Mimo sankcji Białoruś nadal może wysyłać swoje drewno za granicę. Najwięcej trafia go do Polski. Interesy z Mińskiem robi też Ikea. - To lukratywny biznes utrzymujący krwawą dyktaturę - mówią aktywiści. Z kolei branża drzewna wskazuje, że zaczyna jej brakować surowca, bo wycięte w Polsce lasy trafiają na eksport zamiast do krajowych przetwórców.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O drewnie z Białorusi głośniej zrobiło się po publikacji w jednym z czołowych szwedzkich dzienników „Dagens Nyheter" . Reporterzy wytknęli firmie Ikea, że jej przedstawiciele już tydzień po uwięzieniu opozycjonisty Romana Bondarenki wzięli udział w wirtualnym sympozjum, na którym omawiano zwiększenie eksportu drewna z Białorusi do Szwecji. Według autorów tekstu w 2020 r. Ikea kupiła od naszych wschodnich sąsiadów ponad milion metrów sześciennych surowca, a plan firmy zakłada, że do 2025 roku potentat meblowy ma mocniej postawić na produkcję w samej Białorusi. Inwestycje mają pochłonąć 500 mln euro.

- Te pieniądze pomagają utrzymać ekstremalnie opresyjny reżim – mówiła dziennikowi Anna Sundström kierująca Międzynarodowym Centrum Olofa Palmego. To jedna z największych organizacji pozarządowych w Szwecji, zajmująca się prawami człowieka, zasadami demokracji i sprawiedliwością społeczną.

A przy wytwarzaniu mebli zamawianych przez Ikeę mogą być wykorzystywani więźniowie polityczni – twierdzą protestujący przed polskimi sklepami sieci Białorusini. Wrześniowe demonstracje odbyły się m.in. w Szczecinie, Białymstoku, Gdańsku, Krakowie, Warszawie i Wrocławiu.

Protest Białorusinów w Białymstoku przeciw wspieraniu reżimu Łukaszenki przez koncern Ikea
Protest Białorusinów w Białymstoku przeciw wspieraniu reżimu Łukaszenki przez koncern Ikea  Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

- W ciągu ostatniego roku około 40 tys. kobiet i mężczyzn przeszło represje z powodu swoich poglądów politycznych. Prawie 700 osób zostało uznanych przez organizacje międzynarodowe za więźniów politycznych - przypominała w rozmowie z „Wyborczą" przedsiębiorczyni Natalia Sciepancowa protestująca przed sklepem w Białymstoku.

Sankcje ominęły wycinkę lasów

Na to, że do Polski wjeżdżają tiry z białoruskim drewnem oraz produktami wykonanymi z tego surowca, uwagę polskich mediów oraz polityków własnym ciałem starała się zwrócić Jana Shostak, białoruska aktywistka walcząca o demokrację w tym kraju. Wezwała do bojkotu białoruskich firm handlujących drewnem , na dekolcie narysowała "56%". "Tyle surowego drewna z Białorusi nadal sprowadza się do Polski" - pisała w mediach społecznościowych Jana.

 

Białoruś jest na 19. miejscu w rankingu największych eksporterów drewna, które akceptuje Unia Europejska (reguluje to rozporządzenie EUTR, które weszło w życie w 2013 r.). W pełni kontrolowane przez państwo lasy zajmują niemal 40 proc. powierzchni Białorusi. Organizacje certyfikujące zrównoważone pozyskiwanie drewna (przyznające oznaczenia FSC i PEFC) uznają za legalny wyrąb na prawie całym tym obszarze. Oznacza to, że państwo może prowadzić wycinkę na ponad 8,26 mln hektarów. Do Unii Europejskiej trafia 55 proc. całego eksportu drewna z Białorusi.

Jak to możliwe, skoro Bruksela nałożyła na reżim Łukaszenki dotkliwe sankcje ekonomiczne? Mińsk nie może liczyć na finansowanie swoich inwestycji przez Europejski Bank Inwestycyjny. Inne sankcje dotyczą zakazu importu „produktów ropopochodnych, nawozów sztucznych i niektórych kategorii chlorku potasu, a także tranzytu tych towarów przez terytoria państw członkowskich" - wylicza Ośrodek Studiów Wschodnich. Unia nie handluje też z białoruskimi firmami tytoniowymi.

Na liście nie ma jednak branży drzewnej, mimo że białoruscy opozycjoniści zwracali uwagę na ogromne znaczenie tego przemysłu dla gospodarki naszego wschodniego sąsiada. W maju mówiła o tym w Parlamencie Europejskim była kandydatka na urząd prezydenta Białorusi Swiatłana Cichanouska. Mimo to Mińsk nadal może korzystać z gospodarczej kroplówki drzewnego biznesu.

Branża drzewna „próbuje się ratować"

W całej Unii Europejskiej to Polska kupuje najwięcej białoruskiego drewna. Tak przynajmniej twierdzi białoruski rząd, według którego danych odbieramy aż 29 proc. całego surowca przeznaczonego na eksport do UE. W większości to deski, płyty wiórowe, pilśniowe i tzw. biomasa przeznaczona do produkcji energii. Wszystko wskazuje na to, że udział Polski w handlu białoruskim drewnem będzie rósł.

Według danych tamtejszego urzędu statystycznego w pierwszym kwartale 2020 roku wartość kontraktów na jego zakup wyniosła blisko 96 mln dol. W analogicznym okresie w 2021 roku kwota ta wzrosła do 137 mln dol.

To prawie jedna trzecia całego białoruskiego eksportu do naszego kraju. Handlem drewnem z zagranicą na Białorusi zajmuje się państwowe przedsiębiorstwo Bellesexport. Oprócz Polski na liście partnerów firmy znajdują się również Litwa, Łotwa, Belgia, Niemcy, Holandia, Francja i Szwecja.

Według danych Banku Światowego eksport drewna oraz towarów wykonanych z tego surowca z Białorusi do Polski w 2019 roku był wart ponad 262 mln dol .

Białoruskie drewno jest ważne dla Polski, a świadczyć o tym może frekwencja na spotkaniach leśników i przedsiębiorców z obu stron granicy. Jedno z nich odbyło się w 2017 roku w białoruskiej ambasadzie i zgromadziło aż 130 przedstawicieli branży. Polscy przedsiębiorcy spotykali się z przedstawicielami mińskiego rządu i państwowych agencji promujących pellet (drewniane paliwo opałowe) jeszcze w 2019 roku.

Długo po wprowadzeniu unijnych sankcji sektorowych białoruski prezydent pokazał się przed kamerami w otoczeniu leśników. Materiał państwowej agencji informacyjnej Belta udostępnił na swoim twitterowym koncie antyreżimowy działacz Pawał Latiuszko. Na nagraniu Łukaszenka paraduje wśród drzew z piłą mechaniczną w rękach, mówiąc o lasach jako o „źródle surowców, z którego trzeba korzystać".

- Gdybyśmy tylko mogli, bralibyśmy drewno z Polski – twierdzi z kolei Igor Sikorski z handlującej opałem firmy Wood Stocks. Branża zarzuca Lasom Państwowym, że dorzynają przedsiębiorstwa przetwórcze zaporowymi cenami. Organizacje branżowe twierdzą, że kryzys trwa od kilku lat. „Lasy Państwowe po tragicznym w skutkach huraganie w Borach Tucholskich w 2017 r. zgodziły się, aby zagraniczne firmy, które pomagały uprzątnąć wiatrołomy i kupowały to drewno, mogły w ten sposób tworzyć historię zakupów, która w przyszłości będzie upoważniać do zakupów surowca" - czytamy w oświadczeniu, pod którym podpisały się między innymi Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego i Polskie Stowarzyszenie Dekarzy.

Według danych branży Polska co roku tnie około 40 mln metrów sześciennych drewna. 80 proc. ma być przeznaczane dla firm z udokumentowaną historią zakupów. 4 mln metrów sześciennych idzie z kolei na eksport. Lasy Państwowe odpierają, że szacunki branży są błędne. Ministerstwo Środowiska informowało o eksporcie 500 tys. metrów sześciennych surowca w pierwszym kwartale 2020 roku.

- Z Polski na eksport wyjeżdża surowe drewno. Dlatego polskie tartaki nie zarabiają nawet na pierwszym etapie jego obróbki. Z portów w Gdańsku czy Hamburgu surowiec wypływa do Chin czy Stanów Zjednoczonych. Tam on jest niezbędny do dużych inwestycji infrastrukturalnych. Ogromny popyt winduje ceny na światowych rynkach – uważa Igor Sikorski. Jego zdaniem polscy przedsiębiorcy nie są w tej sytuacji w żaden sposób chronieni. - To prawda, że LP może teraz zarobić wielkie pieniądze na kontraktach z zagranicą. Ale przecież warto zatrzymać w Polsce wpływy z podatków, które płacą przedsiębiorcy branży drzewnej - dodaje.

Zdaniem Sikorskiego korzyści byłyby rozłożone w czasie, ale na dłuższą metę taka polityka mogłaby się opłacić. Dzięki ciągłości produkcji z pewnych dostaw surowca polski przemysł drzewny mógłby być bardziej konkurencyjny na międzynarodowym rynku.

- A tak podejmowane są działania na „tu i teraz", bez budowania długofalowej strategii dla ważnego sektora gospodarki – komentuje przedsiębiorca.

Jak dodaje, sankcje nakładane na branżę drzewną na Białorusi uderzyłyby w dużym stopniu w zwykłych ludzi. Sikorski szacuje, że nawet 40 proc. całego przemysłu drzewnego na Białorusi to przedsiębiorstwa prywatne. Oficjalne dane białoruskiego rządu mówią jednak, że w 70 proc. za przetwórstwo odpowiada państwowy konglomerat Bellesbumprom. Reszta to prywatne inicjatywy.

- To przeważnie nieduże zakłady. Czym one zawiniły poza tym, że mają siedzibę na terenie tego kraju? - pyta Sikorski, dodając, że sankcje zaburzyłyby łańcuchy dostaw do Europy, która w tej chwili jest mocno uzależniona od białoruskiego surowca.

O znaczenie drewna z Białorusi zapytaliśmy też sieci sklepów meblowych działających w Polsce. Na nasze pytania odpowiedziała jedynie firma Agata Meble (32 salony). „Jesteśmy polską firmą o długoletniej historii. Współpracujemy z ponad 250 producentami, z czego znakomitą większość stanowią polskie firmy, a ich produkty to blisko 90 proc naszej oferty" - czytamy w mailu. Skąd biorą drewno firmy współpracujące z Agatą – nie wiadomo.

Ikea przygląda się sytuacji, ale „biznes to biznes"

Wyczerpująco odpowiedział nam za to rzecznik prasowy Ikei Hannes Mård. Według przedstawiciela międzynarodowego giganta białoruskie drewno spełnia wymogi rozporządzenia EUTR, co potwierdzają unijne kontrole. Mård zaznacza, że wszyscy dostawcy Ikei muszą posiadać certyfikat FSC i przestrzegać wewnętrznych regulacji meblarskiego potentata. Firma nie przyjmuje surowca z lasów pierwotnych oraz tych, o których zachowanie walczy strona społeczna - „chyba że posiadają certyfikat odpowiedzialnego zarządzania" wydany przez zarejestrowaną w Holandii skandynawską spółkę. Jej pracownicy w ciągu roku mają przeprowadzać ponad 200 audytów dotyczących legalnego pozyskania drewna.

„Musimy być w stanie zapewnić, że kodeks postępowania Ikei dla dostawców jest honorowany z poszanowaniem praw człowieka i innych priorytetowych kwestii (...). Jeśli ta weryfikacja nie jest możliwa, nie prowadzimy ani nie rozpoczynamy działalności. Poprzez audyty i bieżącą weryfikację zapewniamy, że wszyscy dostawcy na Białorusi przestrzegają norm społecznych, środowiskowych i warunków pracy zawartych w naszym kodeksie postępowania" - stara się uspokoić rzecznik prasowy Ikei.

Jak dodaje, firma szczególnie mocno przygląda się krajom „wysokiego ryzyka", gdzie audyty są częstsze. Ma to wzmocnić i tak drobiazgową zdaniem Mårda kontrolę przeprowadzaną przy nadawaniu certyfikatu FSC.

Certyfikaty bez pokrycia

Przed bezkrytyczną wiarą w ekologiczne certyfikaty przestrzega jednak coraz większa liczba badaczy, ekspertów i dziennikarzy. Lista zarzutów wobec powstałej w Niemczech w 1993 roku Rady ds. Odpowiedzialnej Gospodarki Leśnej (Forest Stewardship Council, FSC) jest długa. Jej certyfikat uzyskali między innymi bliscy Kremlowi przedsiębiorcy z Rosji karczujący tajgę.

Według śledztwa dziennikarzy portalu „Earthsight" wycinka jest tam prowadzona w chronionych obszarach – między innymi pod pretekstem zapobiegania rozprzestrzenianiu się chorób lasu. W 2019 roku Fundacja WWF ostrzegała, że wyręb sanitarny odpowiada aż za jedną siódmą całego pozyskania drewna w Rosji.

Cały eksport rosyjskiego drewna do Unii Europejskiej w zeszłym roku osiągnął rozmiar 14,1 mln ton.

„Ta półlegalna wycinka pod pretekstem ratowania lasu oznacza znaczne szkody w środowisku, ponieważ zwykle dotyka drzewostanów o największej wartości ochronnej i prowadzi do pogorszenia stanu zdrowia i degradacji lasów" - komentował Konstantin Kobjakow z rosyjskiego WWF.

Problem dotyczy nie tylko Rosji. W 2016 roku do Meksyku i USA trafiło drewno z zagrożonych terenów Amazonii - również z oznaczeniem FSC. W 2015 roku okazało się, że organizacja dała swój znak jakości i bezpieczeństwa nielegalnie pozyskanemu rumuńskiemu surowcowi, który trafił do Austrii.

Działaniu certyfikatów przyznawanych przez FSC przygląda się Agencja Śledztw Środowiskowych (Enviroment Investigative Agency, EIA) – organizacja pozarządowa z Wielkiej Brytanii. Według jej członków przejście procesu certyfikacji wcale nie oznacza, że drewno pochodzi ze sprawdzonego źródła.

- Importerzy z Unii Europejskiej powinni dodatkowo potwierdzać, czy źródło jego pochodzenia jest legalne, na co często się też decydują. Własne audyty firm nie są jednak stuprocentową gwarancją właściwego pochodzenia drewna - zauważa w rozmowie z „Wyborczą" Alec Dawson z EIA. Na stronie organizacji czytamy, że systemy certyfikacji mogą zawodzić m.in. przez zmowy z przedsiębiorstwami. Bywa też, że audytorzy wykonują swoją pracę niedbale.

Zdaniem Dawsona lepiej polegać na systemie FLEGT – części europejskiej regulacji EUTR. W tej chwili unijnymi certyfikatami FLEGT posługują się przede wszystkim państwa Afryki i Azji, m.in. Republika Konga, Laos, Indonezja czy Wietnam. To strony porozumień handlowych VPA (od ang. „volountary partnership agreement", dobrowolne porozumienie o współpracy).

Oznaczenie przyznają lokalne organy poddawane kontroli audytorskiej ze strony urzędników z Brukseli. Ich zdaniem największą zaletą VPA jest współpraca pomiędzy wieloma różnymi podmiotami – rządowymi, międzynarodowymi i pozarządowymi. Dzięki temu kontrola legalności drewna nie zależy od jednej organizacji czy firmy.

- Niektóre z organów certyfikujących mają dramatycznie niskie standardy. Oczywiście żaden system nie jest idealny, jednak ten unijny wymaga na państwach partnerskich przeprowadzanie reform dotyczących gospodarki leśnej, Bruksela dba też o to, by przyznanie certyfikatu nie przysługiwało się jedynie do zwiększenia dochodów posługujących się nimi przedsiębiorstw - twierdzi Faith Doherty z EIA. - Nie rozumiem, w jaki sposób organizacje certyfikujące mogą współpracować z dyktatorami tak jak w przypadku Białorusi.

Mińsk tnie mniej, ale dalej za dużo

Białoruś nie jest na razie stroną porozumień FLEGT. Chronione lasy na Białorusi – wśród których dominują tzw. zakazniki – to zaledwie nieco ponad 5 proc. powierzchni kraju. O tym, jak władze traktują te obszary, można przeczytać w artykule „Dzikiego Życia" z 2014 roku autorstwa przyrodnika Andreja Abramczuka . Według autora ustawy długo nie precyzowały, jak powinna wyglądać ochrona drzew na tych terenach.

„Na wymienionych obszarach chronionych [o znaczeniu krajowym] jest więc de facto dozwolony dowolny sposób prowadzenia gospodarki leśnej, w tym także wszystkie rodzaje rębni" - pisze Abramczuk. Jak dodaje, jedynie w dwunastu z 37 zakazników całkowicie zabroniono zrębów zupełnych (wycinki wszystkich drzew na wybranym terenie).

Białoruskiego przyrodnika zapytaliśmy o to, czy w kilka lat po publikacji artykułu sytuacja się poprawiła. Jak twierdzi, w 2018 roku ograniczono możliwość wycinek w zakaznikach. Władze zabroniły prowadzenia tam zrębów zupełnych.

- Jednak inne rodzaje rębni są dozwolone, w tym zupełne sanitarne. Drewno wciąż jest pozyskiwane na sprzedaż – mówi Abramczuk w rozmowie z „Wyborczą".

Białorusin dodaje, że więźniowie nie mogą pracować przy samym wyrębie. Mimo to przy obróbce drewna wykorzystuje się pracę osadzonych w chemijach - czyli zakładach poprawczych typu otwartego.

- Jednak z pewnością to drewno nie jest przeznaczone na eksport, nie ma szans, by było certyfikowane - zaznacza przyrodnik. - To, że drewno uzyskuje certyfikaty, nie znaczy jednak, że z jego pozyskaniem nie ma żadnych problemów. Wycinka jest prowadzona na obszarach chronionych, są niszczone przy niej siedliska chronionych gatunków.

Zablokowanie importu zza naszej wschodniej granicy mogłoby paradoksalnie pogłębić te problemy. Nabywcą białoruskiego drewna stałyby się wówczas kraje kupujące surowiec bez żadnych certyfikatów. Dlatego, jak zaznacza Abramczuk, najlepiej zadbać o rzetelne audyty. Metodami wyrębu na Białorusi zajmują się współpracujące z FSC polskie oddziały firm SGS i NEPcon. Według naszego rozmówcy nie zawsze przykładają się do kontroli. Zapytaliśmy ich przedstawicieli o ewentualne nieprawidłowości przy wyrębie na Białorusi. Do momentu publikacji artykułu nie uzyskaliśmy odpowiedzi od SGS. NEPcon (obecny w Polsce jako Preffered by Nature) nie stwierdził żadnych uchybień w ciągu ostatniego, czerwcowego audytu.

Drewno jako twarda waluta dyktatorów

Śledztwami dotyczącymi nielegalnych wycinek zajmują się pracownicy EIA. Pod koniec lat 90. pomogli ukształtować unijne rozwiązania dotyczące importu drewna (wspomniane wcześniej rozporządzenie EUTR). Opisali też fatalny wpływ wycinek pod uprawę palm olejowych na środowisko południowo-wschodniej Azji. Ostatnio EIA opublikowała obszerny raport dotyczący Mjanmy – kraju w Azji południowo-wschodniej, do niedawna znanego jako Birma.

W lutym po zamachu stanu władzę przejęła tam armia. Do puczu doszło tuż przed planowanym pierwszym posiedzeniem nowo wybranego parlamentu. Od tamtej pory co kilka dni świat obiegają informacje o zabójstwach i karach więzienia dla kolejnych demokratycznych działaczy.

Jednak by podtrzymać władzę, junta potrzebuje pieniędzy. EIA zwraca uwagę, że jednym z najłatwiejszych źródeł dochodów dla totalitarnych reżimów jest eksport surowców. W przypadku Mjamny chodzi mi.in. o wyjątkowo drogie odmiany drewna.

15.02.2021, Birma, Rangun. Demonstracja w okolicach siedziby Banku Centralnego, wokół protestujących wojsko
15.02.2021, Birma, Rangun. Demonstracja w okolicach siedziby Banku Centralnego, wokół protestujących wojsko  AP Photo/East News

Jedną z nich jest tik, którego nazwa bywa zapisywana również jako tek lub teak. Metr sześcienny surowej teakowej deski może osiągać ceny o równowartości ponad 1,2 tys. zł. Takie stawki w internecie podają sprzedawcy tak zwanego „burma teak" - czyli odmiany szlachetnego drewna pochodzącego z Mjanmy.

Jego wycinka na większą skalę rozpoczęła się w czasach kolonialnych, kiedy ówczesną Birmę zajmowali Brytyjczycy. W latach 90. XX wieku birmańskie władze przyznawały zezwolenia na masową wycinkę tajskim firmom, które w pień wycięły swoje zasoby drogocennego drewna. W XXI wieku demokratyczna przez jakiś czas Mjanma zakazała eksportu surowego teaku. Mimo to nadal był on pozyskiwany nielegalnie.

Las teakowy w Tajlandii
Las teakowy w Tajlandii  Fot. Shutterstock

Na początku 2021 roku armia przejęła kontrolę nad przemysłem drzewnym w kraju, dlatego – jak argumentują działacze EIA - nabywcy birmańskiego teaku od lutego 2021 de facto finansują działanie junty. Dzięki naciskom aktywistów import teaku z Mjanmy jest dziś zabroniony w UE i USA. Sprzedawcy drogocennego gatunku drewna potrafią jednak obejść te sankcje, wysyłając drewno do innych krajów – między innymi Chin, skąd „burma teak" może dotrzeć do Europy i USA. Przemysł drzewny Mjanmy podobnie omijał prawo jeszcze za czasów demokratycznych.

Według Faith Doherty nie ma jednak znaczenia, którego dyktatora wspieramy swoimi pieniędzmi – dlatego Europa powinna potraktować Łukaszenkę w taki sam sposób jak wojskową juntę.

- Handel drewnem dostarcza dyktatorom twardą walutę. Kupujący go muszą zdawać sobie sprawę z tego, że finansują niedemokratyczną i skorumpowaną władzę - mówi Doherty.

Tydzień z klimatem
CZYTAJ NA WYBORCZA.PL/KLIMAT
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem