Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Cała rozmowa ukazała się w "Gazecie na Święto" 31 października 2012 r. Małgorzata Braunek zmarła po walce z chorobą nowotworową 23 czerwca 2014 r.

AGNIESZKA KUBLIK: Ciągle się pani śmieje. Uśmiechanie się jest ważne w pani życiu?

MAŁGORZATA BRAUNEK: Nie tylko w moim życiu, ale każdego człowieka, bo to wyraz wewnętrznej pogody, życzliwości wobec innych.

Po kolejnym marszu ludu smoleńskiego wymyśliła pani nawet akcję: "Dzień dobry, uśmiechnij się".

- Myślę, że w nas, Polakach, pojawiła się potrzeba, żeby zmienić nasze codzienne obyczaje, żeby odejść od tego publicznego wyrażania żalu, bycia ofiarą, okazywania narodowego cierpienia. To się jednak nie stanie ot tak, po prostu. Potrzeba lat, ale kiedyś trzeba zacząć.

Zainspirował mnie swoim uśmiechem dalajlama. Zwrócił uwagę na to, że wszyscy zachowujemy się nawykowo. A Polacy nawykowo czują się ofiarami tragicznej historii. Dalajlama doszedł do wniosku, że lepiej zastąpić gorszy nawyk lepszym. A według niego lepszym nawykiem jest uśmiech. On go ofiarowuje ludziom.

Z taką historią jak nasza nie jest łatwo się uśmiechać.

- Wiem, wiem, to pasmo narodowych powstań, czyli klęsk. Rozumiem, że w Polsce trudno świętować coś dobrego, co nam się udało, bo nawet 4 czerwca to dla wielu symbol kolejnej przegranej, bo Magdalenka itd.

Dlatego chcemy zrobić malutki kroczek, zacząć od prostej rzeczy: jeżeli spotkam na swojej drodze drugiego człowieka, to mogę obdarzyć go uśmiechem i powiedzieć "dzień dobry".

Czy to nie naiwność wierzyć, że od tego skończą się kiedyś marsze ludu smoleńskiego?

- Może jestem idealistką? Ale ciągle słyszę od ludzi, że brakuje im codziennej, bezinteresownej życzliwości.

Pani się uśmiecha do każdego na ulicy?

- Staram się, choć czasami zapominam. Ale gdy się uśmiecham, spotykam się z uśmiechem.

Tak reagują, bo panią znają.

- To prawda. Ale mój mąż co wieczór wychodzi z psem na spacer i uśmiecha się do mijanych ludzi. Na początku reagowali zdziwieniem i nie odwzajemniali uśmiechu, teraz reagują bardzo otwarcie i entuzjastycznie. Rozumiem, że jest to nam potrzebne. Może zmienimy nasz charakter narodowy?

(...)

Po lekturze pani książki "Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko" widzę, że odnalazła pani radość w śmierci.

- To jednak dziwnie brzmi. Ja bym powiedziała, że przygotowałam się do nadchodzącej śmierci, przede wszystkim dzięki praktyce buddyjskiej.

Świadomie powiedziałam "radość", bo o odchodzeniu i o śmierci swojej mamy mówi pani "jak o pięknym i głębokim doświadczeniu".

- Tak, bo byłam na nią przygotowana. Praktykując zen, buddyzm, mam świadomość nietrwałości wszystkich zjawisk, bezwzględnie wszystkich. My też jesteśmy takim zjawiskiem, czyli i nas. I to nie jest nam wpajane, my się tego na pamięć nie uczymy, my tego doświadczamy. Śmierć jest końcem, ale i początkiem, życie jest wieczne, tylko zmienia swoje formy, które są nietrwałe. Więc jestem otwarta na śmierć.

Byłam wolontariuszką w hospicjum, odchodzili moi przyjaciele, czułam, że śmierć jest obecna bardzo w moim życiu. Nie odrzucałam jej, akceptowałam ją. Czułam, że mogę z nią być, że mogę być przy ludziach odchodzących. Miałam potrzebę pracowania w hospicjum, pacjenci mnie potrzebowali. To była taka wymiana energii.

Śmierć w naszej kulturze jest zdarzeniem dramatycznym, tragicznym, bolesnym.

- Nie chcę powiedzieć, że to nie jest bolesne, że jestem wolna od bólu odchodzenia najbliższych, to by była całkowita nieprawda. Natomiast to, że jest się pogodzonym ze śmiercią, zmienia nasz stosunek do śmierci, zmienia cierpienie. Ono nie jest tak bolesne, bo jest pozbawione niezgody na odejście.

Jakie pani miała kontakty z mamą w ostatnich miesiącach życia?

- To był prawie rok, mama mieszkała u mnie. Oprócz dzieciństwa to był najlepszy okres naszej relacji.

Mama też tak myślała?

- Mam nadzieję, że tak. Ona też była bardzo pogodzona ze śmiercią. Ten czas to był wielki prezent dla nas obu. Mama miała 90 lat i siły ją opuszczały. Przez wiele miesięcy już tylko leżała w łóżku.

A pani zajmowała się nią na co dzień?

- Tak, ja i mąż. Nie da się ukryć, bywały momenty bardzo ciężkie. To była czasami fizycznie wyczerpująca praca.

Miała pani siłę chodzić do hospicjum?

- Zrobiłam sobie przerwę. Zaczęłam chodzić jakieś dwa lata przed śmiercią mamy, potem dla niej to zostawiłam. Jak mama zmarła, wróciłam.

By znów być przy umieraniu.

- To, co spotkało mnie w związku z odchodzeniem mamy, z jej śmiercią, z tym całym procesem zmiany nas obu, naszych relacji, to był niezwykły prezent. Byłam obecna przy kilku śmierciach osób mi bliskich. I muszę powiedzieć, że to było dla mnie mistyczne doświadczenie.

Bo doświadcza się wtedy życia...

- Tak, tak. I ma się wtedy pewność, że śmierć jest tylko formą przemiany.

Dużo rozmawiałyście w ostatnich miesiącach przed śmiercią?

- Właściwie niewiele. Ale wszystkie nasze rozmowy były bardzo znaczące. Dla nas obu, mam nadzieję. Doświadczałam z nią lekkości bytu. To mi dawało bardzo dużo siły i energii. I wtedy to, że było mi ciężko fizycznie, nie miało tak naprawdę znaczenia.

Gdy odchodził tata, miała pani 16 lat.

- To była nagła śmierć. Tata był chory na serce bardzo poważnie. Ale to było zupełnie inne doświadczenie. Dla mnie to był szok, dla takiego młodego człowieka, jakim wtedy byłam, śmierć tak naprawdę nie istnieje. Ale dzięki temu miałam pierwsze doświadczenie obecności pozacielesnej. Obecności ojca po jego śmierci. Wtedy myślałam, że to może dlatego, że bardzo chcę, żeby był, że sobie wyobrażam, że jest.

Dziś na to patrzę jeszcze inaczej... Jeśli tylko pozbędziemy się lęku i na chwilę otworzymy na to, co nam życie przynosi, a między innymi przynosi nam także śmierć, to gwarantuję, że nawet jeżeli to będzie bardzo, bardzo bolesne doświadczenie, to równocześnie da nam wiarę i poczucie, że wszystko ma sens, bardzo głęboki sens. To bardzo ważne, żeby tego doświadczyć. Bez sensu nie da się żyć.

Rozmawiała pani o tym z mamą?

- Nie było już potrzeby. Ona też była ze śmiercią pogodzona, z odchodzeniem była pogodzona. To mi bardzo pomogło.

Odeszła przy pani?

- Rodzice nie chcą odchodzić w obecności swoich dzieci, nawet jeśli są pogodzeni z własną śmiercią. Opowiadały mi o tym pielęgniarki z hospicjum i sama zaobserwowałam, że tak jest. Kochający rodzic nie chce swoim dzieciom zadawać bólu. I mama odeszła przy moim mężu. Postarała się o to.

W "Tybetańskiej Księdze Życia i Umierania" jest dokładny opis, jakie są objawy umierania. Przed śmiercią człowiek głęboko wydycha i bardzo krótko wdycha powietrze, jedną z nóg ma zimną, a w kąciku wewnętrznym oka pojawia się śluz.

Płakałyście?

- Nie miałam potrzeby opłakiwania mamy. To była dla mnie piękna noc, bardzo intymna noc matki i córki. Dużo się uśmiechałyśmy do siebie. To nam obu pomagało.

Dwie Małgorzaty, tak panią widzę, pani życie.

- Dwie Małgorzaty, ale też są jednym. Nie mogę powiedzieć, że jestem tą osobą sprzed kilkudziesięciu lat, ale gdyby nie ta osoba, nie byłoby dzisiaj tej drugiej Małgorzaty.

Patrzę na pani zdjęcie z początku lat 70. Albo z "Polowania na muchy" Andrzeja Wajdy - okrutna modliszka z wyszczerzonym uśmiechem, w ogromniastych okularach...

- Domyślam się, co chce pani powiedzieć. Gdy dziś oglądam jakiś mój stary film, to też patrzę na siebie jak na kompletnie obcą osobę. Gdybym teraz miała siebie określić jednym słowem, tobym powiedziała, że jestem totalnie spełnioną osobą. Tamta Małgorzata była totalnie niespełniona.

Mimo tylu ról, tylu aktorskich sukcesów: 1968 - "Wniebowstąpienie", 1969 - "Polowanie na muchy", 1972 - "Diabeł", 1974 - "Potop", 1977 - "Lalka".

- Dla osoby niespełnionej sukcesy są czymś zewnętrznym, ich się wtedy nie docenia. Nie ma się świadomości ich posiadania, bo niespełnienie polega na stałym pragnieniu czegoś jeszcze. Niespełnienie to brak szacunku i zaufania do samego siebie. Wtedy się nie ceniłam, nie ceniłam tego, co dostawałam, co robiłam, co miałam, bo zupełnie nie wierzyłam w siebie. To uczucie dalej mi gdzieś tam towarzyszy, nie mogę powiedzieć, że jestem pełna wiary w siebie, ale nauczyłam się nie mieć złudzeń na swój temat. To bardzo pomaga.

Wtedy, nawet gdybym weszła na Mount Everest aktorstwa, tobym kompletnie nie była w stanie tego docenić i nawet się tym cieszyć specjalnie.

Teraz mówi pani tak, jak tę pierwszą Małgorzatę widzi ta druga...

- ...no, nie mogę inaczej...

...jasne, ale wtedy tak pani tego nie analizowała.

- Oczywiście, że nie. Nie potrafiłam, nie miałam takiej potrzeby. Czułam tylko, że to wszystko są ułudy. Granie dawało mi spełnienie, ale tylko chwilowe. A potem kolejne i kolejne. To jest bardzo silne działanie naszego ego, nie ma takiego stanu, w którym byłoby zaspokojone. Uciekłam od aktorstwa także z powodu narastającego poczucia niespełnienia, ale i innych rzeczy, o których nie ma co mówić.

To była świadoma decyzja?

- Bardzo. Jedna z najbardziej świadomych decyzji w moim życiu. To samo do mnie przyszło. I zaczęłam swoje poszukiwania samej siebie. Bo doskwierałam - że tak powiem - sama sobie. I ze wszystkim wokół, i ze wszystkimi. Zrozumiałam, że coś jest nie tak, że muszę w zupełnie innym kierunku pójść.

Te poszukiwania były też związane z kontrkulturą hipisowską, która wprowadziła w obieg nie tylko używki, ale i rozwój samoświadomości. To była swoista Wiosna Ludów w każdej dziedzinie życia, nie byłam wyjątkiem.

Ale nikt - tak jak pani - na kilkadziesiąt lat nie porzucił swojego wymarzonego zawodu. Bo przecież pani od dzieciństwa marzyła o graniu.

- Marzyłam, a potem porzuciłam. I byłam w tym konsekwentna. To nawet dziwne, bo wtedy nie byłam ani konsekwentna, ani szczera wobec siebie. Potrafiłam bardzo dużo tłumić, wypierać. Ale doszłam do takiego stanu, że poczułam, że już dalej nie mogę udawać. Pierwsza Małgorzata była niekonsekwentna, druga - niezwykle konsekwentna, czego się zresztą po sobie nie spodziewałam.

Opowiada pani w książce, że wiele w sobie tłumiła dla ówczesnego męża Andrzeja Żuławskiego. I że bardzo się do niego upodobniła, nawet charakter pisma się pani zmienił, zaczęła pani pisać maczkiem, jak on.

- Byłam osobą niepewną siebie. Szukałam więc na zewnątrz potwierdzenia swojej wartości. To powodowało, że niezwykle łatwo było mnie zmienić, tak jak oczekiwało od mnie otoczenie, jak oczekiwał tego ode mnie mąż. I jeżeli kochałam kogoś bardzo, to spełniałam jego oczekiwania. To było to tłumienie siebie. Moja praktyka buddyjska, ale i to, że spotkałam swojego obecnego męża Andrzeja Krajewskiego, od którego dostałam pełną akceptację, spowodowało, że...

...nie musiała się pani dla niego zmieniać...

- ...czułam, że nie muszę się zmieniać, co właśnie spowodowało wielką zmianę. Dopiero kiedy akceptujemy swoje wszystkie pozytywne i negatywne cechy, możemy naprawdę zacząć pracować nad sobą.

Który z Andrzejów panią bardziej zmienił?

- Ja bym wolała powiedzieć, że to nie oni mnie zmienili, ale że to dzięki nim ja siebie odnajdywałam.

Teraz odnajduję się w uśmiechu. Chciałabym nim zarazić Polaków (śmiech).

*Małgorzata Braunek - aktorka, buddystka. PWST ukończyła w 1969 r., a w 1970 r. została wyróżniona tytułem Gwiazda Sezonu Filmowego. Zagrała w przeszło 20 filmach, m.in. w "Żywocie Mateusza", "Polowaniu na muchy", "Diable", "Potopie", "Lalce". Rolą Izabeli Łęckiej pożegnała się z aktorstwem na prawie 30 lat! Razem z mężem Andrzejem Krajewskim wyruszyła do Indii, Tybetu, spotkała się z dalajlamą. Dziś jest nauczycielką buddyzmu. I wróciła do aktorstwa rolą w "Tulipanach" Jacka Borcucha (2004).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.