Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Do kogo Władimir Putin skierował komunikat o utworzeniu rezerw sił MSW, które miałyby przyjść na pomoc w walce z ekstremistami na Białorusi?

Paweł Kowal: Ja odebrałem to jako komunikat skierowany przede wszystkim do Łukaszenki i jego otoczenia, a dopiero w drugiej kolejności do Zachodu. Ten komunikat wzmacnia oraz uspokaja dyktatora: Putin poinformował, że nie zamierza go wymienić. Przez dłuższy czas bowiem na Zachodzie tliła się nadzieja, że Putin, który Łukaszenki nie znosi i chciałby przede wszystkim, by w Mińsku panował spokój, zdecyduje się na jego wymianę na innego polityka.

Poza tym był to komunikat skierowany do społeczeństwa rosyjskiego: prezydent czuwa, nie pozostaje bierny wobec tego, co się dzieje na bratniej Białorusi.

Czyli Putin zakomunikował, że nie sięgnie po wariant ormiański, gdzie premier Nikola Paszynian łagodnie zastąpił Serża Sarkisjana. Nowy szef rządu jest bardziej nowoczesny, demokratyczny, lepiej współpracuje z Zachodem, ale relacje z Rosją uważa za kluczowe – tak samo jak poprzednik.

– Podobnie Rosja zachowała się w Mołdawii, gdzie w cichym porozumieniu z Zachodem doszło do wymiany starego przywódcy na młodszego, bardziej efektywnego. Takie rozwiązanie na Białorusi dawałoby szanse na usatysfakcjonowanie wszystkich stron, przede wszystkim protestujących. Zaspokojone byłyby aspiracje społeczeństwa Białorusi, które chciałoby samo wybrać przywódcę i wcale nie oczekuje, by był to przeciwnik Rosji.  

W tym sensie dla „wariantu demokratycznego” to oświadczenie Putina jest bardzo niedobre. Bo to sygnał dla białoruskiego establishmentu: macie się trzymać Łukaszenki, bo żadnej zmiany nie będzie.

Oskarżenia Łukaszenki są niepoważne

To może zbyt szybko wyszliśmy przed szereg, gdy premier ostro zareagował na oświadczenie Putina, a wcześniej ambasador Białorusi został wezwany do MSZ w proteście przeciwko oskarżaniu Polski o agresję wobec Białorusi i chęć aneksji Grodna. To tak jakbyśmy uznali, że to oświadczenie było skierowane przeciwko nam.

– Ja bym wyraźnie podzielił te wypowiedzi na poważne i niepoważne. Poważny charakter ma oświadczenie Putina i na nie należało zareagować, w tym sensie reakcja premiera była konieczna. Niepoważne są oskarżenia Łukaszenki, który zwykle, gdy woda podchodzi mu pod nos, oskarża Polskę i NATO o agresję. To jest z jego strony standard. Jest pewna rutyna dyplomatyczna, która każe na tego rodzaju insynuacje odpowiadać, ale w sposób możliwie mało spektakularny.

Istotne jest, że w sensie międzynarodowym ten konflikt nie wymyka się spod kontroli. W tym sensie, że jest nadal wewnętrznym konfliktem na Białorusi.

Na ile rosyjskie poparcie dla Łukaszenki może wpłynąć na Białorusinów protestujących przeciw sfałszowanym wyborom?

– To, co się dzieje na Białorusi, jest szczególnym fenomenem. Pośród wszystkich znanych nam rewolucji „non violence” rewolucja białoruska jest absolutnie wyjątkowa. Świat obiegło zdjęcie Białorusinów zdejmujących buty przed wejściem na ławkę. Albo scena, gdy 70-tysięczny tłum zatrzymuje się na czerwonym świetle.

Tyle że nawet pokojowo nastawiony tłum, gdy przychodzi do Pałacu Prezydenckiego, bo chce wymienić dyktatora, nie puka grzecznie do drzwi, bo takiego tłumu dyktator się nie przestraszy.

Wydarzenia na Białorusi utożsamiamy często z tym, co się działo na Ukrainie. To błąd. To są bardzo odmienne społeczeństwa. Na Ukrainie stale obecne było instrumentarium protestów – stawiano barykady i były gotowe podstawowe akcesoria: gitara, skrzypce i koktajle Mołotowa. A na Białorusi społeczeństwo musi się dopiero nauczyć artykułowania protestu, choć – przypomnijmy – pierwszą ofiarą w Kijowie był Białorusin.

Białoruski protest nie ma przywódców – prorosyjski Wiktar Babaryka jest chyba nazbyt establishmentowy, Swiatłana Cichanouska dopiero się uczy, jak być politykiem, choć trzeba przyznać, że uczy się bardzo szybko.

Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak będą się rozwijać wypadki. Najbardziej negatywny scenariusz dla Łukaszenki to taki, że mimo wszystko protest będzie dalej trwał.

W średniodystansowej i długodystansowej perspektywie Putin i Łukaszenka już przegrali

Ale skoro Putin wspiera Łukaszenkę, to może protestujący uznają, że są bez szans i dalsze protestowanie nie ma sensu?

– Tego nie wiemy. Jednak już nastąpiła istotna zmiana: Łukaszenka do tej pory przekonywał, że siłę czerpie z poparcia narodu. Teraz się okazało, że jednak czerpie ją z poparcia Putina. Może propagandowo tworzyć podziały, szczuć jednych ludzi przeciwko drugim, ale na dłuższą metę trudno w ten sposób prowadzić politykę.

Do tej pory uważano, że tożsamość i świadomość białoruska ograniczają się do nielicznych miejskich elit, a tu nagle się okazało, że niemal każdy ma ukrytą biało-czerwono-białą flagę. Ci ludzie po prostu chcą być Białorusinami, nie Rosjanami, i żyć w kraju, w którym można demokratycznie wybrać prezydenta. To oznacza, że w średniodystansowej i długodystansowej perspektywie Putin i Łukaszenka już przegrali. Wcześniej czy później nie będzie ani Putina, ani Łukaszenki. A Białorusini będą.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.