Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rok 2013 r., godzina 3 nad ranem. Dr Kamil Zaradkiewicz, szef Zespołu Orzecznictwa i Studiów Trybunału Konstytucyjnego, wychodzi ze swojego mieszkania na Saskiej Kępie. Idzie mostem Poniatowskiego, potem przez centrum Warszawy do siedziby Trybunału w al. Szucha. Nie tylko pora jest dziwna. Zaradkiewicz ma na sobie piżamę, jest w papciach. Do Trybunału dociera po półtorej godziny.

Wiosna 2020 r. Od dwóch lat – dzięki protekcji władzy i osobistemu wsparciu Zbigniewa Ziobry – prof. Kamil Zaradkiewicz jest sędzią Sądu Najwyższego. 30 kwietnia prezydent Andrzej Duda powierza mu pełnienie obowiązków pierwszego prezesa.

Wypaczenia i komunistyczne złogi

Dla opozycji nominacja Zaradkiewicza to akt ostatecznego przejęcia sądów przez PiS. Decyzją Dudy zachwycony jest minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro: – Jestem pod wrażeniem decyzji. Kamil Zaradkiewicz jak nikt inny gwarantuje bezstronne i bezpieczne przeprowadzenie SN na drodze do wyłonienia nowego pierwszego prezesa.

Dzień później Zaradkiewicz publikuje oświadczenie: „Jesteśmy świadkami oczekiwanego przez polskie społeczeństwo przełomu w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości” – pisze, po czym przechodzi do krytyki ostatnich lat, gdy SN był kierowany przez prof. Małgorzatę Gersdorf.

Zaradkiewicz: „Zapewniam, że w okresie sprawowania powierzonej mi funkcji będę czynił starania, by Sąd Najwyższy powrócił do realizacji obowiązków orzeczniczych przy rzeczywistym respektowaniu zasad niezależności sądów i niezawisłości sędziów, nadrzędności Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej oraz legalizmu. Wypaczenie w ostatnich latach istoty tych podstawowych wartości miało niestety znaczący wpływ na utrwalenie negatywnego w opinii publicznej wizerunku wymiaru sprawiedliwości, w tym także Sądu Najwyższego”.

W dalszej części pełniący obowiązki pierwszego prezesa apeluje do sędziów „o powstrzymywanie się od działań, w tym od wypowiedzi publicznych, które mogłyby osłabiać zaufanie do niezależnego sądownictwa, a tym bardziej świadczyć o politycznej motywacji lub braku obiektywizmu sędziego”. Zwraca się też do sędziów Sądu Najwyższego „o zaniechanie aktywności publicznej, w szczególności medialnej, pogłębiającej podziały i utrwalającej negatywny wizerunek wymiaru sprawiedliwości”.

Na koniec: „Mam nadzieję, że nadszedł czas, iż kilkadziesiąt lat od odzyskania przez Rzeczpospolitą suwerenności, sądownictwo uwolni się od piętna haniebnego dziedzictwa zbrodni sądowych i bezmiaru niesprawiedliwości, z którymi dotychczas się nie rozliczyło. Nie będzie to jednak możliwe bez sędziów respektujących zasady apolityczności i niezawisłości. Ci zaś, którzy w sprawowaniu urzędu nie potrafią sprostać powyższym standardom i którzy kierują się typową dla okresu totalitarnego reżimu komunistycznego, często nieskrywaną polityczną motywacją, powinni odejść ze służby sędziowskiej”.

Zatruł się grzybami halucynogennymi

Wracamy do roku 2013. Rządzi koalicja PO-PSL. W Trybunale Konstytucyjnym Zaradkiewicz pracuje od 13 lat. Zatrudnił go tam Marek Safjan, jego promotor i ówczesny prezes Trybunału, potem sędzia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Prof. Andrzej Rzepliński, w 2013 r. prezes TK: – Przebieg tego zdarzenia poznałem z relacji ówczesnego komendanta straży trybunalskiej. Powiedział mi, że o 4.30 ktoś zadzwonił. Pod bramą stał mężczyzna, w którym komendant rozpoznał pana Zaradkiewicza. Był ubrany w piżamę, a kontakt z nim był utrudniony. Strażnik zapytał, jak może mu pomóc, Zaradkiewicz powiedział, że się źle czuje. Strażnik wezwał pogotowie, które zabrało pana Zaradkiewicza do pobliskiego Szpitala Czerniakowskiego. Zaniepokoiła mnie ta sytuacja, chciałem jakoś pomóc. Poprosiłem do siebie prawnika, który przyjaźnił się z panem Zaradkiewiczem, i z tego, co wiem, mieszkali razem. Powiedział mi, że Zaradkiewicz zatruł się grzybami halucynogennymi, o których nie wiedział, że tak zadziałają. Z domu po drugiej stronie Wisły wyszedł około trzeciej w nocy i pieszo doszedł do Trybunału. Pytałem, czy mam go odwiedzić w szpitalu, ale nie chciał, powiedział, że ma opiekę matki. Gdy po kilku dniach wrócił do pracy, spodziewałem się, że przyjdzie do mnie wyjaśnić tę sytuację, ale nie przyszedł. Spotkaliśmy się w końcu na korytarzu. Zapytałem, jak się czuje, odpowiedział, że świetnie. Niczego nie tłumaczył.

„Incydent piżamowy” jest znany w środowisku stołecznych prawników. Oprócz prof. Rzeplińskiego rozmawialiśmy o tym z kilkoma innymi osobami. Mówiły nam, że dziwne zachowanie Zaradkiewicza wynikało z załamania po kłótni z partnerem.

– Po tej historii Zaradkiewicz się zmienił. W relacjach wewnątrz Trybunału stał się skryty i zamknięty. Wiedział, że my wiemy, a to nie tworzyło dobrej atmosfery – mówi była urzędniczka TK.

Czy najważniejszy sędzia nie jest marionetką?

W ostatnią sobotę portal Monitorkonstytucyjny.eu publikuje tekst Macieja Pacha, prawnika z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pach zwraca się w nim do prezes TK Julii Przyłębskiej z pytaniem, „czy Kamil Zaradkiewicz – świeżo upieczony p.o. Pierwszego Prezesa SN – daje rękojmię niezależności na zajmowanych stanowiskach”. Domaga się ujawnienia przez Przyłębską notatki w sprawie „incydentu piżamowego” sporządzonej w 2013 r. przez komendanta straży TK. Przytacza przy tym korespondencję z biurem TK, do którego w 2017 r. zwrócili się dziennikarze. Wtedy też prosili o przekazanie kopii notatki. W odpowiedzi otrzymali maila, że „treść żądanej notatki zawiera wyłącznie informacje o charakterze prywatnym zindywidualizowanej osoby, która stawiła się w siedzibie TK bez związku ze sprawowaną funkcją publiczną. Tym samym nie podlega upublicznieniu”.

Pach ponawia pytanie: „Czy notatka sporządzona przez Komendanta Straży Trybunału Konstytucyjnego, dotycząca zdarzenia z udziałem ówczesnego dyrektora w Biurze TK – Kamila Zaradkiewicza – znajduje się nadal w siedzibie TK? Jeżeli jej tam nie ma, to dlaczego tak się stało? Apeluję do Pani [prezes TK] o niezwłoczne ujawnienie treści wspomnianej notatki dotyczącej zachowania Kamila Zaradkiewicza w siedzibie TK. Polska opinia publiczna ma prawo wiedzieć, czy osoba kierująca Sądem Najwyższym nie jest narażona na szantaż, polegający na ujawnieniu informacji stawiających ją w niekorzystnym świetle”.

Monitorkonstytucyjny.eu to portal prowadzony przez Piotra Rachtana. Rachtan do grudnia 2016 r. pracował w TK (redagował tam biuletyn Trybunału) i odszedł zaraz po przejęciu go przez nominatów PiS: sędziów Przyłębską i Mariusza Muszyńskiego.

„Wydarzenie, o którego szczegóły pyta autor [Pach], było sprawą delikatną. Wśród pracowników Trybunału Konstytucyjnego nie było ono tajemnicą. Uważam otóż, że są sprawy osobiste, których publiczność nie musi znać, bo są właśnie osobiste” – pisze Rachtan, tłumacząc, że przez lata uważał, iż nie należy o tym pisać. Po czym dodaje: „Zmieniłem zdanie po dzisiejszym (1 maja) oświadczeniu Kamila Zaradkiewicza, w którym przyłączył się do nagonki na sędziów występujących w obronie podstawowych wartości konstytucyjnych. Te insynuacje, idiotyczne, kłamliwe powiązanie sędziów występujących w obronie niezależności sądownictwa współczesnej Polski z peerelowskim sądownictwem i jego zbrodniami, z którym nic nie mają wspólnego, także z racji późnego urodzenia (często są rówieśnikami K. Zaradkiewicza), przekonały mnie, że pytania, jakie stawia Maciej Pach, są jednak zasadne. Tylko pełna jawność i przejrzystość może gwarantować, że wysocy funkcjonariusze państwa – a takim jest p.o. Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego – nie będą narażeni na manipulacje czy wręcz szantaż. Obywatele muszą mieć pewność, że najważniejszy (nawet jeśli tylko chwilowo) sędzia w Polsce nie jest marionetką, sterowaną zza kulis przez machera dysponującego ową notatką”.

Mobbing w Trybunale

„Incydent piżamowy” to niejedyne niepokojące zdarzenie z czasu pracy Zaradkiewicza w Trybunale. Prof. Rzepliński mówi, że w tym samym 2013 roku musiał się zajmować skargą, która wpłynęła od młodego prawnika zatrudnionego pod kierownictwem Zaradkiewicza w Zespole Orzecznictwa i Studiów. Prawnik skarżył się na mobbing, z powodu którego musiał iść na zwolnienie lekarskie.

– Ten pracownik mówił, że czuje się hejtowany przez Zaradkiewicza. Poprosiłem o zbadanie sprawy dyrektora biura TK. Wówczas Zaradkiewicz zbagatelizował sprawę, mówiąc, że matka tego pana jest psychiatrą i wystawia mu zwolnienia lekarskie. Nie czuł się winny – wspomina Rzepliński.

Młody prawnik napisał oficjalną skargę, ale nie zwrócił się do sądu pracy. Z Trybunału odszedł. – To nie był pierwszy taki sygnał, że Zaradkiewicz źle traktował swoich podwładnych – mówi Rzepliński.

„Wyborcza” ma kopię skargi skierowanej do Macieja Granieckiego, szefa Biura TK. Wstęp jest bardzo emocjonalny: „Pracę w Biurze Trybunału Konstytucyjnego od zawsze postrzegałem jako wielki zaszczyt i powód do dumy. Pragnąłem wiązać moją przyszłość z Trybunałem Konstytucyjnym. Nigdy nie ukrywałem pełnego emocji i młodzieńczego entuzjazmu stosunku do pracy w Biurze Trybunału. Była dla mnie wielkim wyróżnieniem i zawsze ją szanowałem. Moja poprzednia wiadomość stanowiła krzyk rozpaczy i prośbę o interwencję w Zespole Orzecznictwa i Studiów w obliczu buty, arogancji i apogeum bezkarnej wieloletniej mobbingowej działalności Kamila Zaradkiewicza”.

Młody prawnik wymienia wiele przykładów mobbingu. Podajemy niektóre:

* publiczne poniżanie i ośmieszanie mnie na oczach Kolegów i Koleżanek na tzw. zebraniach zespołowych,

* publiczne podważanie mojej wiedzy, kompetencji i wieloletniego doświadczenia nabytego w Biurze TK,

* publiczne zaaranżowane reprymendy o kwestie nieistotne (np. podwójna spacja w piśmie w nieistotnym miejscu) z publicznym podsuwaniem pisma do mojej twarzy na odległość kilku centymetrów i pytaniem „teraz widzi Pan spację?” i wytykaniem przy wszystkich palcem podwójnej spacji,

* publiczne ocenianie i krytykowanie efektów mojej pracy,

* publiczne wyrażanie swojej nieufności wobec mnie wśród Koleżanek i Kolegów z Zespołu,

* zmuszanie mnie do pracowania w weekendy (w domu lub Biurze Trybunału) bez jakiegokolwiek dodatkowego wynagrodzenia (…),

* zmuszenie mnie do pozostania w Biurze Trybunału przez ponad 24 godziny bez przerwy i bez posiłków na skutek zlecenia wykonania ogromnej ilości pracy (…),

* zakaz opuszczania piętra budynku bez zgody przełożonego Kamila Zaradkiewicza (nieustannie nieobecnego lub niedostępnego),

* arbitralne odwoływanie bądź nieudzielanie mi urlopów bez jakichkolwiek ku temu podstaw; grożenie odwoływaniem z ewentualnych urlopów „na żądanie”,

* umyślne straszenie przez Kamila Zaradkiewicza i wyprowadzanie z równowagi pracowników poprzez tzw. wchodzenie do pokojów pracowniczych wraz „z framugą”, czyli w sposób wybitnie gwałtowny, z głośnym uderzeniem o klamkę i drzwi, co u osób pracujących naukowo w ciszy i skoncentrowanych na swojej pracy wywoływało niepokój (…),

* zakazywanie prowadzenia rozmów pomiędzy członkami zespołu w trakcie pracy: „w Biurze Trybunału się nie rozmawia”,

* stwierdzanie przez Kamila Zaradkiewicza w trakcie zebrań zespołowych, że jest „nieusuwalny”.

Dalej prawnik pisze, że zadania zlecane Biuru przez sędziów TK były nazywane przez Kamila Zaradkiewicza „zachciankami”, „fanaberiami” i „życzeniami”. „Zaradkiewicz wielokrotnie nakazywał nam wykonywać te zadania w sposób sprzeczny z wytycznymi Sędziów”.

Swoje pismo wysłał już po rozwiązaniu z nim umowy o pracę: „Czuję się bardzo głęboko dotknięty tym, że rozwiązanie ze mną umowy uzasadnione zostało długotrwałą nieobecnością, dezorganizującą pracę Zespołu Orzecznictwa i Studiów. Według mnie jedyną osobą dezorganizującą pracę jest Kamil Zaradkiewicz. Moja nieobecność jest konsekwencją mobbingu z jego strony. Długotrwałe poniżanie, zastraszanie doprowadziły mnie do udokumentowanej medycznie depresji i zespołu przewlekłego stresu”.

Widziałem gorączkę i poczucie misji

Wiosną 2016 r. Zaradkiewicz wszedł w otwarty konflikt z Trybunałem, którego przejęcie PiS wziął na pierwszy ogień. W marcu TK wydał drugi wyrok podważający przeforsowaną przez PiS nowelizację ustawy, w myśl której możliwe były nominacje sędziów na obsadzone już stanowiska TK. W odpowiedzi rząd Beaty Szydło odmówił publikacji wyroku. Podobnie zrobił w grudniu 2015 r. z innym wyrokiem dotyczącym „ustaw naprawczych PiS”. Wybuchł skandal, bo zgodnie z konstytucją wyroki TK podlegają „natychmiastowej publikacji”.

W sukurs rządowi przyszedł Zaradkiewicz. Przed siedzibą Trybunału jako jeden z jego dyrektorów udzielił wywiadu TVP, stwierdzając, że „wyroki sądu konstytucyjnego mogą być uznane za ostateczne dopiero po analizie prawnej dokonanej przez niezależny organ”. Podobnie wypowiedział się na łamach „Rzeczpospolitej”. Oświadczył, że wyroki TK „nie zawsze są ważne i ostateczne”.

– Widziałem tego dnia Zaradkiewicza, jak czekał na ekipę TVP, a potem mówił do kamery. W jego oczach widać było gorączkę i poczucie misji – wspomina jeden z naszych rozmówców.

Po tej akcji PiS wziął Zaradkiewicza na sztandary, posługując się jego wypowiedziami i opiniami podczas kolejnych etapów konfliktu z TK. Trwało to do grudnia 2016 r., gdy kończyła się kadencja prezesa Andrzeja Rzeplińskiego. Wcześniej TK zdążył odwołać Zaradkiewicza z funkcji dyrektorskiej, a w końcu zwolnił go z pracy. Zwolniony błyskawicznie otrzymał dyrektorską posadę w Ministerstwie Sprawiedliwości u Zbigniewa Ziobry. Stworzono tam dla niego departament prawa administracyjnego. Dostał też stanowisko członka rady nadzorczej gdańskiego Naftoportu, co oburzyło nawet „nowych” sędziów TK, którzy bronili go przed zwolnieniem.

Zegarek znaleziony w pudle

Odejście Zaradkiewicza z TK zakończyło się sprawą przed sądem pracy i doniesieniem do prokuratury. W pozwie Zaradkiewicz domagał się przywrócenia oraz skarżył się na szykany ze strony Jerzego Stępnia, b. prezesa TK. Jak pisał, 7 grudnia 2015 r. podczas uroczystości pożegnania odchodzących sędziów Stępień miał demonstracyjnie okazywać swoją niechęć nowym sędziom i w „knajackim języku” wypowiadać się o rządzie Beaty Szydło. „[Stępień] przywołał mnie i zapytał: »Czemu Pan rozmawia z tymi chuj***i? To są marionetki, uzurpatorzy«. Po złożonych przeze mnie wyjaśnieniach stwierdził, że zna takich karierowiczów jak ja i że ustawiam się pod nową władzę”.

W pozwie Zaradkiewicz podał, że Stępień nazwał go „forpocztą totalitaryzmu”.

Komentując to, Stępień powiedział w RMF: – Nie kierowałem żadnych wulgaryzmów pod adresem nowo wybranych sędziów. To jest po prostu nieprawda. Natomiast użyłem dość mocnego słowa pod adresem pana Zaradkiewicza, ale tego nie będę komentował. Niech on sam powie, bo może to dla niego byłoby bardzo przykre, gdybym publicznie ujawnił, co powiedziałem.

Sprawę w sądzie pracy zamknęła (na drodze ugody) nowa prezes TK Julia Przyłębska.

Po zawarciu ugody Zaradkiewicz dostał ponad 26 tys. zł ekwiwalentu urlopowego, ale do pracy w TK nie wrócił. Wcześniej zawiadomił prokuraturę o tym, że gdy opróżniono jego gabinet w TK, ktoś ukradł mu pamiątkowy złoty zegarek po „pradziadku generale zamordowanym przez Sowietów”. Nagłośniła to TVP Info, w której Zaradkiewicz zapowiadał, że „zadba, by odpowiedzialne osoby poniosły konsekwencje”. W tym samym wywiadzie Zaradkiewicz stwierdził: – Moje poglądy w 140 znakach: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Sprawa zegarka nie skończyła się jednak honorowo. Prokuratura wszczęła śledztwo, a potem po cichu je umorzyła. „Wyborczej” odmówiono dostępu do akt, ale mamy relację urzędnika TK, który mówi:

– Rzeczy pana Zaradkiewicza były złożone w pudłach w archiwum. On uparcie odmawiał ich zabrania, a nawet sprawdzenia, co jest w środku. Zrobił to dopiero po odejściu prezesa Rzeplińskiego. Okazało się, że zegarek był w jednym z kartonów spakowany z innymi rzeczami.

Muszyński nie chce Zaradkiewicza w TK

Dlaczego Zaradkiewicz nie wrócił do TK za czasów Julii Przyłębskiej?

– Mocno o to zabiegał, marzył o posadzie dyrektora Trybunału, przynosił kwiaty Przyłębskiej, chciał się wkraść w łaski Muszyńskiego – mówi były pracownik TK, który zna kulisy zabiegów Zaradkiewicza.

Według źródeł „Wyborczej” powrotowi zapobiegł właśnie Mariusz Muszyński, „nowy” sędzia, który (choć formalnie jest zastępcą Przyłębskiej) w pierwszych latach po przejęciu Trybunału przez PiS uchodził za jego prawdziwego szefa.

Znamy dwa powody. W listopadzie 2016 r. „Wyborcza” ujawniła, że Muszyński w latach 90. był oficerem służb specjalnych. Pracował w wywiadzie – najpierw Urzędu Ochrony Państwa, a potem w Agencji Wywiadu. Gdy PiS zgłosił jego kandydaturę do TK, ukrył przed Sejmem, że pracował dla służb.

Po naszej publikacji opozycja domagała się odwołania Muszyńskiego. A Zaradkiewicz, który już wtedy dał się poznać jako zwolennik „dobrej zmiany”, zdystansował się od Muszyńskiego w TV Republika i tłumaczył, że przyszły sędzia powinien ujawnić swoją przeszłość, zaś w przypadku Muszyńskiego to jest trudne, bo „etat był niejawny, tzn. objęty tajemnicą państwową”.

– Mamy do czynienia z sytuacją, gdy sędzia TK znajduje się w impasie. Nie dowiemy się prawdy – mówił Zaradkiewicz.

Powód drugi: gdy PiS zaczął rządzić Trybunałem, Muszyński dotarł do słynnej notatki o „incydencie piżamowym”. – Swoimi kanałami zdobył też inne informacje na temat Zaradkiewicza – twierdzi cytowany już pracownik TK, którego Muszyński radził się w tej sprawie.

W rezultacie Muszyński zdecydował, że nie chce Zaradkiewicza z powrotem. I tak Zaradkiewicz ostatecznie związał się z Ziobrą.

Zmienił poglądy i złożył samokrytykę

Drogi Muszyńskiego i Zaradkiewicza zeszły się ponownie w sierpniu 2018 r. Przejęta już przez rządzącą partię Krajowa Rada Sądownictwa stanęła przed koniecznością wyboru 44 nowych sędziów SN. Mieli zasiąść w dwóch nowych Izbach (Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej) oraz w Izbie Cywilnej.

Większość sędziów ogłosiła bojkot procedury organizowanej przez KRS. Mimo to zgłosiło się 159 osób. Wśród nich byli Zaradkiewicz i Muszyński. W ostatniej chwili przed głosowaniem Muszyński odwołał swoją kandydaturę. Sędzią SN został Zaradkiewicz, przy czym nie odbyło się to bez przeszkód. Przeciwna była Krystyna Pawłowicz, dziś sędzia TK, wtedy posłanka PiS zasiadająca w KRS. Protestowała przed nazywaniem Zaradkiewicza „bohaterem” i twierdziła, że „przez lata był utrzymywany na eksponowanym stanowisku w TK jako osoba zaufana kolejnych lewicowych prezesów”. Mówiła też, że w środowisku prawniczym Zaradkiewicz uznawany jest za „ideologa homomałżeństw”, bo popiera związki partnerskie.

Chodziło o wypowiedzi Zaradkiewicza z dyskusji, która odbyła się w Sejmie w 2012 r. Stanowisko to przypomina portal OKO.press. Prawnik polemizował w nim z interpretacją małżeństwa „jako związku kobiety i mężczyzny”. Jak mówił, konstytucja „wcale nie definiuje małżeństwa w ten sposób, że jest ono wyłącznie związkiem kobiety i mężczyzny.” Zdaniem Zaradkiewicza „z art. 18 konstytucji wynika, że są być może dopuszczalne również inne niż małżeństwo instytucje, co do których nie istnieje konieczność zapewnienia im takiej samej jak małżeństwu opieki Rzeczypospolitej”.

Pawłowicz mu to zapamiętała i potem wzywała: „Ten pogląd jest radykalnie sprzeczny z poglądem w polskiej doktrynie prawnej. Jeśli ta osoba [czyli Zaradkiewicz] miałaby reprezentować tak odmienny od polskiej kultury prawnej pogląd na małżeństwo, nie powinna być sędzią w SN. Bardzo proszę, żeby na tę osobę nie głosować”.

Patryk Jaki i Kamil Zaradkiewicz prezentują projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Warszawa, Ministerstwo Sprawiedliwości, 11 października 2017Patryk Jaki i Kamil Zaradkiewicz prezentują projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Warszawa, Ministerstwo Sprawiedliwości, 11 października 2017 Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Z pomocą Zaradkiewiczowi przyszli wtedy Ziobro i jego zastępca Patryk Jaki.

Widząc, że kandydatura jest zagrożona, minister sprawiedliwości zjawił się osobiście na posiedzeniu KRS. Wyliczył zasługi, jakie kandydat oddał w ostatnich latach partii rządzącej. Przypomniał, że Zaradkiewicz, pracując w Trybunale Konstytucyjnym przed jego pacyfikacją, przeszedł na stronę PiS. Rozpływał się nad tym, że kandydat „na swojej drodze dokonał zasadniczego zwrotu, ryzykując niemało”. Chwalił, że „zdobył się na coś, na co niewielu było gotowych”.

Ziobro zapewnił też, że Zaradkiewicz zmienił poglądy w kwestii małżeństw homoseksualnych. Miał złożyć w tej sprawie oświadczenie, a nawet samokrytykę.

Patryk Jaki napisał wówczas na Twitterze: „Zaradkiewicz jest świetnym pracownikiem i b. dobrym prawnikiem (...), jestem zażenowany tym, co stało się dziś na posiedzeniu KRS za sprawą prof. Pawłowicz. Nigdy nie pytałem swoich pracowników o »orientację seksualną« lub poglądy”.

Prof. Rzepliński: – Zaradkiewicz uzyskał mianowanie od wadliwie powołanej KRS, na dodatek w bardzo wstydliwych okolicznościach. Pamiętamy to głosowanie w KRS, gdy pan Zaradkiewicz przepadł i gdy potrzebna była interwencja ministra Ziobry, który zazwyczaj nie bierze udziału w takich posiedzeniach. W rezultacie Zaradkiewicz został sędzią pod zdecydowanym naciskiem władzy wykonawczej w osobie prokuratora generalnego i szefa jednej z partii wchodzących w skład koalicji rządzącej. To budzi poważne wątpliwości, czy pan Zaradkiewicz posiada przymiot bezstronności i niezależności od polityków.

Pytania do bohatera

Przed publikacją tekstu zwróciliśmy się do Kamila Zaradkiewicza (mailowo i telefonicznie) z następującymi pytaniami:

* Co było przyczyną incydentu pod bramą TK w 2013 r.?

* Czy zażywał przed tym incydentem substancje psychoaktywne?

* Jeżeli tak – czy był to jednorazowy epizod?

* Czy ktoś wywiera na niego naciski, szantażując ujawnieniem wydarzeń z jego przeszłości?

* Czy jako dyrektor TK dopuszczał się mobbingu wobec podwładnych?

* Czy potwierdza odnalezienie zegarka, którego kradzież zgłosił po odejściu z TK?

Nie dostaliśmy odpowiedzi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.