Nie ulega wątpliwości, że prawdziwym celem autorów abolicyjnego pomysłu jest wypróbowanie tzw. alternatywnego wymiaru sprawiedliwości. Ów wymiar mają stanowić nie sądy, ale politycy. Oni mają decydować, co jest przestępstwem i kto poniesie odpowiedzialność karną, nawet już po fakcie popełnienia czynu zabronionego. Ten równoległy wymiar sprawiedliwości będzie dla przyjaciół, dla wrogów zaś pozostaną sądy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest sędzią VII Wydziału Karnego Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Krzyków

Dla przyjaciół wszystko, dla wrogów prawo - tak mawiał i działał pewien południowoamerykański dyktator. Sentencja powyższa obrazuje idealnie wybiórczy stosunek polityków do prawa. Powołują się na nie wtedy, gdy widzą w tym szansę na umocnienie swej omnipotencji. Gardła zdzierają, perorując zwłaszcza o jednym aspekcie systemu prawnego, na który wyborcy są szczególnie czuli. Równe traktowanie wszystkich obywateli, bez wyjątków. To zawsze działa. Ale gdy polityków, już w czasie rządzenia, uwiera gorset zasad prawnych, po prostu go rozluźniają.

Zaczyna się stosunkowo kameralnie. Najwyższy urzędnik państwa i „strażnik konstytucji", jak lubi o sobie mawiać, w pierwszej kolejności zdejmuje odium przyszłych konsekwencji, wynikających z wyroku sądu ogłoszonego w pierwszej instancji, wobec jego partyjnych kolegów, używając do tego prawa łaski. Wszak „dla przyjaciół wszystko". Jacyś profesorowie krzyczą, że to bezprawie, ale znajdzie się takich, którzy powiedzą, że mają na ten temat inne zdanie. „Strażnik konstytucji" nie będzie przy tym już nawet czekał na uprawomocnienie się wyroku stwierdzającego popełnienie przez kolegów przestępstw. Po prostu pewnego dnia, biegnąc z ochroną korytarzem sejmowym na jakieś pilne spotkanie, oświadczy ze znamienną dla niego maską udawanej powagi na twarzy: uwolniłem wymiar sprawiedliwości od tej sprawy. No tak, nic wielkiego, w sumie to tylko dwie osoby z zarzutami licznych przestępstw urzędniczych związanych z wykonywanymi przez nich obowiązkami. Jakieś fałszowanie dokumentów, przekroczenie uprawnień i takie tam rzeczy.

W miarę upływu kolejnych lat rządzenia rozluźniony gorset prawa znów zaczyna uwierać. Cóż, utyło się od folgowanie sobie w naruszaniu przepisów. Spróbujmy zatem zdjąć go całkowicie, ogłaszając, że kilkaset konkretnych osób nie podlega prawu. Tak się składa, że to członkowie naszej partii albo po prostu entuzjaści naszej polityki. Napiszemy w ustawie, że ich działania, chociaż nielegalne, uznajemy jednak za legalne i żadnym prokuratorom, a już na pewno sądom nic do tego. Po prostu znów ich wyręczymy. Damy tej ustawie iście demiurgiczny tytuł „O legalności działań organów gminy zaangażowanych w organizację wyborów prezydenckich w 2020 r.". Czyli to my już po fakcie popełnienia przestępstwa zadecydujemy mocą swojej sprawczości, że odpowiedzialne za to osoby konsekwencji nie poniosą.

Po przekroczeniu tej granicy prawa rozumianego jako zespół norm wiążących równo wszystkich obywateli już praktycznie nie ma. Wola staje się bowiem ustawą, która legalizuje bezprawie. W nauce tego rodzaju podejście określono mianem „decyzjonizmu". A czołowym przedstawicielem owej koncepcji był Carl Schmitt, główny ideolog III Rzeszy.

Wniesiony do Sejmu przez posłów rządzącej koalicji projekt ustawy abolicyjnej to swoisty akt przyznania się do tego, że podejrzenia organów wspólnoty europejskiej o braku przestrzegania w Polsce zasady praworządności były uzasadnione.

Oczywiście europejskie trybunały mówią o tym w swym orzecznictwie już od 2019 r., ale dotychczas rządzący nie przyznawali się do zarzutu, idąc w zaparte. Teraz zasłona opadła. Opisywaną inicjatywą legislacyjną sejmowa większość mówi: są tacy, co stoją ponad prawem, a kto to będzie, decydujemy tylko my. Zaś sądy do tego powołane mogą się jedynie przyglądać, jak politycy przejmują ich zadania, wtedy gdy im to wygodne.

O tym, że działanie polegające na przekazaniu Poczcie Polskiej przez wójtów i burmistrzów danych osobowych zawartych w spisach wyborców stanowi rażące i oczywiste naruszenie prawa, mówiono od samego początku. Rzadko się obecnie zdarza, by wśród prawników panowała taka zgodność w ocenie. A jednak wielu samorządowców odpowiedziało na wezwanie wojewodów, łamiąc prawo. Przypomnijmy, to była wiosna 2020 r. A zatem po upływie ponad dwóch lat większość sejmowa uznała, że należy z bezprawia uczynić prawo, i to samą mocą ustawy. Cóż się takiego stało? Otóż znalazło się pomimo metodycznego niszczenia instytucji oskarżenia publicznego od 2016 r. kilku prokuratorów, którzy ryzykując wiele, skierowali do sądów akty oskarżenia przeciwko samorządowcom. Dotychczas zapadły dwa wyroki uznające winę lokalnych włodarzy. Bronią się oni najczęściej na dwa sposoby. Po pierwsze podnoszą, że jedynie wykonywali polecenia wydane im przez odpowiednich wojewodów, którzy nakaz spowodowania przekazania spisów wyborców otrzymali od ministra spraw wewnętrznych i administracji. Po wtóre wywodzą, iż działali dla dobra ogólnego, gdy w czasie pandemii władza centralna planowała zorganizować wybory „kopertowe", nie chcąc narażać ogółu obywateli na konieczność udania się do lokali wyborczych.

We współczesnym demokratycznym państwie prawnym linia obrony polegająca na zasłanianiu się obowiązkiem wypełnienia polecenia służbowego, by usprawiedliwić popełnienie przestępstwa, jest nieskuteczna toto genere. W nowożytnej historii powołano dotychczas wiele trybunałów, by osądzić tych, którzy jedynie „wykonywali rozkazy". Sądzono ich skutecznie, albowiem teoria „ślepych bagnetów" jest sprzeczna z samą istotą zachodnioeuropejskiej myśli prawnej. Rozkaz bądź polecenie, które ewidentnie nakazuje złamanie obowiązującego prawa, nie uchyla karalności wykonawców. Kontynent europejski w ostatnich stu latach widział zbyt wiele straszliwych skutków tak rozumianej podległości służbowej.

Zasłanianie się troską o „dobro ogółu" w związku z koniecznością zapewnienia bezpiecznej dla wyborców w czasie pandemii elekcji prezydenckiej jest również wątpliwe. Organy władzy, jak stanowi art. 7 konstytucji, mogą działać jedynie na podstawie i w granicach prawa, o tym mówi zasada legalizmu. Znamienne, że władza ustawodawcza skupiona praktycznie w rękach jednej partii, której wyczyny związane z szybkością uchwalania ustaw, na których owej partii zależy, jest powszechnie znana, nie pokusiła się o to, by odpowiednio zmienić prawo. Zmienić je tak, aby działanie samorządowców przekazujących dane osobowe zawarte w listach wyborczych miało umocowanie prawne przed ich przekazaniem, a nie po. Nie można wprowadzać abolicji z mocą wsteczną, nie dokonując jednocześnie depenalizacji danego typu przestępstwa. Przecież w istocie czyn, którego mieli się dopuścić samorządowcy, dalej pozostaje w systemie prawnym jako przestępstwo, zaś sama abolicja ma jedynie wyłączyć karalność konkretnych osób, które się go dopuściły i są wyposażone w pewną charakterystyczną cechę, czyli stoją po właściwej politycznie stronie. To mniej więcej tak, jakby anulować wręczone już mandaty za przejazd na czerwonym świetle kierowcom poruszającym się wyłącznie mercedesami, reszta marek płaci.

Dlatego nie ulega wątpliwości, że prawdziwym celem autorów abolicyjnego pomysłu jest wypróbowanie tzw. alternatywnego wymiaru sprawiedliwości. Ów wymiar mają stanowić nie sądy, ale politycy. Oni mają decydować, co jest przestępstwem i kto poniesie odpowiedzialność karną, nawet już po fakcie popełnienia czynu zabronionego. Ten równoległy wymiar sprawiedliwości będzie dla przyjaciół, dla wrogów zaś pozostaną sądy.

Czy system prawny jest bezbronny wobec politycznych działań rozgrzeszających bezprawie? W 1946 r. na łamach prestiżowego periodyku prawniczego "Suddeutsche Juristen-Zeitung" Gustav Radbruch, prawnik, filozof i humanista, ogłosił teorię „ustawowego bezprawia". Formuła Radbrucha była odpowiedzią na pytanie, czy ustawa, która zawiera prawo sprzeczne z ogólnymi zasadami zawartymi w systemie prawa naturalnego, winna być stosowana. Czy organy ochrony prawnej muszą akceptować działania sprzeczne z uniwersalnym porządkiem prawnym tylko dlatego, że nadano im przymiot ustawy? Radbruchowska figura retoryczna była cennym narzędziem, które z powodzeniem wykorzystywało orzecznictwo sądowe, rozliczając dwa totalitaryzmy, w których „bezprawne prawo" uchwalane było w zgodzie z demokratycznymi procedurami. Tak, system prawny nie jest bezbronny, został bowiem wyposażony w narzędzia, przy użyciu których dzisiejsi przyjaciele zaproszeni do łamania prawa przez ich politycznych opiekunów nie unikną odpowiedzialności. Warunek jest jeden - wolne sądy - ale one wciąż trwają!

listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Podziękowanie dla Pana Sędziego Mgłośka za przypomnienie Radbrucha.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Piękny tekst, napisany w sposób wytworny i z wielką znajomością historii prawa. Brawo!
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Dziekuje.Takie artykuly powinny byc drukowane na pierwszej stronie aby uswiadomic obywateli co ich czeka jak jeszcze raz wybiora "dobrozmiencow".
    już oceniałe(a)ś
    1
    0