Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– W takim przypadku nie ma pola do interpretacji, a przepisy są jasne. Sytuacja staje się jeszcze bardziej poważna, gdy zostaje wysłany samolot przechwytujący, którego pilot wydaje polecenie zmiany kursu i lądowania. Przecież hipotetycznie, w skrajnym przypadku, myśliwiec mógł zestrzelić maszynę Ryanaira z białoruskim dysydentem na pokładzie – dodaje Lasek. – Lotnictwo cywilne jest bezpieczne dlatego, że mamy wszystko bardzo dokładnie opisane i wiadomo, co należy w danej sytuacji zrobić. Jeśli jest polecenie zmiany trasy, to się je wykonuje, a nie dyskutuje.

Lasek przypomina, że w 1995 r. Białorusini zestrzelili balon z załogą z Wysp Dziewiczych USA, który brał udział w międzynarodowych zawodach Gordona-Bennetta, choć był to zgłoszony wcześniej lot. Zginęło dwóch pilotów.

Lasek: Kapitan nie podejrzewał, że to operacja służb

W niedzielę po południu białoruskie władze zmusiły do lądowania w Mińsku maszynę Ryanaira lecącą z Aten do Wilna. Samolot już zaczynał przygotowanie do zniżania przed lotniskiem w stolicy Litwy, ale był jeszcze nad terytorium Białorusi.

Pretekstem był rzekomy alarm bombowy – ładunek miał znajdować się na pokładzie maszyny. Kontrolerzy kazali załodze zmienić kurs, w powietrze został też wysłany MiG-29. Po wylądowaniu w stolicy Białorusi aresztowany został Roman Protasiewicz, założyciel Nexty, słynnego opozycyjnego kanału na serwisie Telegram. To on był celem operacji ze sfingowaną bombą.

26-letni Protasiewicz, którego reżim Aleksandra Łukaszenki oskarża o organizowanie antyrządowych protestów, a wcześniej umieścił na liście terrorystów, mieszkał na Litwie i miał azyl przyznany przez Polskę. Na Białorusi grozi mu co najmniej kilkanaście lat więzienia. Wraz z nim zatrzymano też jego dziewczynę, obywatelkę Rosji.

– Nawet jeśli Protasiewicz zgłaszał załodze, że jest ściganym przez białoruskie władze dysydentem, nie mogło to zmienić sytuacji. To, po pierwsze, słowo przeciwko słowu, bo kapitan przecież go nie znał. Po drugie, przepisy są jasne, a kapitan nie mógł podejrzewać, że alarm jest fałszywy, że to operacja białoruskich służb specjalnych – tłumaczy Lasek. – Zadaniem załogi jest jak najszybsze bezpieczne sprowadzenie maszyny i pasażerów na ziemię. Teraz wiemy, że był to bezprecedensowy akt państwowego piractwa powietrznego.

Protasiewicz nie mógł odmówić wyjścia z samolotu

Ekspert zwraca uwagę na to, że jedyne, co mogła zrobić załoga, to powiadomić polskie służby dyplomatyczne, że na pokładzie jest Protasiewicz, który może mieć po wylądowaniu problemy. Bo maszyna była zarejestrowana w Polsce jako własność spółki córki Ryanaira.

– Teoretycznie kapitan mógł tak zrobić, a wtedy na lotnisko powinien przyjechać polski dyplomata – mówi Lasek. Podkreśla, że z powodu miejsca rejestracji pokład samolotu jest terytorium Rzeczpospolitej Polskiej. – Protasiewicz nie mógł jednak odmówić wyjścia z maszyny, tak samo jak kapitan nie mógł zatrzymać go dla jego ochrony na pokładzie. Alarm bombowy oznacza, że po lądowaniu służby mają obowiązek sprawdzenia pasażerów i samolotu. Dlatego wymyślono taką właśnie przyczynę dla całej akcji.

Zdaniem Laska nie tylko polska prokuratura powinna wszcząć śledztwo w sprawie maszyny Ryanaira (śledczy już to ogłosili), ale sprawą powinna się też zająć nasza Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych.

– To poważny incydent, powinien zostać dokładnie zbadany, a pełny raport wysłany do ICAO [Organizacja Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego]. Zresztą ICAO już ogłosiła, że złamana została konwencja chicagowska regulująca transport lotniczy na świecie – podkreśla Lasek.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.