Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wprowadzony w czwartek w 183 miejscowościach stan wyjątkowy oznacza ograniczenie wielu praw i wolności obywatelskich, w tym m.in. wolności mediów, którym zakazano przebywania w strefie, w której obowiązuje.

W piątek reporter Onetu Bartłomiej Bublewicz razem ze swoim operatorem chciał pokazać, jak wygląda sytuacja przy wjeździe do strefy objętej stanem wyjątkowym. Nikt ich jednak nie kontrolował, więc dojechali aż do samej granicy. Materiał ukazał się w Onecie, a już po jego publikacji dziennikarz i operator usłyszeli dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy przebywania na terenie objętym zakazem, drugi „utrwalania za pomocą środków technicznych" infrastruktury granicznej.

Jakub Łukaszewski: Liczyliście, że dojedziecie do samej granicy?

Bartłomiej Bublewicz: Chcieliśmy zrobić nagranie na żywo, jak wygląda kontrolowanie ludzi przy wjeździe na tereny, które są objęte stanem wyjątkowym. Ale jechaliśmy, jechaliśmy i żadnego checkpointu czy kontroli nie było, aż dojechaliśmy do samego Usnarza. 

Nikt po drodze nie zwrócił na was uwagi?

- Mijało nas kilka pojazdów Straży Granicznej i policyjnych radiowozów. Mieliśmy warszawską rejestrację, ale nikt nas nie zatrzymał, nie legitymował. Dlatego najzwyczajniej w świecie uznaliśmy, że być może jeszcze możemy tam być i nagrać materiał na żywo o tym, jak wygląda sytuacja, że nie ma żadnych kontroli. 

Materiał nagrywaliście w piątek. Widać na nim Straż Graniczną oraz policję i ich działania przy samej granicy z Białorusią.

- W samym Usnarzu też nikt nas nie zatrzymał. Było tam sporo służb, a my byliśmy w dość widocznym miejscu, ale nie wiem, czy nas widzieli, czy nie.

Nie wahaliście się nagrywać, a potem wrzucić gotowy materiał na stronę?

- To była decyzja naszych prawników, którzy uznali, że możemy to opublikować.

Policja odezwała się do was dopiero po tym, jak opublikowaliście nagranie.

- Co ciekawe, nie była to droga formalna, czyli nie dostaliśmy wezwania. Tylko na mój prywatny telefon zadzwonił rzecznik białostockiej policji, który przekazał telefon komendantowi z Hajnówki, a ten zaprosił nas na komisariat i obiecał polubowne załatwienie sprawy. Ale potem okazało się, że wcale nie było polubownie.

Jak wyglądało przesłuchanie?

- Przez godzinę pilnowało mnie dwóch policjantów. Później zaczęło się przesłuchanie. Zaczęło się na ostro, czyli postawiono mi dwa zarzuty: przebywania na terenie objętym zakazem oraz "utrwalania za pomocą środków technicznych" infrastruktury granicznej. Odmówiłem składania wyjaśnień. Policjanci chcieli mi zarekwirować telefon, ale się nie zgodziłem. Powiedzieli, że gdybym złożył wyjaśnienia, to być może nie musieliby zabierać mi telefonu. Ale wiedziałem, że nakazu nie mają, więc telefonu im nie oddałem. Na monitoringu pewnie zauważyli, że przyjechałem razem z operatorem, bo podeszli do samochodu, a operator, nie wiedząc, że nie mają nakazu, wydał im kartę pamięci od kamery, w zamian dostał te same zarzuty.

Przestraszyliście się czy dalej zamierzacie relacjonować sytuację przy granicy?

- Wróciliśmy do redakcji i czekamy na decyzje redakcji. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.