficjele z PiS z marszałkiem Senatu Stanisławem Karczewskim na czele, bredzącym coś o „ciepłym człowieku". Po sfałszowanych wyborach w 2020 r. PiS nie był szczególnie wyrywny do potępiania reżimu. Jak wynika z maili Dworczyka, jedyną troską premiera Morawieckiego było to, że w roli obrońcy demokratów na Białorusi miejsce lidera zajęła Litwa.

Zwolennik teorii spiskowych mógłby nawet dojść do wniosku, że PiS od początku chciał zagrożenie uchodźcami wykorzystać. Wszak ogłoszenie zerwania umowy o readmisji przez Aleksandra Łukaszenkę powinno być znakiem, że białoruski dyktator będzie próbował grać tak jak rządzący Turcją czy Marokiem, będzie groził przepuszczeniem migrantów. 

Polskie władze nie zrobiły na granicy zupełnie nic. Nawet wówczas, gdy w lipcu uchodźcy ruszyli na granicę z Litwą. Dopiero na przełomie sierpnia i września rozpoczęto budowę prowizorycznych zasieków z drutu kolczastego, a w połowie września minister Kamiński zapowiedział pilne zakupy sprzętu i wyposażenia dla Straży Granicznej. To dyplomacja litewska pierwsza pojawiała się w Iraku, usiłując wpłynąć na tamtejsze władze, by powstrzymały loty z Bagdadu, Basry i Irbilu do Mińska – bo to stamtąd pochodziła największa fala imigrantów.

To prawda: "ciepły człowiek" Aleksander Łukaszenka nie osiągnął swoich celów. Nie zmusił poprzez nacisk Unii Europejskiej do nawiązania z nim kontaktów. Ale i on wynosi pewne moralne zwycięstwo. Polska pod rządami PiS w swoich reakcjach i zachowaniach wyraźnie zaczyna się do Białorusi upodabniać.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.