Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Siatka pomocowa rośnie, informuje mnie Jakub Bieniasz. Poznaliśmy się na zebraniu mieszkanek i mieszkańców Podlasia. Bieniasz działa w organizacji SalamLab, która jest członkiem Grupy Granica – sieci organizacji pozarządowych, dokumentalistów i aktywistów. Przez kilka tygodni rozmawiał z osobami z pogranicza, żeby wybadać nastroje i edukować. Po jego wyjeździe członkowie Grupy Granica, którzy są w terenie, utrzymują kontakt z lokalnymi aktywistami.

– Mamy grupę na Signalu. Nie wiem dokładnie, ile osób w sumie angażuje się w pomoc. Takich naprawdę aktywnych, gotowych do pojechania na akcję jest chyba wciąż niewiele, ale informatorów i ludzi przygotowanych do pomocy przy przypadkowym spotkaniu uchodźców już pewnie kilkadziesiąt, a może więcej. I to wzdłuż całej granicy, a nie tylko w Puszczy – opowiada.

„Pomaganie jest legalne" – to hasło widniało na ulotkach, które rozdawali edukatorzy i które Grupa Granica rozwieszała w widocznych miejscach. „To jest zgodne z prawem, jeśli nie dostajesz za to pieniędzy. Nie bój się".

Mimo tych zapewnień członkowie i członkinie siatki wciąż się upewniają, co jest „legalne, a co nie, i jakie rodzaje pomocy mogą zaszkodzić pomagającemu", podkreśla Bieniasz. I dodaje: – Wszystko, co może podejść pod pomoc w nieuregulowanym przekroczeniu granicy, odpada. Nawet przekazanie komuś mapy, bo to dostarczenie narzędzia. Przy czym np. przyjęcie kogoś do domu nie jest stricte niezgodne z prawem, ale służby mogą się przyczepić.

– Czasami ogarnia nas głupawka. Tak to już jest. Zaczynasz sobie żarty stroić, żeby to przeżyć – mówią mi aktywiści. „To", czyli stan pełnej gotowości, nieprzespane noce, bezsilność, niezgoda na cierpienie innych i łamanie praw człowieka. Do tego wiecznie wibrujący telefon: to wiadomości od osób, które piszą, że umrą, jeżeli nikt im nie pomoże, i powiadomień z licznych grup: na Signalu, WhatsAppie, Slacku.

W tym wszystkim praca i dom, dzieci. Dla siebie często nie mają już czasu.

Są Syryjczycy i Afgańczycy, są też Afrykanie

Joanna spędza dużo czasu w lesie – od początku kryzysu humanitarnego na granicy usiłuje wspierać migrantów, którzy stali się pionkiem w grze polityków. Podczas spacerów stara się odnaleźć osoby, które poprosiły o pomoc. Nie jest jedyna – na Podlasiu działają grupy zrzeszające tych, którzy nie zgadzają się na wypychanie niewinnych ludzi na Białoruś.

Wiadomość przychodzi też w poniedziałkowy wieczór, 20 września, gdy w trójkę rozmawiamy u Joanny. – Jest pinezka! – Alicja, która przyjechała w odwiedziny ze strefy objętej stanem wyjątkowym, wpatruje się w ekran telefonu jak zahipnotyzowana: – Jedziemy? To niedaleko.

Joanna szuka pełnomocnictw – dokumentów podpisywanych przez uchodźców, które stanowią dowód na to, że przekroczyli granicę i chcą się ubiegać o ochronę międzynarodową. Złożenie wniosku o „azyl" to prawo każdego człowieka – zgodnie z konwencją genewską.

Ale nie dziś w Polsce. 17 września Sejm przegłosował nowelizację ustawy o cudzoziemcach, która legalizuje deportację osób przekraczających granicę w nieuregulowany sposób. Pozwala też szefowi Urzędu ds. Cudzoziemców na nierozpatrywanie wniosków o udzielenie ochrony międzynarodowej.

– Mam wersję polsko-angielską – mówi Joanna, gdy znajduje dokumenty w kartonowym pudle. Istnieją też polsko-francuska i polsko-arabska. Bo nie wszyscy uchodźcy posługują się angielskim. Obecnie nowym szlakiem migracyjnym – przez Mińsk –  docierają do Unii Europejskiej m.in. osoby z Demokratycznej Republiki Konga (DRC), Kamerunu, Syrii, Iraku i Afganistanu.

Przypominam sobie słowa Mayara Obieda, 19-letniego Syryjczyka, którego poznałam w białostockiej noclegowni, gdzie trafiają uchodźcy, którzy są w złym stanie i dlatego nie mogą przebywać w ośrodkach dla cudzoziemców: – Na Bliskim Wschodzie nie da się żyć. Nie ma pracy. Cały region jest dysfunkcyjnym, niestabilnym wrakiem.

Z kolei DRC i Kamerun są targane wewnętrznymi konfliktami. W DRC działa około 120 grup zbrojnych, dowiaduję się ze strony internetowej organizacji Human Rights Watch. Wielu bojowników dopuściło się przemocy na tle seksualnym. Są winni masakr i porwań – w tym dzieci, aby wcielić je w swoje szeregi – i innych ataków na ludność cywilną. Często niemal bezkarnie.

Z kolei w Kamerunie uzbrojeni separatyści, którzy domagają się niepodległości dla mniejszościowych regionów anglojęzycznych, obrali sobie za cel cywilów. Również siły bezpieczeństwa dopuściły się serii nadużyć, w tym zabójstw cywilów, podpaleń, przemocy seksualnej i tortur. Stałym zagrożeniem są też ataki Boko Haram, zmilitaryzowanej organizacji terrorystycznej powstałej w Nigerii.

Pierwsze ofiary dzień po spotkaniu

„Tu jest coraz gorzej. Coraz więcej przejść. Dużo osób z małymi dziećmi" – wiadomość od Alicji miga mi na ekranie telefonu. Od naszego spotkania na Podlasiu minęło dziesięć dni. Gdy podpytywałam, co słychać, przez Messengera odpowiadała półsłówkami. Podejrzewałam, że woli rozmawiać przez bezpieczniejszy kanał. Zostawiłam swój numer telefonu i czekałam na informacje. Po chwili Signal zapełnił się wiadomościami.

Kiedy widziałyśmy się u Joanny, Alicja też była ostrożna. Dwa razy poprosiła o przerwanie nagrywania, by wymienić szczegóły wypraw do lasu, z konkretnymi lokalizacjami. Od czasu do czasu sciszała głos. Wytężałyśmy z Joanną słuch, żeby ją zrozumieć. – Na bank nas podsłuchują. Ostatnio wwieźli więcej sprzętu do nasłuchu, chwalą się tym na prawo i na lewo. Trzeba uważać – wytłumaczyła Alicja.

I to na wiele rzeczy. Na przykład „nie wolno fotografować napotkanej osoby na tle słupka granicznego – wiadomo, ze względu na stan wyjątkowy" – tłumaczy Piotr Skrzypczak podczas spotkania z mieszkańcami pogranicza, którzy chcą się włączyć w pomoc migrantom.

Są w trakcie tworzenia własnej siatki na własnym podwórku, niecałe 100 km od wsi, w której mieszka Joanna. Wspiera ich w tym Grupa Granica. W odpowiedzi na kryzys humanitarny prowadzi wiele działań na granicy polsko-białoruskiej: od rozmów z mieszkańcami po zapewnienie pomocy prawnej i monitoring w terenie.

Skrzypczak jest członkiem Grupy, na co dzień pracuje w lubelskim Stowarzyszeniu Homo Faber. Radzi: – Dobrze natomiast udokumentować to, że napotkana przez nas osoba znajdowała się na terytorium Polski. Najlepiej sfotografować ją z gazetą z tego samego dnia albo z kartką z napisem >I want asylum< [Chcę ochrony międzynarodowej]. Albo poprosić o selfie – to najmniej opresyjne rozwiązanie. Wciskanie gazety albo kartki w momencie, kiedy osoby są przerażone, może je jeszcze bardziej straumatyzować.

Grupa kilkunastu osób usadowionych w kręgu na podłodze, krzesłach i taboretach nie owija w bawełnę: – Zaraz będzie zima – chodzenie po Puszczy stanie się kwestią życia i śmierci. Musimy być gotowi na ratowanie życia.

Już dzień po zebraniu odnaleziono ciała pierwszych trzech ofiar, które zmarły na granicy: dwóch Irakijczyków i Irakijki.

– Jak przygotować się do pomocy? Co warto mieć? – Skrzypczak powtarza zadane pytania. – Banany, wodę niegazowaną w małych butelkach, tabletki do uzdatniania wody – koniecznie z instrukcją w kilku językach. Folie izotermiczne, suche skarpety, sztormiaki, foliowe kurtki przeciwdeszczowe – te mocniejsze, które nie podrą się w krzakach. Plastry, bandaże, środki na kleszcze.

To tylko część listy. Kiedy tego samego wieczora spaceruję z kilkoma członkami Grupy Granica i przyjezdnymi wolontariuszami wzdłuż lasu, Skrzypczak wspomina jeszcze o papierosach: – Wiesz, jak sobie możesz na tych bagnach zapalić, to na chwilę wraca poczucie własnej godności.

To poczucie jest wciąż odbierane. Z każdą wywózką, zastraszaniem bronią i skazywaniem na wielodniową tułaczkę po lesie bez picia i jedzenia. Narracja o „obronie granic UE i terytorium RP" i „haniebnej grze Łukaszenki" pomija ludzi.

W ten sposób utwierdza w nas obraz migrantów i uchodźców jako bezimiennych duchów krążących po Puszczy. – Media odhumanizowały uchodźców. Jakby to były jakieś kukły przerzucane przez granicę – stwierdził mieszkaniec Krynek w reportażu Bartosza Rumieńczyka dla „Tygodnika Powszechnego".

Proces odczłowieczania ułatwia politykom prowadzenie nieludzkiej polityki migracyjnej. Pomaga też w pełnieniu służby na granicy. Joanna odnosi wrażenie, że funkcjonariusze wypychający osoby na Białoruś myślą, że odganiają insekty: – Bo jak oni sobie to tłumaczą? Przecież widzą tych ludzi z dziećmi, wycieńczonych. To nie oni nas atakują. Często słyszymy, że są narzędziem Łukaszenki. Łatwo powtarzać taką narrację, gdy siedzisz w domu i żadnego uchodźcy z dziećmi nie widziałaś. Dużo trudniej, gdy go własnoręcznie wypieprzasz.

Aktywiści śledzą wywózki

Podlascy aktywiści próbują zapobiegać wywózkom. Niejednokrotnie jechali za Strażą Graniczną, żeby dać do zrozumienia, że patrzą funkcjonariuszom na ręce.

Joanna wspomina „pierwszą taką akcję" sprzed miesiąca: – Zatrzymali ludzi. Długo czekaliśmy pod placówką Straży Granicznej. W pewnym momencie przyjechała ciężarówka wojskowa, po czym ruszyły trzy pojazdy. Stwierdziliśmy, że jedziemy za ciężarówką. Kierowali się na Białystok, więc byliśmy pewni, że zawożą ludzi do ośrodka. Nagle skręcili w leśną drogę. My za nimi. Krążyliśmy tak z półtorej godziny. Co jakiś czas się zatrzymywali. My sto metrów za nimi. Czasami szli w naszą stronę. Niezła adrenalina. Na koniec nagle zahamowali i zatarasowali nam drogę. Stwierdziliśmy, że nie będziemy przecież uciekać. Wiesz, serce w gardle.

Co państwo tak jeżdżą za nami? – padło pytanie. – Stwierdziłam, że raz kozie śmierć. Bo wie pan, ja się bałam, że wywozicie uchodźców i się martwiłam. Chciałam wiedzieć, dokąd ich zabieracie – odparłam. – Nie, proszę pani. To jest samochód obserwacyjny. Tam jest sprzęt za dwa miliony. Może pani sprawdzić.

Joanna: – Ja nie wysiadłam, mąż poszedł popatrzeć. Czułam się jak idiotka – takimi ciężarówkami nie wozi się ludzi!     

Coraz trudniej pomagać. – Oni boją się wszystkiego. Wysyłają pinezki, a potem uciekają – mówi mi Paulina Bownik, lekarka, która od początku kryzysu humanitarnego usiłuje udzielać pomocy medycznej osobom przekraczającym granicę.

Podczas sobotniego wieczornego spaceru Skrzypczak zastanawia się, co można zrobić, żeby ludzie nie obawiali się aktywistów: – Popatrz na mnie. Czarne przeciwdeszczowe spodnie, czarna kurtka. Wyglądam jak wojskowy. Już myśleliśmy, żeby nosić jakieś jaśniejsze ciuchy. Jeden z wolontariuszy ubiera się bardziej kolorowo – może w ten sposób? Ale w nocy przecież i tak nic nie widać.

My też zlewamy się w jedno z mrokiem. Świecimy tylko na tyle, żeby się nie potknąć. Ale zdradza nas zapach. Psy ujadają. Niedługo potem pojawia się patrol Straży Granicznej. – Ludzie dzwonią od razu, przy najmniejszym szeleście – tłumaczą aktywiści.  

Jak ci strażnicy to przeżyją?

Bo zaufanie do pograniczników jest tu wciąż duże, wyjaśnia mi Joanna. Po kilku latach na Podlasiu sama przekonała się do funkcjonariuszy: – Fajne chłopaki. Pilnują, żeby nic się nie stało. Przy granicy, na totalnym odludziu mieszka sporo samotnych kobiet. Zdarzało się, że ktoś nagle zaczynał się kręcić wokół ich domów – mówię o przeszłości, nie o obecnej sytuacji. Wtedy jako pierwsza przyjeżdżała Straż.

Sporo miejscowych nie wierzy, że „ich chłopaki" wypychają osoby na Białoruś. „Znasz Andrzeja, znasz Marcina – nie wyrzuciłby", takie głosy często się słyszy. Joanna się zastanawia, jak „oni będą z tym potem żyć, jak tu się będzie żyło."

– Do ludzi w końcu przecież dotrze, co robi Straż. To nie będzie łatwy proces. Żona jednego ze strażników stwierdziła, że oni wszyscy powinni później iść do psychologa – mówi Joanna.

Również Exen, znany twitterowicz i mieszkaniec Podlasia, który „czuwa nad wschodnią granicą UE", wspomina w mediach społecznościowych o „fatalnym stanie psychicznym pograniczników, którzy są na skraju załamania nerwowego". Słyszał to od znajomej osoby, która spędza dużo czasu w terenie.

Aktywizm też ma swoje koszty. Kontakt z ludzkim cierpieniem zbiera swoje żniwo. – Potrafimy nim nasiąkać jak gąbka, gdy otworzymy się na ludzi. Tacy już jesteśmy. Styczność z bólem, cierpieniem, smutkiem innych automatycznie aktywuje nasze neurony lustrzane. To dzięki tym grupom komórek nerwowych rozpoznajemy cudze emocje – wyjaśnia mi belgijska traumatolożka Ybe Casteleyn, która w 2017 r. przez trzy miesiące obserwowała w Grecji tłumaczy, młodych lekarzy i lekarki oraz wolontariuszy.

U wielu zauważyła symptomy wtórnej traumatyzacji – niektórzy profesjonaliści wykazują objawy podobne do zespołu stresu pourazowego (PTSD) bez bezpośredniej styczności z traumatycznym wydarzeniem.

Grupa Granica czuwa nad zdrowiem psychicznym aktywistów: zarówno swoich członków, jak i „lokalsów". – Dysponujemy >psychopogotowiem<. Można porozmawiać z pro bono psychologiem przez Zoom lub telefonicznie. Docelowo na żywo – wyjaśnia Skrzypczak, który sam korzysta ze wsparcia. Pyta mnie, czy znam aktywistów, którzy chcieliby porozmawiać ze specjalistą. Pomyślałam o Alicji. Gdy próbuję wybadać, jak o siebie dba, stwierdza tylko, że jakoś się trzyma: – Raz lepiej, raz gorzej. Wyleczę się w przyszłości.

Imiona bohaterek zostały zmienione ze względu na ich bezpieczeństwo i poszanowanie prywatności

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.