Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
embed

Ostatni czwartek, kilkudziesięciu dziennikarzy oblega dziedziniec wstępnego ośrodka przyjęć w Eisenhüttenstadt. Na zewnątrz wyszło też wielu migrantów – w środku nie wolno palić papierosów. Irakijczycy, Afgańczycy czy Syryjczycy, jak Mohammad Al Kadri, którzy mówią trochę po angielsku, chętnie nawiązują rozmowę i opowiadają o swojej podróży do Europy. "Białoruska policja pomogła mi i moim przyjaciołom przedostać się przez granicę UE" - mówi Al Kadri.

Migranci tacy jak Al Kadri są ofiarami handlu ludźmi prowadzonego przez reżim na Białorusi. Dyktator Aleksander Łukaszenka wysyła migrantów na polską granicę, aby zemścić się za sankcje UE. Polscy i litewscy strażnicy graniczni są oskarżani o spychanie ich z powrotem. W tym tygodniu w strefie przygranicznej zmarł z wychłodzenia kolejny Syryjczyk.

31-letniemu Al Kadriemu udało się przedostać do Niemiec przez Polskę.

1500 ludzi, już brakuje miejsc

W Brandenburgii MSW zorganizowało wizytę prasową w ośrodku wstępnego przyjmowania uchodźców - do Eisenhüttenstadt przyjechali reporterzy CNN, holenderskiego "NRC Handelsblad" i telewizji litewskiej, ponieważ to miasto jest tymczasowym punktem końcowym nowego międzynarodowego szlaku migracyjnego.

Teren Centralnego Urzędu ds. Cudzoziemców na obrzeżach miasta jest ogrodzony drutem kolczastym jak koszary, a wejścia i wyjścia są rejestrowane. Mieszka tam już ok. 1500 migrantów - głównie mężczyzn, ale są też kobiety i dzieci. Rozstawiane są dodatkowe namioty, również w celu przeprowadzenia kwarantanny migrantów. W ostatnią środę wieczorem na 120 przybyłych osób siedem miało wynik pozytywny w teście na COVID.

"Zaczyna nam brakować miejsc", mówi Olaf Jansen, który kieruje Urzędem ds. Cudzoziemców w Brandenburgii. Codziennie do tego landu przyjeżdża do 150 osób, większość z nich do Frankfurtu nad Odrą. Tylko nieliczni wybierają trasę przez Meklemburgię lub Saksonię.

Torby z napisem "Bez granic"

Na moście na Odrze ze Słubic do Frankfurtu policja sprawdza prawie każdy samochód dostawczy. Wielu migrantów przechodzi przez most pieszo z plecakiem lub torbami z napisem "Ohne Grenzen", bez granic, które miały reklamować integrację UE. Dlatego właśnie nie ma tu już płynnych kontroli granicznych. Pod koniec września przemytnik po prostu podrzucił Al Kadriego i jego dwóch przyjaciół za granicę.

Zgodnie z porozumieniem dublińskim to Polska powinna być odpowiedzialna za ich procedurę azylową, ponieważ to do tego kraju członkowskiego wjechali najpierw. "W praktyce jest to bardzo czasochłonna procedura i nie prowadzi do pożądanych rezultatów" - przyznaje Jansen. Z powrotem do Polski przenoszone są tylko te osoby, które są już zarejestrowane w Polsce. Al Kadri twierdzi jednak, że nie spotkał podczas swojej podróży przez Polskę żadnych policjantów.

Na początku września, mówi Jansen, stan zdrowia migrantów był gorszy. "Mieliśmy liczne przypadki świerzbu i gruźlicy" - mówi. Większość z tych, którzy przybywają teraz, jest w lepszym stanie. "To świadczy o tym, że trasy przemytu zostały sprofesjonalizowane" - dodaje.

Początkowo szlakiem białoruskim przyjeżdżali głównie Irakijczycy, teraz wśród migrantów jest coraz więcej Afgańczyków, Irańczyków i Syryjczyków. "To są ludzie, którzy nie uciekli ze swoich krajów przed chwilą, ale byli już od jakiegoś czasu w Turcji lub Libanie i przybyli szlakiem białoruskim" - mówi Jansen.

2,5 tys. plus 3 tys. euro za bilet z Bliskiego Wschodu do Niemiec

Al Kadri pochodzi z Daraa w południowej Syrii i już od dziesięciu lat mieszkał w Jordanii. Wykonywał dorywcze prace, pracował w restauracjach. "Nie mogłem brać lekcji jazdy, nie mogłem kupić samochodu, nie mogłem robić nic z myślą o bezpiecznej przyszłości" - mówi Al Kadri o swoim życiu w Ammanie. Twierdzi, że znajomy powiedział mu, że Białoruś wydaje wizy Syryjczykom.

Wiza na Białoruś kosztowała go równowartość 2,5 tys. euro. Jednocześnie była to dla niego szansa na podróż do Niemiec przy znacznie mniejszym ryzyku niż na trasie bałkańskiej. Al Kadri zapłacił przemytnikom z Mińska do Niemiec jeszcze dodatkowo 3 tys. euro. Trudno zweryfikować te kwoty, ale przy sumie do 7 tys. euro to poniesiony koszt, który potwierdzają inni migranci.

Jego podróż rozpoczęła się 19 września lotem z Ammanu do Dubaju. Stamtąd Flydubai, państwowe tanie linie lotnicze Emiratów Arabskich, po dwóch dobach na wizie tranzytowej, zawiozły go do Mińska.

Minister spraw wewnętrznych Brandenburgii Michael Stübgen (CDU) wykorzystał spotkanie w Eisenhüttenstadt do przedstawienia propozycji szefowi dyplomacji Niemiec Heiko Maasowi (SPD): UE powinna zagrozić zakazem lądowania wszystkim liniom lotniczym zaangażowanym w handel ludźmi prowadzony przez reżim Łukaszenki. "Dobrze wiemy, o jakie linie lotnicze chodzi", mówi Stübgen.

Irackie linie lotnicze już wcześniej zadeklarowały Komisji Europejskiej  wstrzymanie niektórych połączeń z Bagdadu do Mińska.

Bruksela oświadczyła nawet niedawno, że skala migracji szlakiem białoruskim maleje. "Z tego, co widzimy, jest wręcz przeciwnie", zaprzecza Stübgen. Dane policji federalnej potwierdzają jego opinię. "Potrzebujemy zdecydowanej interwencji dyplomatycznej. Nie możemy dalej stać z boku i przyglądać się temu, co dzieje się na Białorusi", mówi szef MSW landu.

Na Białorusi Al Kadri i jego przyjaciele przeczekali kolejne dwie noce w strefie tranzytowej lotniska i jedną noc w hotelu. Następnie przemytnicy - Al Kadri nazywa ich "taksówkarzami" - zabrali ich na granicę białorusko-polską. Al Kadri spędził noc z 26 na 27 września z grupą około 25 migrantów w lesie na Białorusi.

"Usiedliśmy i rozpaliliśmy ogień, bo było zimno" - mówi Al Kadri. Na filmie nagranym komórką widać go z innymi przy ognisku: atmosfera jest swobodna, prawie jak na wycieczce szkolnej, telefon odtwarza arabską muzykę. Inne nagranie pokazuje grupę maszerującą z plecakami przez las już o świcie nazajutrz.

W strefie przygranicznej białoruska milicja najwyraźniej wspierała migrantów. Al Kadri opisuje, jak mundurowi pomagali im znaleźć przejście. Jak dokładnie wyglądają relacje między migrantami a milicją Łukaszenki? - pytamy. „Białoruskie służby bezpieczeństwa wspierają migrantów", odpowiada Al Kadri i nie chce podawać dalszych szczegółów.

"Tylko sporadycznie słyszymy od migrantów, że przekroczenie granicy białorusko-polskiej udało im się dopiero po kilku próbach" - mówi Jansen. Ale urzędnicy w Eisenhüttenstadt niewiele mogą powiedzieć o tym, jak działa biznes przemytników na kolejnej granicy, polsko-niemieckiej. "Najczęściej przez telefon komórkowy wzywali taksówkę, która wywoziła ich ze strefy przygranicznej - albo tuż przed granicą niemiecką, albo nawet tuż za nią".

Podobnie jak w Bawarii w 2015 roku, policja i Federalny Urząd ds. Migracji mają teraz przeprowadzać rejestrację, kontrolować i przyjmować wnioski o azyl dla przybyłych w miastach przygranicznych, a potem rozdzielać migrantów do innych landów.

Mohammad Al Kadri pozostanie na razie w Eisenhüttenstadt, ale wkrótce ma trafić do innej gminy. W Niemczech nie ma krewnych, ma tylko przyjaciela. "Niemcy to dobry kraj dla Syryjczyków" - mówi. "My potrzebujemy Niemiec, ale i Niemcy potrzebują nas" - dodaje z przekonaniem. Jego planem jest teraz nauka języka, a potem chce pójść na studia informatyczne.

embed
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.