Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Roman Protasiewicz – poprzez serwis Nexta – otworzył światu okno na Białoruś. Dzisiaj znów przez nie zaglądamy – w nadziei, że zobaczymy 26-letniego Romę całego, zdrowego i żywego. Jego złamany nos, twarz ze śladami pobicia, zamaskowanymi prowizorycznym makijażem i czerwone pręgi na szyi wskazujące na podduszanie zrobiły wrażenie na wielu. Podobnie zresztą jak jego nagrane przez śledczych w Mińsku słowa, z których wynika, że udało się go złamać – szantażem i torturami. Mimo to porwany przez Łukaszenkę z pokładu samolotu opozycyjny bloger reprezentuje dzisiaj wszystkich Białorusinów, którzy występują przeciwko reżimowi.

Były prokurator Aleksiej Fiediarow dodaje: – Ci ludzie potrafią torturować. Potrafią też perswadować, wykorzystywać zarówno środki chemiczne, jak i uczucia, grożą więźniom krzywdzeniem ich bliskich. Przyznanie się do winy w takich warunkach nie ma żadnej wartości.

– Na Białorusi już nikt nie może czuć się dzisiaj bezpiecznie – uważa Franak Wiaczorka, doradca Swiatłany Cichanouskiej, która wygrała sfałszowane przez Łukaszenkę sierpniowe wybory. Nie tylko on. To samo mówi m.in. Dmitrij Protasiewicz, ojciec Romana, niezależne dziennikarki Hanna Liubakowa i Jewgienia Dołga, noblistka Swietłana Aleksijewicz.

O ciągłym strachu, napięciu i niepewności mówili mi też Sasza B., pracownik fabryki Wedel, który wyjechał z Białorusi w październiku, didżej Wład, były śledczy Andriej czy lekarz Borys. Każdemu z nich z powodu opozycyjnych poglądów groziło na Białorusi niebezpieczeństwo, więc zdecydowali się na emigrację, nierzadko w wielkim pośpiechu opuszczając kraj.

Nie wszyscy jednak chcą i mogą wyjechać. Trzydziestoletni Władek z Mińska pisze mi: „Tiu już niczego nie da się przewidzieć. O tym, żeby wrócić do tego, co było, nie ma mowy. Nie wiadomo jednak, co będzie dalej. Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni i nie wiemy, jak i kiedy to wszystko się skończy".

Niezależne Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiasna" informuje, że w aresztach i koloniach karnych przebywa obecnie ponad 400 więźniów politycznych. To rekord w historii Białorusi, ale jest podbijany każdego dnia.

Od sierpnia przeciwko pokojowo protestującym obywatelom prokuratura i komitet śledczy wszczęły ponad 3 tys. spraw karnych. Ponad 30 tys. osób zostało w ciągu ostatnich miesięcy zatrzymanych lub aresztowanych, dziesiątki tysięcy doświadczyły przemocy albo zostały zmuszone do emigracji. Nawet według oficjalnych danych tylko w pierwszym miesiącu powyborczych protestów z kraju wyjechało 13 tys. ludzi.

Mimo że ok. 5 tys. obywateli złożyło udokumentowane skargi na brutalność i bezprawie służb, władze nie wszczęły z tego powodu ani jednego dochodzenia.

Aleś Bielacki, dyrektor Wiasny, tłumaczy: – Cały aparat państwowy skupiony jest na czyszczeniu kraju z niepokornych. Ze wszystkich, którzy nie popierają władzy, bo powiedzieć dzisiaj, że tylko z tych, którzy występują przeciwko niej, to za mało. System prawny na Białorusi nie działa. Reżim utrzymuje władzę poprzez tortury i zbrodnie struktur bezpieczeństwa. Nie ma mowy o sprawiedliwych procesach, o prawie do obrony. Masowe prześladowania i represje dotknęły pełnego przekroju społeczeństwa i nie ograniczają się tylko do spraw karnych czy administracyjnych. Takich represji Białorusini nie doświadczyli od czasów Stalina.

Białorusini wiedzą, że w tej rundzie walki o wolność na szali składają własne życie i zdrowie.

Drugi dzień protestów. 10 sierpnia, Mińsk, stacja metra Puszkinskaja. Wtedy w białoruskiej stolicy po raz pierwszy zaczęto masowo bić. W tłum poleciały granaty hukowe, gaz, strzelano gumowymi kulami, a ogarnięci furią mundurowi bili i zatrzymywali każdego, kto nawinął im się pod rękę. Bez względu na wiek czy płeć. Nieważne było też, czy ktoś w ogóle brał udział w proteście.

Pewna kobieta wracała z zakupami do domu. Z siatki podczas zatrzymania wysypały jej się jabłka. Kiedy zaczęła płakać i tłumaczyć, że niesie zakupy chorym rodzicom, dostała w twarz. Spotkany w mińskim szpitalu Siergiej opowiadał mi, że widząc rozstawione na ulicy barierki, podszedł do funkcjonariuszy OMON-u, by zapytać o przejście. Tyle wystarczyło: skatowali go tak, że znalazł się na oddziale intensywnej terapii. Według lekarzy nigdy nie odzyska pełnej sprawności.

Podobne przypadki można mnożyć. Z raportów przekazanych niezależnej redakcji Mediazona jesienią przez anonimowe źródło z komitetu śledczego wynika, że służby podczas pacyfikacji przy użyciu broni miały celować w głowy, klatki piersiowe i brzuchy protestujących. Co trzeci pobity odniósł rany opisywane przez lekarzy jako „średniego i ciężkiego stopnia", ok. 30 proc. poszkodowanych miało być bitych nie w momencie zatrzymania, ale później – na komendach, w milicyjnych autobusach i aresztach.

Obrońca praw człowieka Andriej Stryżak opowiada mi: – Wiemy, że zatrzymanych bito, gwałcono różnymi przedmiotami, m.in. gumowymi pałkami, rażono prądem. Powszechną praktyką było układanie zatrzymanych leżąco warstwami na podłodze w areszcie i bieganie po nich. Nie dawano im jedzenia, picia, nie pozwalano na sen.

Ale nawet pozostający w domach Białorusini nie mogli się czuć bezpiecznie. Podczas protestów OMON z broni mierzył w okna i balkony, oświetlając je jednocześnie latarkami. Razem z uczestnikami protestu leżeliśmy wtedy bez słowa w ciemności na podłodze w nadziei, że w ciemne, zamknięte okna nikt nie wystrzeli. Kilka miesięcy później niezależne białoruskie redakcje relacjonowały włamania służb do mieszkań i areszty: zarówno protestujących, jak i udzielających im schronienia.

Zabijanie "zgodnie z instrukcjami"

Pierwszą ofiarą śmiertelną był Aleksandr Tarajkowski. Miał 34 lata. Według MSW zginął od wybuchu koktajlu Mołotowa, którym zamierzał rzucić w funkcjonariuszy. Tę wersję obalił później materiał redakcji Associated Press: na nagraniu widać, że mężczyzna stoi z pustymi rękoma, twarzą zwrócony do strzelających mundurowych. W jego pogrzebie uczestniczyło 5 tys. ludzi. W lutym władze przyznały, że zabili go mundurowi, ale „działali zgodnie z instrukcjami".

Po Tarajkowskim będą kolejni. Aleksander Budnicki, Aleksander Wichor, Artiom Parukow, Giennadij Szutow, Konstantin Szyszmakow, Nikita Kriwcow, Aleksiej Demidow, Denis Kuzniecow, Roman Bondarenko, Witold Aszurok.

Zgodnie z oficjalną wersją Kuzniecow umarł, bo spadł w więzieniu z piętrowego łóżka, Bondarenka, bo był „w stanie głębokiego upojenia alkoholowego", a Szyszmakow „popełnił samobójstwo".

O śmierci skazanego w sierpniu na pięć lat za udział w protestach aktywisty Witolda Aszurka rodzina dowiedziała się 20 maja. Wcześniej przez dwa tygodnie nie otrzymywała od niego listów. W jednym z ostatnich Aszurka napisał, że w kolonii karnej więźniowie polityczni oznaczani są żółtymi metkami. Zgon nastąpił na skutek „zatrzymania akcji serca". Ciało z obandażowaną głową i śladami pobicia rodzina mogła odebrać po pięciu dniach od otrzymania informacji. Opatrunki zostały wytłumaczone tym, że „zwłoki upadły na podłogę".

Są też śmierci, które trudniej zakwalifikować. Tak było w przypadku 17-letniego Dimy Stachowskiego, chłopca z domu dziecka. Wychowawczynie z jego internatu przekazały milicji, że Dima brał udział w „masowych zamieszkach". Komitet śledczy tak długo przesłuchiwał chłopca, że potem skoczył on z 15. piętra.

– Dobrze wiemy, że najgorsze jest nie zatrzymanie, ale to, co następuje po nim – mówi mi Franak Wiaczorka, dodając przy tym, że boi się myśleć, co może dziać się teraz z Romanem Protasiewiczem. Zarówno Stiepan Puciła, współzałożyciel opozycyjnego kanału Nexta, jak i Wiaczorka, wymieniają różne metody tortur stosowanych za murami aresztów. Przemoc fizyczna, seksualna, psychiczna, faszerowanie nielegalnymi substancjami są na porządku dziennym.

Ale są też inne represje. Za okazywanie sprzeciwu wobec władzy łatwo jest stracić pracę, miejsce na studiach albo prawa do opieki rodzicielskiej.

W ostatnim roku z zagrożeniem odebrania dzieci spotkała się bezpośrednio liderka opozycji Swiatłana Cichanouska, która z tego powodu zgodziła się na przymusową emigrację, i niedoszły kandydat na urząd prezydenta Waleryj Cepkała, który wyjechał z kraju z dziećmi kilka tygodni przed wyborami.

Paweł Magidow z Homla, były pracownik huty BMZ, największej w kraju, przez aktywny udział w strajku nieomal stracił syna. W listopadzie do szkoły, w której uczył się chłopiec, przyszli pracownicy z opieki społecznej, by go zabrać i umieścić w domu dziecka ze względu na „patologię w rodzinie". Tego dnia chłopca nie było jednak w szkole, a „dobrzy ludzie" – jak mówi o informatorach Magidow – uprzedzili go. Tego samego dnia ojciec wywiózł syna z kraju. Prócz niego kierownictwo zwolniło kilkadziesiąt osób.

W Biełaruśkalij, fabryce produkującej nawozy, w pierwszych miesiącach protestów, które przekształciły się w strajk, a następnie strajk włoski, zwolniono ponad 130 osób.

Tak wynika z rachunków Aleksieja Karliuka, byłego ślusarza, którego wyrzucono 19 listopada. Trzy tygodnie wcześniej przyłączył się do strajku, bo czuł, że „inaczej się nie da". Do dzisiaj nie ma pracy, na zatrudnienie w państwowym przedsiębiorstwie nie ma co liczyć. Uczy się stolarstwa.

Pracę, a wręcz prawo do wykonywania zawodu, stracić można też za pomoc opozycjonistom. Wśród adwokatów, którzy w ciągu ostatnich miesięcy ministerstwo sprawiedliwości pozbawiło licencji, jest Ludmiła Kazak, prawniczka jednej z liderek opozycji Maryi Kalesnikawej przebywającej od września w więzieniu. Według oficjalnej wersji „zhańbiła zawód adwokata", bo rzekomo „stawiała opór milicji podczas zatrzymania".

To wciąż tylko pojedyncze przykłady. Z Białorusi masowo wyjeżdżają wykładowcy, prawnicy, lekarze. Ci ostatni, nawet gdyby chcieli, na powrót do kraju liczyć nie mogą. W listopadzie Łukaszenka zwrócił się do medyków, którzy wyjechali do Polski, by wesprzeć polską służbę zdrowia w pandemii ze słowami: „Wyjechaliście – powrotu nie ma".

Lekarka Julia wyjechała z powodu represji. Jej mąż też jest lekarzem, oboje przygotowują się w Polsce do egzaminu koniecznego, by nostryfikować dyplom. Potrwa to co najmniej kilka miesięcy. Pisze do mnie, czy nie słyszałam o jakiejś pracy, którą można by pogodzić z nauką języka i przygotowaniami do egzaminu. – Mąż kiedyś składał meble Ikea, remontował też biura – tłumaczy. – Może coś się znajdzie?

Represje spotykają także na dużą skalę studentów, którzy od września angażowali się z odwagą w walkę o uczciwe wybory. Studenckie marsze, strajki na uczelniach, listy otwarte do władz uczelni, filmy z hasłami wolnościowymi, ulotki, śpiewanie na ulicach „Murów" i innych pieśni o wolności rozsierdziły władze. Zaczęto masowo usuwać „politycznych" studentów i wspierających ich wykładowców. Jak podaje Związek Białoruskich Studentów, od września z list skreślono co najmniej 153 osoby, a służby zatrzymały co najmniej 466 studentów. 42 osoby mają sprawy karne.

W przyszłym tygodniu sąd ma rozstrzygnąć los grupy najbardziej aktywnych uczelnianych działaczy, których uznano za „koordynatorów". Anastazji Bulybienko, Kasi Budko, Wiktorii Grankowskiej, Janii Orobejko, Jegorowi Kanieckiemu, Ksenii Syromołow, Mariji Kalenik, Tatianie Jelekczyk, Glebowi Ficnerowi i Ilji Trachtenbergowi, przetrzymywanym w areszcie od listopada, grozi do trzech lat więzienia.

Zemsta na 26-letnim blogerze

Porwanie Romana Protasiewicza, współzałożyciela opozycyjnego kanału Nexta w komunikatorze Telegram, poruszyło świat. Ani Europa, ani USA, ani nawet białoruska opozycja, znająca przecież najlepiej działania dyktatora, nie spodziewały się, że dla pojmania 26-letniego blogera o opozycyjnych poglądach Łukaszenka gotów będzie zaaranżować bezprecedensową operację specjalną.

Przez podstępne ściągnięcie na ziemię samolotu lecącego z Aten do Wilna Łukaszenka udowodnił, że dla zemsty jest w stanie pogwałcić wszelkie międzynarodowe konwencje. Cel uświęcił środki: zgarnięto chłopaka, który – razem ze Stiepanem Puciłą – informował Białorusinów o sytuacji w kraju i w pewnym stopniu koordynował też protesty.

Największym wrogiem reżimu są dziś niezależni dziennikarze. Łukaszenka wprowadził w tym tygodniu przepisy jeszcze bardziej ograniczające wolność słowa w kraju. Teraz władze mają prawo w dowolnym momencie i bez uprzedzenia odłączyć internet, dziennikarze zaś stracili prawo do relacjonowania „wydarzeń, na które władza nie wydała zezwolenia".

I to wciąż nie wszystko. W aresztach i więzieniach osadzonych jest kilkunastu dziennikarzy niezależnych mediów, oskarżonych lub już skazanych, największe niezależne redakcje zostały albo całkowicie rozgromione, jak Tut.by, albo zablokowane, jak Mediazona i Biełsat. Białorusini mają do nich wgląd jedynie po podłączeniu się przez VPN. Przebywająca obecnie w areszcie Okrestina Marina Zołotowa, redaktorka naczelna Tut.by, mówiła mi: – Nasi dziennikarze idą do więzienia za rzetelną pracę. Za zadawanie pytań i weryfikowanie faktów. Ale nie możemy się już cofnąć. Jeśli to zrobimy, pozwolimy na przekształcenie Białorusi w Koreę Północną.

***

O tym, że ostatnia akcja Łukaszenki była także pewnym zaskoczeniem dla Kremla, świadczyć może brak komentarza ze strony Władimira Putina czy jego rzecznika Dmitrija Pieskowa, dotychczas wspierających, choć coraz częściej przez zaciśnięte zęby, samozwańczego prezydenta. Ale też wypowiedzi komentatorów-propagandystów. Jeden z nich, Anton Krasowski z kremlowskiej telewizji Russia Today, nazwał Łukaszenkę „dyktatorem, który korzystając z naszych pieniędzy i naszych strategii, niszczy i terroryzuje 9 mln naszych ludzi".

I choć Krasowskiemu nie zależy wcale na Białorusinach, którym odmawia prawa do samostanowienia i podmiotowości, to w ocenie Łukaszenki ma, niestety, całkowitą rację.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.