Kiedy koronawirus zamknął nas w domach, zaczęliśmy się troszczyć o starszych sąsiadów i wyczarowywać rytuały, żeby przez światłowody „być razem, kiedy jesteśmy osobno” – jak mówiła Rebecca Solnit, amerykańska eseistka i autorka „Nadziei w mroku”.

Zaczęliśmy instynktownie współpracować: szyliśmy maseczki, niektórzy drukowali respiratory w 3D. Pandemia była wspólnym wrogiem i tylko kolektywny wysiłek mógł przynieść w walce z nią sukces. Później przyszła „nowa normalność”.

Bardziej ludzki współpracownik

Praca zdalna stała się standardem – trend wytyczyły koncerny z Doliny Krzemowej: Facebook i Twitter, które pozwoliły swoim pracownikom już zawsze pracować z domów. Ich śladem coraz więcej firm, szukając oszczędności w kryzysie gospodarczym, zaczęło się zastanawiać, czy muszą płacić wysokie czynsze za biura. Epidemia pokazała im, że nie potrzebują tak dużych przestrzeni.

Przemeblowało to rynek nieruchomości, zmieniło nasze życie zawodowe i funkcjonowanie miast.

Dzisiaj rzadziej nawiązujemy przyjaźnie ze współpracownikami. To tylko nasi „koledzy i koleżanki” z pracy, których oglądamy na Zoomie, Google Hangouts czy Microsoft Teams.

W końcu jednak widzimy ich zwyczajnych i bardziej ludzkich: w tle migają dzieci, partnerzy i psy. Pranie jest rozwieszone na suszarce. Ale jakość naszych kontaktów gwałtownie spadła. Prowadzimy mniej przypadkowych rozmów, nie wychodzimy już spontanicznie na obiad i nie wracamy tym samym autobusem. A to – jak pisał Lev Kushner na łamach magazynu „Fast Company” – zmienia nieznajomych w znajomych, a znajomych w przyjaciół. Tysiące drobnych interakcji budują wspólnotę.

Dlatego działy HR zwiększyły nacisk na budowanie zespołów i kultury firm. Organizują nam wycieczki rowerowe, turnieje gier wideo czy zabawę „Live video” w escape roomach.

Rozpoznajemy się, nawet w maseczkach

Za to zaczęliśmy zawierać więcej znajomości z ludźmi wokół naszych domów i mieszkań – to tam ze szklanych biurowców i korporacyjnych stołówek przeniosły się nasze społeczności. Biura to tylko miejsca, do których wpadamy raz w tygodniu, żeby skoordynować pracę.

W końcu znamy sąsiadów, którzy kiedyś wychodzili bladym świtem i wracali wieczorem. Częściej spotykamy ich, odrywając się od pracy: idąc na spacer czy obiad. Rozpoznajemy się, nawet w maseczkach, na klatkach schodowych, w windach i – niestety coraz rzadszych – lokalnych kawiarniach. Nasze przypadkowe, niewymuszone kontakty i interakcje się mnożą.

Coliving zastąpił coworking

Biura zaczęły być zamieniane na apartamenty – najczęściej te droższe, na które wielu z nas nie było stać. Niektórzy z nas, nie mogąc pracować zdalnie i wychowywać dzieci w za małych mieszkaniach, wyprowadzili się na wieś.

Banki podczas kryzysu zakręciły kurki z kredytami hipotecznymi, a rządowy plan budowy tanich i dostępnych mieszkań rozciągał się w czasie. Bogaci wprowadzają się dzisiaj na smartosiedla oparte na cyrkularnym obiegu energii i odpadów. Ale coraz więcej z nas nie może się wyprowadzić od rodziców. Coraz częściej musimy dzielić mieszkania ze współlokatorami. Praca zdalna w tych warunkach bywa ciężka.

Pojawia się coraz więcej mikroapartamentów i colivingów – tak jak przed pandemią biurowych coworków – czyli budynków z przestrzeniami wspólnymi przeznaczonych przede wszystkim dla młodych. Mieszkanie w nich to usługa, za którą płaci się miesięczną subskrypcję jak za Netflixa. Ludzie się do nich nie przywiązują jak kiedyś do własności, ale korzystają z ich wygody i oferty usługowej. Wszystko jest w pakiecie: siłownia, dostawa zakupów, sprzątanie.

Ciągle walczymy o sensowną alternatywę – stabilny najem mieszkań instytucjonalnych, o którym pisała Joanna Erbel w wydanej w 2020 r. książce „Poza własnością. W stronę udanej polityki mieszkaniowej”. To model, w którym mieszkanie jest dobrem podstawowym dostępnym dla każdego, a nie towarem, który dla niektórych jest niemożliwy do pozyskania, a dla innych jest przedmiotem spekulacji.

Pracodawca podgląda przez kamerkę w laptopie

W lęku przed rosnącym bezrobociem wielu z nas zaczęło pracować ciężej. Praca zdalna wzmocniła ideały nieprzerwanej aktywności i dyspozycyjności, o których pisał Jonathan Crary w książce „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”. Nasz czas jeszcze bardziej zawłaszczyła logika wydajności.

Firmy konkurujące o wykwalifikowanych specjalistów zrozumiały jednak, że kult produktywności jest toksyczny. Przekonują dzisiaj pracowników, że odpoczynek pomaga pracy intelektualnej. Ich działy HR zachęcają do drzemek, medytacji czy cyfrowych detoksów. Niektóre wprowadziły nawet sześciogodzinny dzień pracy.

Ale w wielu branżach, zwłaszcza mniej kreatywnych, do mieszkań wkradła się inwigilacja pracodawców. Kamera w laptopie służbowym pilnuje teraz, czy się nie obijamy. Oprogramowanie sprawdza, ile czasu spędzamy na Facebooku, a ile w Excelu. Przez to więcej konkurujemy ze sobą: kto dłużej pracuje? Kto jest bardziej wydajny? Dostajemy za to oceny w gwiazdkach jak kiedyś kierowcy Ubera, a sztuczna inteligencja coachingowa wysyła nam zagrzewające do pracy wiadomości.

To zaczęło się jeszcze w Amazonie. – Ściśle mierzy się tam każdy krok pracownika, liczbę jego ruchów i na podstawie wskaźników wydajności decyduje się, kto będzie zwolniony, a kto nie – mówił w 2020 r. w „Wyborczej” prof. Dariusz Jemielniak, współautor książki „Społeczeństwo współpracy”. – W Uberze podobnie, cały sztab ludzi: psychologów, ekonomistów, badaczy internetu czy socjologów, pracuje nad tym, jak sprawić, żeby kierowca czy dostawca pracował dłużej. Żeby wysłać mu taki komunikat, by jeszcze nie wracał do domu po ośmiu godzinach pracy, tylko wziął następny kurs. To kapitalizm na bardzo podkręconej śrubie technologicznej.

Tym zajmowali się najlepiej wykształceni i najlepiej opłacani naukowcy na świecie.

Cyfrowe spółdzielnie

Na przekór, wykorzystując nasze smartfony w kieszeniach i talenty informatyczne, zaczęliśmy tworzyć lokalne cyfrowe spółdzielnie jako alternatywę dla technologicznych korporacji, np. kooperatywę platformową oferującą kontaktowanie się pasażerów z kierowcami. Należy ona do wszystkich kierowców, a zyski dzielone są po równo.

– Z założenia takie platformy nie eksploatują ludzi. Można w nich odtworzyć pewną lokalną prekapitalistyczną społeczność na poziomie wyżej i przeskalować ją. Technologia umożliwia powrót do sposobów organizowania się, które w erze przedindustrialnej były powszechne – mówił prof. Jemielniak.

Musimy tylko dbać o nasze cyfrowe spółdzielnie, żeby nie zostały zgniecione, bo w globalnym kapitalizmie są niekonkurencyjne. Nie interesują się nimi inwestorzy giełdowi. Nie mogą oferować – jak Uber czy Bolt – niższych cen przejazdów. Same nie mogą też wygrać – jak ostrzegał prof. Jemielniak – bo platformy z Doliny Krzemowej mają doskonałą skuteczność organizacyjną i ciągle optymalizują swoją logistykę.

Uber nowym zbiorkomem

Nie musimy już codziennie dojeżdżać do pracy i stać w korkach – generujemy przez to mniej zanieczyszczeń, oszczędzamy więcej czasu i pieniędzy. Wielu z nas zrezygnowało przez to z posiadania samochodu, co było – jak pisała Erbel w „Poza własnością” – ukrytym kosztem mieszkania na przedmieściach.

Wielu z nas zaczęło się przemieszczać Uberem i Boltem, przedkładając wygodę nad transport publiczny, którego zaczęliśmy się bać przez większe ryzyko zakażeń. Aplikacje przewozowe zaczęły go stopniowo wypierać.

Komunikacja publiczna po prostu gorzej rozwiązywała problem, jak dostać się z punktu A do B, i jeszcze przed pandemią aplikacje przewozowe były najbardziej popularne właśnie w krajach, w których transport publiczny był mniej wydajny. Ale mniej wydajny często też oznaczał bardziej inkluzywny. W autobusie czy w tramwaju świeżo upieczony cybernetyk z pięciocyfrową pensją i kasjerka z Biedronki, nawet jeśli nie zamienili słowa, przynajmniej mogli zobaczyć, jak wygląda i nosi się to drugie. Uświadomić sobie, że świat równoległy nie tylko istnieje, ale też zazębia się z moim.

– Uber już oferuje usługi de facto autobusowe, w których przejazd jest wieloosobowy, z zatrzymywaniem się po drodze. Tylko że korporacja nie będzie w inkluzywny sposób rozwiązywała problemu transportu tam, gdzie jej się to nie opłaca, np. dojazdu do mniejszych miejscowości – zauważał już wtedy prof. Jemielniak.

Coraz więcej z nas uczy się zdalnie. Mamy coraz lepsze programy do e-nauki, choćby InstaLing, najpopularniejszą platformę wspomagania pracy nauczycieli języków w Polsce. Możemy z domów korzystać z oferty renomowanych uczelni.

Pandemia sprawiła jednak, że wiele krajów z niedoinwestowanym systemem edukacji miało pokusę, żeby zamiast łożyć więcej na szkoły, kupować licencje od dużych dostawców, np. Google’a. Nasze dzieci dostały chromebooki i usłyszały: „Uczcie się”.

Prof. Jemielniak ostrzegał przed tym w 2020 r.: – To będzie katastrofalne, bo szkoła nie służy tylko edukacji. Ma też funkcję wyrównywania szans, socjalizacji czy nauki pracy w grupie. Technologią nie można zastąpić nauczyciela, nauka w klasie powinna być nią tylko uzupełniana. Więc jest duże ryzyko, że tego rodzaju usługi doraźnie będą rozwiązywać problemy edukacji czy transportu publicznego, ale z dobrodziejstwem inwentarza wylejemy dziecko z kąpielą.

Energia polityczna w lajkach rozmienia się na drobne

Wykorzystujemy też bardziej technologię do tworzenia oporu społecznego i wzmacniania zasięgu komunikatów politycznych. To zaczęło się jeszcze, kiedy kobiety używały hasztagu #MeToo, żeby ich przekaz mocniej dostał się do świadomości społecznej, i podczas protestów przeciwko nierówności rasowej #BlackLivesMatter.

Dzięki technologii możemy się organizować, ale ma to też negatywną stronę. Przez media społecznościowe ciągle skrzykują się antyszczepionkowcy czy płaskoziemcy. – Tworzą najbardziej absurdalne teorie spiskowe, np. kwestionujące istnienie koronawirusa, które normalnie umarłyby śmiercią naturalną. Ludzie mogą się wokół tych teorii organizować też dlatego, że sieci społecznościowe opierają swój model na tym, ile czasu spędzamy na ich stronach, na sprzedaży danych na temat klientów oraz liczbie klików. Promują więc przede wszystkim nie prawdziwe wiadomości, ale te, które mają najwięcej reakcji. A absurdalne newsy wywołują więcej reakcji niż suche doniesienia z „Nature” czy „Science”, w związku z czym mamy system, który wyjściowo jest stworzony, żeby promować teorie zaskakujące, a nie prawdziwe – mówił w 2020 r. prof. Jemielniak.

Zamknięci na oddalonych od siebie osiedlach prowadzimy długie spory i dyskusje w mediach społecznościowych. Niestety, nasza energia polityczna się tam wytraca. Rozładowujemy ją w lajkach i udostępnieniach.

Wiele osób używa Facebooka do sygnalizowania wartości. Pokazujemy, że jesteśmy w porządku, jesteśmy „dobrymi ludźmi” w naszych bańkach społecznościowych: dbamy o klimat czy nie jemy mięsa. Ale to też zależy od grupy odniesienia. Ci z nas, bardziej konserwatywni i religijni – wsłuchani w cyfrowych kaznodziejów influencerów – sygnalizują to choćby wrogością do homoseksualistów czy feministek.

Naukowcy ciągle nie zbadali, czy gdy wysyłamy takie sygnały, faktycznie chętniej działamy w rzeczywistości.

– Trudno to zbadać, moja intuicyjna teza jest taka, że jeśli ktoś wszem i wobec sygnalizuje: „dbam o klimat”, będzie częściej sortować śmieci niż osoba, która tego nie robi. Drugie pytanie, czy osoba mocno deklarująca w mediach społecznościowych będzie skłonna dokonać jakiejś akcji społecznej na ulicy, czy nie. Jest pewna ilość czasu, psychicznego zaangażowania, które możemy poświęcić na działalność publiczną – zastanawiał się w 2020 r. prof. Jemielniak. – Ale jest też trzecie pytanie, co ten mój komunikat robi z innymi. Jeżeli wszyscy moi znajomi mówią: „nie jem mięsa”, to jak to działa na mnie?

Narracje, które są mocno powtarzane, przesuwają igiełkę na skali politycznej. Jeżeli cały czas jestem bombardowany jakąś wizją, ma to na mnie wpływ. Mogę się z nią na początku nie zgadzać, ale po czasie zacznę mieć różne refleksje. Problem w tym, że w mediach społecznościowych mamy do czynienia z wojną narracyjną – bombardują nas głównie radykalne punkty widzenia. I jest ryzyko, że część ludzi będzie myślała, że prawda jest gdzieś pośrodku.

– A w pewnych sprawach, jak np. prawa kobiet, prawda nie leży pośrodku. Lecz przez te skrajne narracje punkt widzenia ludzi – strategią salami – może się przesuwać i być fałszywie kompromisowy – jak z prawem do aborcji w Polsce czy prawami człowieka par jednopłciowych – mówił już wtedy prof. Jemielniak.