W wieku 54 lat zmarł tragicznie Krzysztof Miller, fotoreporter wojenny, od 1989 r. związany z "Gazetą Wyborczą".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Krzysztof robił zdjęcia w Afganistanie, Czeczenii, państwach afrykańskich, Gruzji, Bośni, podczas przewrotu w Rumunii i aksamitnej rewolucji w Czechosłowacji. Od 1989 r. był związany z "Gazetą Wyborczą". W 2000 r. zaproszono go do jury konkursu World Press Photo. W 2013 wydał książkę "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego". Rok później prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

55 milimetrów od wojny

Jak blisko można podejść? Na filmie z 2011 r. Krzysztof Miller opowiada o zawodzie fotoreportera wojennego.

"Zdjęcie wojny niczego nie zmienia"

W rozmowie z "Gazetą Stołeczną" w 2015 r., kiedy zastanawiał się nad sensem swojej pracy, smutno skonstatował, że żaden z momentów w jego fotografii nie był decydujący.

- To, że fotografowałem żołnierzy rosyjskich opijających zwycięstwo nad Czeczenią, niczego nie zmieniło, żołnierze pojechali walczyć dalej. Zdjęcia umierających z głodu uchodźców Hutu też o niczym nie zdecydowały. Najbardziej decydujące momenty mojej fotografii były wtedy, gdy robiłem zdjęcia dla "Gazety Stołecznej" - one rzeczywiście zmieniały los mojego otoczenia. Fotofelieton z dzikiego wysypiska śmieci przy stadionie Politechniki sprawił, że śmieci uprzątnięto. W przypadku wojny, uchodźców, ludzkiej tragedii moja fotografia nie decydowała o niczym - mówił Miller.

"Był świadkiem niemal wszystkich wojen ostatniego 25-lecia". Fotografie Krzysztofa Millera

 

Ale uważał, że mimo tej bezsilności jego powołaniem jest informowanie świata.

- Te fotografie są dowodem, że takie historie w ogóle się zdarzyły. Dużo moich zdjęć nie będzie opublikowanych w prasie ze względu na ich drastyczność, ale one też są potrzebne - mówił.

Krzysztof Miller: "Gdzieś się ociągnąłem, zamarudziłem"

W tej samej rozmowie wspominał swoje początki w "Gazecie Wyborczej".

- "Wyborcza" miała wychodzić tylko podczas kampanii w 1989 r. Gdy okazało się, że to jednak nie koniec, Piotr Niemczycki, Sławek Sierzputowski i Waldek Gorlewski zaczęli szukać fotoreporterów. Kryterium było demokratyczne: liczba zdjęć opublikowanych do tej pory. Z 20 fotografów, z których część była już wtedy bardzo znana, wybrali pięciu, w tym mnie. Miałem na koncie zdjęcie Okrągłego Stołu zrobione z góry, które obok pijanego rowerzysty jest chyba najbardziej znaną moją fotografią. To był traf. Gdzieś się ociągnąłem, zamarudziłem, reszta fotoreporterów już wyszła, a mnie ktoś wpuścił na piętro, choć nie miałem odpowiedniej akredytacji - mówił Krzysztof.

"Podchodziliśmy tak blisko, że bliżej już się nie dało"

Kiedy w 2011 r. Krzysztof Miller leczył się w szpitalu ze skutków stresu bojowego, Wojciech Jagielski, z którym pracował, poświęcił mu reportaż "Bractwo Pif-Paf".

- Jak blisko się podchodzi? Każdy ma tę granicę w sobie - mówił Krzysztof. - Zrobiłem kiedyś fotografię amerykańskiego żołnierza rozbrajającego minę. Podejść bliżej już nie mogłem, bo musiałbym na tej minie stanąć. Ile takich min udało nam się razem przypadkiem uniknąć? Nie było sytuacji, których byśmy nie wykorzystali, zachowując się asekuracyjnie. Zawsze staraliśmy się podejść tak blisko, że bliżej już się nie dało.

37. klatka. Z Krzysztofem Millerem rozmawia Paweł Smoleński

Powroty do rzeczywistości nie były łatwe:

- Początkowo po powrotach z wojen nie zwracałem uwagi na własne bardzo różne, dziwne zachowania. Wydawały mi się naturalne, jak choćby to, że nie potrafię odnaleźć się w prozaicznej rzeczywistości. Bywałem zagubiony w sklepach, kupowałem za dużo, jak gdyby na zapas, na wszelki wypadek, bo coś się stanie. Dziwiłem się błahym z pozoru problemom mojej rodziny, np. że zabrakło w domu wody mineralnej. Przecież woda była w kranie, w Sudanie za taki kran z wodą oddaliby majątek. Albo że zimą w mieszkaniu było chłodno - przecież można się cieplej ubrać. Przeszedłem kiedyś z gruzińskimi uchodźcami z Abchazji przez góry Kaukazu i fotografowałem, jak umierali na przełęczach z zimna - mówił w 2011 r.

"Zupełnie bezsilny, nie mogę się schować"

- Zaczęło mi się to wymykać spod kontroli jakieś trzy lata temu - wspominał w tej samej rozmowie. - Pojechałem do Konga, Ugandy i Południowego Sudanu. Wróciłem z malarią mózgową, w stanie skrajnego wyczerpania. W szpitalu w Łodzi orzekli, że mam niewielkie szanse na przeżycie, zwłaszcza że nie mają odpowiednich lekarstw do leczenia malarii. Jedyną szansą było zorganizowanie błyskawicznego transportu lekarstw ze szpitala zakaźnego w Warszawie. Zdobyć lekarstwa pomogła Helena Łuczywo, wówczas szefowa "Gazety Wyborczej". Dzięki nim wyciągnięto mnie ze śpiączki, w jaką już zapadłem. I wtedy właśnie zaczęły mnie dręczyć sny.

Dalej Miller: - Były kolorowe, wielowymiarowe, jak żywe. I wszystkie o wojnie, o przemocy, strachu, które mnie dopadają po kolei, a ja, zupełnie bezsilny, nie mogę uciec ani się schować. Nigdy nie ginąłem, ale cierpiałem męczarnie. Siedziałem skulony w okopach w Czeczenii, zasypywany piaskiem, który wdzierał mi się do ust. Tak się nam przydarzyło w 1999 r. Ktoś przystawiał mi lufę pistoletu do potylicy, jak w Bośni, albo lufę karabinu maszynowego do czoła, jak w Kambodży. Potem pojawiła się bezsenność. Najpierw napadała mnie nieregularnie, z czasem nie mogłem już spać permanentnie. Raz nie mogłem zasnąć ze strachu przed tym, co przyjdzie do mnie wraz ze snem. Kiedy indziej budziłem się w środku nocy, mając w głowie gonitwę myśli przelatujących tysiącami na minutę. Zaczynałem dzień wyczerpany, rozdrażniony, żyłem w ciągłym napięciu.

Jak sam mówi, jego stan wywoływał konflikty w domu. W pewnym momencie żona nie wytrzymała i wyprowadziła się od niego. Niedługo później podjął leczenie.

- Leczę się czwarty miesiąc. Mam terapię indywidualną oraz terapie grupowe - wspólne z weteranami wracającymi z wojen w Iraku i Afganistanie. Wyregulowano mi już sen. Zacząłem się otwierać, a nawet obmyślam projekty, którymi chciałbym się zająć po zakończeniu kuracji. Nie czuję się już sam - mówił.

W jednej z ostatnich rozmów został zapytany, czy jeszcze pojedzie na wojnę. - Tego nie wiem - odpowiedział.

Pożegnanie Krzysztofa Millera Zgodnie z wolą rodziny pogrzeb Krzysztofa odbędzie się tylko w gronie najbliższych. Dlatego wszystkich, którzy chcą pożegnać Krzysztofa, zapraszamy na mszę świętą w jego intencji w najbliższy czwartek, 15 września. Msza zostanie odprawiona o godz. 18.00, w parafii św. Grzegorza Wielkiego na warszawskich Szczęśliwicach, ul. Włodarzewska 54.

Krzysztof Miller
Krzysztof Miller 
Mówił skromnie, że jest fotoreporterem

 

- Jarosław Kurski

 

* Mówił, że zdjęcie wojny niczego nie zmienia

 

- Michał Wilgocki

 

* Nigdy nie zawodził, nigdy

 

- Paweł Smoleński

 

* Genialny fotograf. Odważny, skromny, szalenie wrażliwy

 

- Współpracownicy i przyjaciele

 

* Był tak blisko, jak się dało

 

- Wojciech Jagielski

 

* Jesteś, Krzysiu, wciąż bardzo potrzebny

 

- Agata Grzybowska

Zobacz: Krzysztof Miller 1962-2016

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej