Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
embed

Wywiad przeprowadzony w czwartek Warszawie przez dziennikarzy "Wyborczej", "Die Welt" i "El Pais"

***

Białoruska lekkoatletka od niedzieli, kiedy odmówiła wejścia na pokład samolotu lecącego do Mińska, przebywała na terenie polskiej ambasady w Tokio. W środę poleciała do Wiednia, a zaraz potem przyleciała z Austrii do Warszawy na pokładzie samolotu LOT.

Konferencja prasowa z udziałem białoruskiej sprinterki Krysciny Cimanouskiej dzień po przylocie do PolskiKonferencja prasowa z udziałem białoruskiej sprinterki Krysciny Cimanouskiej dzień po przylocie do Polski Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

W Tokio nie dopuszczono do startu ok. 20 lekkoatletów białoruskich – bo nie wypełnili obowiązku regularnego badania antydopingowego. Z tego powodu Białorusinom zabrakło obsady do sztafety 4x400 m. Wstawili więc do niej sprinterkę Cimanouską. To jej się nie spodobało. Powiedziała o tym i skrytykowała także brak testów antydopingowych, który doprowadził do takiej sytuacji. Jej postawa została napiętnowana w białoruskich reżimowych mediach. Za krnąbrność działacze postanowili ją z igrzysk usunąć, prawdopodobnie nie zdając sobie sprawy z ubocznych efektów szykan.

Kryscina Cimanouska i jej mąż Arseń Zdaniewicz otrzymali polskie wizy humanitarne.

***

W Tokio wciąż trwają igrzyska olimpijskie, w których miała pani wziąć udział. Los jednak chciał, że dzisiaj rozmawiamy w Warszawie. Czy wobec tego, co dzieje się na Białorusi, brała pani pod uwagę, że tak to się potoczy?

Kryscina Cimanouska: Zupełnie nie. Nie brałam pod uwagę wyjazdu do Polski. Byłam tu wiele razy jako turystka, ale nigdy nie przypuszczałam, że będę musiała tak nagle podjąć decyzję o emigracji. O ucieczce właściwie. Miałam zupełnie inne plany na najbliższą przyszłość. Po powrocie z Tokio zamierzaliśmy z mężem odwiedzić rodziców, pojechać na urlop, zająć się naszym nowym projektem z branży fitness, zapisać się na profesjonalne kursy i warsztaty sportowe… Do tej pory jestem w szoku i nie do końca dociera do mnie, co się dzieje.

Czuje się pani w Polsce bezpiecznie?

- Tak, do tego stopnia, że w końcu mogłam pozwolić sobie na sen. Przez kilka ostatnich dni nie mogłam zmrużyć oka. Chociaż tak naprawdę już w momencie, kiedy w Japonii zaopiekowali się mną polscy dyplomaci, wiedziałam, że będzie dobrze. Co więcej, tutaj jestem pod opieką polskich władz i białoruskiej diaspory. Jestem zdrowa, silna, tylko ciągle jeszcze zszokowana.

W którym momencie zrozumiała pani, że powrót na Białoruś nie jest dla pani bezpieczny?

- W dniu, kiedy pracownicy Narodowego Komitetu Olimpijskiego odwozili mnie na lotnisko, od samego rana nachodzili mnie w ludzie z naszej sportowej drużyny. Trener i osoby z NKO powtarzali mi, że muszę wracać do domu, że mam natychmiast spakować wszystkie rzeczy, że jeśli się uprę i pobiegnę – wbrew woli władz, bo wiadomo już było, że decyzja wyszła od przedstawicieli wyższych szczebli – to czekają mnie poważne konsekwencje.

Później przyszedł do mnie psycholog, człowiek, który próbował wywrzeć na mnie nacisk, a jedynie mnie przeraził. Wmawiał mi, że mam problemy z głową, zaczął opowiadać niezrozumiałe rzeczy o jakichś stanach maniakalnych, tłumaczyć, że osoby, które są w takim stanie jak ja, gotowe są targnąć się na swoje życie.

A potem zaczęła się telewizyjna propaganda?

- Trwała już równolegle.

Dowiedziałam się od rodziców, że w państwowej telewizji opublikowano materiał na mój temat, w którym przedstawiono mnie jako osobę zaburzoną, w złym stanie psychicznym, która zagraża całej drużynie.

Rodzice powiedzieli mi wtedy, że nie mogę wrócić na Białoruś. Uwierzyłam im. Pomyślałam wręcz, że może ktoś się z nimi kontaktował i uprzedził ich, że jeśli wrócę, to czekają mnie kłopoty.

Jakie?

- Być może więzienie. Albo szpital psychiatryczny, skoro już stworzyli taką narrację. Jak wiadomo, stamtąd bardzo trudno jest wyjść.

I to wszystko z powodu pani nagrania na Instagramie?

- Rzeczywiście, nagrałam je w emocjach, nie przemyślałam tego. Później zresztą, pod wpływem gróźb, je usunęłam. Nie był to jednak manifest polityczny, wyraziłam tylko oburzenie decyzją białoruskich urzędników od sportu i trenerów, którzy – nie uprzedzając mnie – wystawili mnie do udziału w dyscyplinie, której nigdy nie trenowałam. Kiedy próbowałam to wyjaśnić, ignorowali moje wiadomości, choć widziałam, że je odczytali.

Coś we mnie pękło. Poczułam, że nie mają żadnego szacunku dla sportowców, dla mojej pracy i wysiłku, który włożyłam w sport i reprezentowanie naszego kraju.

Wypowiedziałam się w ten sposób, bo zawsze otwarcie mówiłam w sieci o swoim życiu i emocjach.

Nie spodziewałam się, że ta sprawa, dotycząca przecież sportu, stanie się międzynarodowym skandalem politycznym. Ani że będę musiała zwracać się na lotnisku do japońskiego policjanta z przetłumaczonym przez internetowy słownik zdaniem: „Pomocy, próbują mnie przemocą wywieźć. Grozi mi niebezpieczeństwo".

Gdyby mogła pani cofnąć czas, nie zrobiłaby pani tego?

- Myślę, że i tak zabrałabym głos na ten temat. Może nie w taki sposób, może byłabym mniej emocjonalna, ale czasu się nie odwróci. Nie wiem, czy bardziej wyważona forma przyniosłaby inne skutki.

Straciła pani coś, o czym marzą wszyscy sportowcy: możliwość występu na olimpiadzie.

- Jest mi z tego powodu bardzo ciężko. Zabrali mi moją szansę. Przygotowywałam się do udziału w igrzyskach przez pięć lat. Nie było to łatwe. Poza codziennym wysiłkiem, poświęceniem, dyscypliną miałam też inne trudności. Miałam kontuzję, chorowałam, także na koronawirusa, zmieniałam trenera. Treningi były trudne, ale wiedziałam, że mam cel: przebiec te 200 m najlepiej jak umiem. Tylko tego chciałam. To miała być moja pierwsza olimpiada, a oni mi ją zabrali.

Początkowo zamierzała pani osiąść w Austrii. Czy zostanie pani w Polsce?

- W piątek mam się spotkać z przedstawicielami polskiego Komitetu Olimpijskiego. Wyjaśni się więc, czy mogę kontynuować tu swoją karierę sportową i na jakich zasadach.

O Austrii myślałam dlatego, że tam mieszka mój trener, ale Polska zareagowała najszybciej ze wszystkich, zaoferowała mi wizę humanitarną, ochronę, pomoc. Poza tym, rodzice podpowiedzieli mi, by wybrać właśnie Polskę. Oni sami mieszkają w Brześciu, to bardzo blisko. Dzięki temu będą mogli mnie odwiedzać.

Mam tu też wielu przyjaciół. Część z nich przeprowadziła się z Białorusi niedawno. Mam poczucie, że nie będę tutaj sama.

Jak do tej sytuacji odnieśli się inni sportowcy? Skoczek wzwyż Maksim Nedasekau, który zdobył w Tokio brązowy medal, wypowiedział się o pani bardzo krytycznie. Powiedział, że jest pani zarozumiała i że zasłużyła pani na taki los.

- Po wyjeździe nie miałam kontaktu ze sportowcami z wioski olimpijskiej. Być może im zabroniono. Nie wiem. Nie mam żalu, wielu ma swoje występy jeszcze przed sobą, nie mogą angażować się w takie sytuacje ani rozpraszać. Powinni teraz przede wszystkim myśleć o sobie.

Pisało do mnie jednak wielu innych białoruskich sportowców. Otrzymałam od nich ogromne wsparcie.

Co do Maksima, to mogę tylko powiedzieć, że gratuluję mu medalu, jest świetnym sportowcem. Nie mogę jednak powiedzieć o nim tego samego jako o człowieku.

Pani mąż zareagował bardzo szybko, decyzja o wyjeździe z kraju zajęła mu pół godziny. A rodzice?

- Dodam tylko, że nawet nie wiedziałam, że mój mąż wyjeżdża. Dowiedziałam się, kiedy już dotarł do Kijowa. Poczuł po moim oświadczeniu, że nie wrócę na Białoruś, oraz że także on znalazł się w niebezpieczeństwie. Rodzice zostali w domu. Tata choruje na serce, niestety, cała ta sytuacja sprawiła, że jego stan się pogorszył. Jesteśmy w stałym kontakcie.

Mimo tej afery wciąż mówi pani o sobie jako kimś niezaangażowanym w politykę.

- Jestem człowiekiem sportu, nie znam się na polityce, nigdy się nią nie interesowałam. Nie mówiłam nigdy niczego na temat naszych władz. Sport powinien funkcjonować poza polityką. Zawsze starałam się maksymalnie dystansować. Trenowałam – to całe moje życie, na tym się skupiałam.

Na Białorusi liczna grupa sportowców w zeszłym roku opowiedziała się po stronie opozycji, wystosowała oświadczenia przeciwko sfałszowanym wyborom i przeciwko przemocy.

- W zeszłym roku, kiedy w kraju trwały protesty, było bardzo ciężko. Bolało mnie to, co się dzieje. Do tego stopnia, że musiałam zakończyć wcześniej zawody, w których brałam wtedy udział. To nie tak, że nie widziałam albo nie chciałam widzieć, co się dzieje. Wypowiedziałam się wtedy zresztą publicznie, publikując na Instagramie post, w którym potępiłam stosowanie przemocy wobec pokojowo protestujących. Jestem przeciwna przemocy, jakiejkolwiek.

A co z innymi sportowcami? Czy oni otrzymują groźby?

- Nie wiem. Nie mogę odpowiadać za innych, ale mnie dotknęło to po raz pierwszy.

Aleksandr Opiejkin, przewodniczący Fundacji Białoruskiej Sportowej Solidarności, do którego zresztą zwróciła się pani po pomoc, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" powiedział, że białoruscy sportowcy są dzisiaj zastraszani jak nigdy.

- Bez wątpienia sportowcy na Białorusi bardzo uważają na każde wypowiadane słowo, bo może ono skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami. Ja się nie powstrzymałam. Niestety, a może na szczęście, mam taki charakter, że poczucie własnej godności jest dla mnie ważniejsze od strachu.

Stanie się pani teraz sportsmenką zaangażowaną politycznie?

- Nie. Człowiek, który nie zna się na polityce, nie powinien się nią zajmować. Wszystko, czego chcę, to kontynuowanie kariery sportowej.

Porwanie Romana Protasiewicza, prawdopodobnie zabójstwo białoruskiego aktywisty w Kijowie – czy reżim posunie się jeszcze dalej?

- To dla mnie trudne pytanie. Tak, śledzę wiadomości, wiem o wszystkim, ale nie jestem w stanie ocenić tej sytuacji.

Czy gdyby otrzymała pani gwarancję Aleksandra Łukaszenki, że może pani wrócić do domu, zrobiłaby to pani?

- Mama przekazała mi, że kontaktowali się już z nią jacyś ludzie z taką ofertą. Nie wiem, kim byli, zwłaszcza że dzisiaj nietrudno o prowokację. Myślę, że w obecnej sytuacji nie mogę wrócić na Białoruś.

A kiedy? I do jakiej Białorusi chciałaby pani wrócić?

- Nie wiem kiedy. Ale wiem, że do bezpiecznej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.