Reagan, Thatcher wciąż z nami. Na dekady?
Minęła połowa stycznia i rozpoczął się coroczny rytuał. Fundacja Oxfam opublikowała swój doroczny raport o globalnych nierównościach. W Davos rozpoczęło się Światowe Forum Ekonomiczne, na którym najpotężniejsi i najbogatsi tego świata, a w znacznym stopniu to te same osoby, dyskutują o naszych losach.
Oxfam od dawna opisuje, jak rosną globalne nierówności dochodowe i majątkowe. A w tym roku podaje dodatkowo, jak światowi superbogacze zarobili na pandemii. To nic nowego. Czas kryzysu to okazja do osiągania dodatkowych zysków.
W Davos niektórzy uczestnicy z lepiej lub gorzej udawaną troską wspomną o rosnących nierównościach i jej negatywnych skutkach.
I co? Nic.
Już po kilkunastu latach od neoliberalnej rewolucji, której twarzami byli Ronald Reagan i Margaret Thatcher, wiadomo było, że powoduje ona bardzo szybki wzrost nierówności dochodowych i majątkowych. Że realne dochody znacznej części klas średnich w najbogatszych krajach nie tylko nie rosną, a często i maleją. Wielkie korporacje i najbogatsi świetnie wykorzystali globalną liberalizację ekonomiczną - i nawet najsilniejsze rządy przestały być dla nich równorzędnymi partnerami. Najszerzej rozumiane systemy podatkowe z uwzględnieniem świadczeń społecznych nabierały w coraz większym stopniu charakteru degresywnego. Zmiany strukturalne w najbardziej rozwiniętych gospodarkach spowodowały, że znaczenie związków zawodowych radykalnie zmalało.
Procesy te bardzo szczegółowo opisał Thomas Piketty w swoim dziele „Kapitał w XXI wieku". Stopniowo zjawisko rosnących globalnych nierówności przestało być kwestionowane przez zdecydowaną większość polityków i ekonomistów. Ale to jedyne osiągnięcie. Nie toczy się debata o społecznych i politycznych skutkach tych procesów. Przez tak wielu polityków i ekspertów traktowane są one jako konieczne skutki uboczne najwspanialszego z systemów. Rzadko wskazuje się na ścisły związek pomiędzy nimi i ogromnym wzrostem siły politycznej radykalnej prawicy. I tu warto sięgnąć do analizy Piketty'ego, który w drugim swoim dziele, „Kapitał i Ideologia" pokazał źródła ogromnego wzrostu popularności francuskiego Frontu Narodowego. W Polsce PIS skopiował swoich francuskich braci, szybko zapominając o neoliberalnych reformach z czasów Zyty Gilowskiej.
Ale najsmutniejsze jest to, że nie ma nawet próby politycznej i eksperckiej debaty, jak zatrzymać, a później starać się odwrócić te procesy. A ich siła jest ogromna. Zauważmy, że nawet w krajach, w których do władzy doszła lewica, po latach wprowadzania założeń rewolucji neoliberalnej (np. Chile) praktycznie niemożliwe okazuje się dokonanie radykalnych kontrreform.
Oxfam ma swój pakiet zmian w przepisach podatkowych. Można mieć duże wątpliwości co do jego jakości i skuteczności. Znacznie bardziej rozbudowana i pogłębiona jest propozycja Thomasa Piketty'ego przedstawiona w dziele „Kapitał i Ideologia". Minęło już sporo czasu od jego publikacji. I zapadła cisza. Nawet na lewicy zajętej bieżącymi „drobiazgami politycznymi". Myślę też, że prawdziwe jest stwierdzenie o deideologizacji lewicy. Jej twarzami byli Schroeder i Blair. Lewica na dobre porzuciła swoją bazę aksjologiczną.
Ludziom lewicy powinien chyba wystarczyć powrót do korzeni. Przypomnienie, że i w zupełnie nowej rzeczywistości Równość i Braterstwo powinny być dla nich naczelnymi wartościami. A bez Równości i nie ma Wolności.
I tu wtręt.
Czy nie powinniśmy dyskutować też o tym że, przy rosnącej oligarchizacji życia gospodarczo-ekonomicznego demokracja staje się, zdaniem nie tylko radykalnych lewicowców, coraz bardziej pustym pojęciem? A wolność słowa może, i w rzeczywistości jest, ograniczana cenzurą finansową.
Chyba nie tylko dla nas, „lewusów", wzrost globalnych nierówności jest nieakceptowalny z powodów aksjologicznych. Niestety od tak dawna słowo "ideologia" stało się dla bardzo wielu ludzi brudne. Im chyba warto zwrócić uwagę, że rosnące nierówności są szkodliwe i niebezpieczne również dla nich. Zmniejszają ich szanse w wolnym, ale nierównym wyścigu konkurencyjnym „o wszystko". Choćby dlatego, że wraz z rosnącym bogactwem dziedziczone są wszelkie powiązane z nim przywileje, poczynając od możliwości kształcenia dzieci w elitarnych szkołach. Spada łatwo mierzalne poczucie bezpieczeństwa socjalnego. Poziom opieki medycznej w coraz większym stopniu zależy od środków finansowych, jakimi dysponujemy. Stajemy się coraz bardziej wyczuleni na kwestie ekologiczne. A czy w układzie słabo współpracujące, bardzo „pragmatyczne" rządy i potężne globalne korporacje możliwe jest wprowadzanie radykalnych reform? Wiemy, że narasta groźba kryzysu migracyjnego na ogromną skalę. Jego głównym źródłem są gigantyczne nierówności w geograficznej dystrybucji majątków i dochodów. Nie obronimy się przed nim, budując coraz wyższe, trumpowskie mury.
Historia XX wieku uczy nas, że ogromne zmiany społeczno-ekonomiczne były wynikiem tragicznych wydarzeń, a przede wszystkim wojen światowych. Po tych wszystkich doświadczeniach zachowujemy się tak, jak gdyby to los - a mówiąc precyzyjniej nieuniknione procesy społeczno-ekonomiczne - decydował o naszej i naszych dzieci przyszłości. Wciąż tak wielu decydentów i ekspertów mniej lub bardziej otwarcie wierzy, że bardzo wolny rynek jest najlepszą receptą na wszelkie problemy. Że nie powinniśmy nawet próbować uciekać od skutków darwinizmu społecznego. A zdecydowana większość z nas z zamkniętymi oczami czeka na rozwój wypadków. O kluczowych kwestiach nawet nie próbujemy rozmawiać.
Zachowujemy się tak, jak gdyby teoria Francisa Fukuyamy o końcu historii, najbardziej niemądra teoria filozoficzno-politologiczna XX wieku, nadal obowiązywała.
Marek Serafin
Materiał promocyjny partnera
Materiał promocyjny partnera
Materiał promocyjny partnera
Wszystkie komentarze