Nie jestem pewien, czy dzisiejsi nostalgiczni zwolennicy Marszałka, którzy mówią o nim tak wiele dobrego, naprawdę chcieliby żyć w Polsce pod jego władzą. To, co z historycznej odległości może wyglądać atrakcyjnie, może być dużo mniej atrakcyjne przy sprawdzeniu na własnej skórze.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jaki przywódca dla Polski?

Nostalgiczne wspomnienia o Marszałku jako archetypie doskonałego przywódcy wolnej Polski, które lubimy co jakiś czas snuć sobie wieczorami (jak czyni to Stanisław Brejdygant), dość są odległe od tego, co się u nas realnie dzieje obecnie. Ani bowiem nie widać na horyzoncie kogoś podobnego do tytanicznej postaci wodza z Sulejówka, ani takiego wodza wcale nie pragnie znaczna część Polaków.

Wywiad ze Stefanem Chwinem, z którego tezami polemizował Stanisław Brejdygant przeczytasz TUTAJ

Nie tylko Polska, lecz i inne demokratyczne społeczeństwa są mocno podzielone w swoich oczekiwaniach wobec realnych i ewentualnych przywódców. Piłsudski jako wzór? Dokonał on z pewnością dla Polski rzeczy wielkich, bo miał poparcie wielu Polaków, ale wcale nie dlatego miał takie poparcie, że kochał naród polski i demokrację. O narodzie wypowiadał się, delikatnie mówiąc, brutalnie, a demokracją po prostu gardził i pomiatał.

Nie jestem pewien, czy dzisiejsi nostalgiczni zwolennicy Marszałka, którzy mówią o nim tak wiele dobrego, naprawdę chcieliby żyć w Polsce pod jego władzą. To, co z historycznej odległości może wyglądać atrakcyjnie, może być dużo mniej atrakcyjne przy sprawdzeniu na własnej skórze. Ja na przykład wolałbym – pomimo wszystko – żyć w Polsce obecnej, takiej, jaka ona, niestety, jest, niż w Polsce zarządzanej przez człowieka z Sulejówka.

Piłsudski osobiście miał za nic kluczową instytucję państwa demokratycznego, polski Sejm, którym zresztą – bądźmy sprawiedliwi – pogardzała także – i pogardza nadal – znaczna część Polaków. To, że mu się udało w pierwszych latach niepodległości odbudować państwo polskie, wynikało nie tylko z jego namiętnej miłości do Polski, którą – ulegając jego urokowi – wszyscy się zachwycili, ale także z równie namiętnej miłości do tzw. resortów siłowych, na których od razu oparł swoją władzę. Tak, Piłsudski dobrze wiedział, gdzie leżą polityczne konfitury – w prostej, żelaznej zasadzie: po pierwsze – zawsze mieć resorty siłowe w garści. A reszta – cóż, jakoś sobie z tą resztą poradzimy. Ale resorty – najważniejsze. Chciałoby się zapytać: Skąd my to znamy?

W oczach Polaków Piłsudski był nie tylko romantycznym wodzem, który obudził Rzeczpospolitą z niewolniczego letargu, ale także mocnym człowiekiem z pistoletem w garści, z którego potrafił skorzystać w stosownej chwili. Miłości Polaków do Piłsudskiego towarzyszył autentyczny strach przed nim, o którym jego entuzjaści wolą dzisiaj raczej nie mówić. Tymczasem wszyscy Polacy wiedzieli, że Piłsudski może w każdej chwili sięgnąć do kabury i wziąć naród za twarz, co też zdarzało mu się robić co jakiś czas.

Obchody święta 11 listopada w Warszawie. Marszałek Józef Piłsudski na koniu przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego przy pałacu Prezydium Rady Ministrów przyjmuje defiladę artylerii. Widoczny, bioracy udział w defiladzie żołnierz na koniu, a za nim działo. 1926 r.
Obchody święta 11 listopada w Warszawie. Marszałek Józef Piłsudski na koniu przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego przy pałacu Prezydium Rady Ministrów przyjmuje defiladę artylerii. Widoczny, bioracy udział w defiladzie żołnierz na koniu, a za nim działo. 1926 r.  Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jednych Polaków to przerażało, ale innych właśnie zachwycało. Niestety, społeczeństwo demokratyczne w dużym stopniu składa się z dusz autorytarnych, które lubią czuć nad sobą karzącą, sprawiedliwą pięść władcy. Piłsudski nie dyskutował, tylko wydawał rozkazy. I to także jednym się podobało, a innych przerażało. Nasze liberalno-demokratyczne sentymenty każą nam wierzyć, że zwykli ludzie chcą przywódcy „takiego jak wszyscy obywatele", który byłby ani powyżej, ani poniżej nas. Dusze autorytarne tymczasem wcale nie pragną kogoś „takiego jak my wszyscy". Przeciwnie. Dla nich – wbrew liberalno-demokratycznym sentymentom – wódz powinien właśnie być inny niż reszta obywateli. To znaczy być ponad nimi, a nawet ponad prawem, które wszystkich obowiązuje. Tylko wtedy będzie przez nich szanowany.

Wbrew liberalno-demokratycznym marzeniom spora część Polaków lubiła i lubi nadal stawać na baczność przed władzą, która – jak to się mówi – nie patyczkuje się z demoliberalnym imposybilizmem. Właśnie do takiej władzy czuje respekt. I takiej władzy pragnie. Nie tylko zresztą w oczach dusz autorytarnych Marszałek był wzorcowym samcem alfa, który umiał sobie podporządkowywać ludzi. Za takiego uważał go na przykład sam Witkacy, który zobaczył w nim jedynego w Polsce faceta z prawdziwymi atrybutami męskości. Jak nam podpowiada znajomość historii, bywa, że podobnym samcom alfa lubią ulegać miliony.

Polska międzywojenna kochała Marszałka, ale i szczerze go nie cierpiała, bo się go bała, i to naprawdę. Ilość przeciwników wodza była znaczna nie tylko wśród politycznych elit, lecz i wśród zwykłych obywateli. Sam Marszałek nie bardzo się tym martwił, tylko postawił na twardą reedukację społeczeństwa, które głośno i publicznie miało oddawać mu cześć. Sporo Polaków taką cześć mu oddawało, i to z prawdziwą satysfakcją.

Materiały propagandowe gloryfikujące Ziuka, które musiała czytać w szkole moja matka, kiedy była w gimnazjum, przewyższały daleko swoją polityczną bezczelnością nawet słynny "HiT" profesora Roszkowskiego.

Jeśli dzisiaj mówimy o Marszałku, należy pamiętać, że Marszałek to był cały obóz legionowy, polityczno-wojskowy ogon, który ciągnął się za nim, a po odzyskaniu niepodległości pajęczą siecią kumplowskich powiązań oplątał całą strukturę decyzyjną państwa, łącznie z ministerstwami. Nikt tam nie bawił się wtedy w jakieś konkursy na stanowiska. Wystarczyło jedno słowo szefa i po sprawie. A o samodzielności ówczesnych premierów RP w obliczu szefa – lepiej zamilczeć. I znów możemy zapytać: Skąd my to znamy?

Mało się też mówi o tym, że znaczną część piłsudczykowskiej elity władzy stanowili nie tak dawni czynni terroryści z Organizacji Bojowej PPS, która dzisiaj z pewnością trafiłaby na listę organizacji terrorystycznych CIA i FBI, chociaż była szczerze patriotyczna, więc słusznie zajmuje należne miejsce w polskim panteonie. Wywarło to znaczący wpływ na ich antydemokratyczną mentalność, czyli prawdziwy wstręt do żmudnych procedur systemu parlamentarnego. Zastraszanie przeciwników było dla nich rzeczą zwyczajną. A także własnoręczne karanie opornych, bez oglądania się na jakieś tam sądy. Wystarczy przypomnieć pamiętną sprawę profesora Cywińskiego, który za nieostrożny żart z Marszałka został ciężko pobity przez umundurowanych oficerów Wojska Polskiego.

Byłym terrorystą, który sam osobiście skręcał bomby oraz chciał – jako terrorysta samobójca – wysadzić się w powietrze, i to jeszcze podczas nabożeństwa w cerkwi, żeby zabić gubernatora warszawskiego Josifa Hurko i grupę jego urzędników, był profesor chemii, prezydent RP, uosobienie majestatu Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, bliski towarzysz partyjny Ziuka. Walery Sławek, trzykrotny premier Polski, miał urwane palce i twarz oszpeconą eksplozją bomby, która wybuchła mu w rękach. Sam Piłsudski brał udział w akcji terrorystycznej pod Bezdanami, patriotycznej konfiskacie pieniędzy, które wieziono pociągiem do banku w Petersburgu. Po takich doświadczeniach trudno sobie wyobrazić ich szczerą skłonność do demokracji deliberatywnej, która lubi każdą sprawę przedyskutować z wielu punktów widzenia. Dużo bardziej odpowiadało im państwo oparte na żelaznej logice rozkazu, o czym piszę m.in. w mojej najnowszej książce „Wolność pisana po Jałcie".

Dusz autorytarnych było i nadal jest u nas w Polsce dostatek, choć wolimy w to nie wierzyć. Ludzie ci zdecydowanie wolą władzę silnej ręki od władzy „jałowych demoliberałów, którzy przelewają z pustego w próżne". I dlatego Jarosław Kaczyński ma dzisiaj siedem milionów sobowtórów, którzy głosują na niego regularnie i będą głosować nadal, brzydząc się szczerze zapachu „mdłej demokracji". Przekonać ich, by zagłosowali na liberalno-demokratycznego Donalda Tuska, wydaje się zadaniem interesującym, choć raczej astronomicznie trudnym.

Jeśli zaś chodzi o Piłsudskiego, to mam wrażenie, że „zająłby się" on Tuskiem równie czule jak prezesem Kaczyńskim, sadzając ich razem obok siebie na ławie oskarżonych na przykład w procesie brzeskim. Prezesem Kaczyńskim zająłby się jako spadkobiercą Romana Dmowskiego, którego szczerze nienawidził, a Tuskiem jako nieuleczalnym liberałem, gardłujących za demokracją, a przeciwko dyktaturze. Tak by się to pewnie skończyło, gdyby obaj żyli i działali w latach 30. XX wieku, więc w zasadzie mogą dzisiaj mówić o szczęściu, że się zrządzeniem losu nie znaleźli w bliskim kontakcie z potężną trajektorią losów Marszałka.

Do Piłsudskiego na szczęście nie jest pod wieloma względami podobny Jarosław Kaczyński, a jeszcze mniej Donald Tusk. Polacy gotowi są wybaczyć Piłsudskiemu wszystkie grzechy, uchodzi on bowiem powszechnie za jedynego Polaka doby nowoczesnej, któremu udało się pokonać Rosję, co zresztą – dodajmy – niestety, nie jest pewne, bo słynny manewr znad Wieprza, który przyniósł zwycięstwo polskiej armii nad Armią Czerwoną w roku 1920, został – jak podejrzewają niektórzy historycy – wymyślony przez generała Rozwadowskiego, a Marszałek ten pomysł tylko przedstawił narodowi jako swój własny. Polacy Marszałkowi jednak wybaczą wszystko, ponieważ popycha ich do tego prawdziwy strach przed Rosją.

Ja jednak myślę, że Piłsudski bez zamachu majowego – a w nostalgicznych wspomnieniach zwykle pojawia się on głównie w takiej właśnie roli – to jest Piłsudski nieprawdziwy, bo zamach majowy nie był jakimś wypadkiem przy pracy, tylko koronnym wykwitem jego charakteru i temperamentu. Warto o tym pamiętać, kiedy się nad Marszałkiem rozczulamy. Piłsudski, zdegustowany tym, co dzieje się w Polsce, w maju 1926 roku kazał po prostu polskim żołnierzom strzelać do polskich żołnierzy oraz ostrzeliwać z armat Belweder, siedzibę legalnie wybranego prezydenta RP, co skończyło się masakrą poważniejszą niż stan wojenny Jaruzelskiego. 400 zabitych i ponad 3000 rannych – tak przedstawiała się cena władzy, jaką zachował do 1935 roku.

Mówi się, że urządzając masakrę w Warszawie, Piłsudski uratował Polskę przed rządami radykalnej prawicy albo radykalnej lewicy. Możliwe. Rzecz jednak w tym, co zaproponował w zamian.

Sprowadzenie sejmu do roli atrapy, manipulacje przedwyborcze, cuda nad urną, afera Czechowicza, Brześć i Bereza Kartuska, pacyfikacje w Galicji Wschodniej oraz sam „rząd pułkowników", którzy w latach 30. mocno skręcili na prawo, chociaż nie zdążyli na szczęście zdruzgotać do końca demokratycznej struktury polskiego państwa, mimo że mogli to zrobić, jak na przykład w Niemczech czy Włoszech.

Dywagując o najlepszym przywódcy dla obecnej Polski, warto o tym wszystkim pamiętać. Warto też pamiętać, że Polacy zakochali się w Piłsudskim nie dla jego demokratycznej wrażliwości, tylko dlatego, że ujrzeli w nim „silnego człowieka". Otóż polska wiara w „silnego człowieka", który – da Bóg – zbuduje silną Polskę jako mocarstwo regionalne – a właśnie Piłsudski tego chciał – rozbiła się boleśnie o twarde realia polityczne końca lat 30. Piłsudski kochał Polskę nieprzytomnie i gotów był dla jej dobra zrobić rzeczy najokropniejsze. We wrześniu 1939 roku okazało się jednak, że zamordyzm, motywowany nawet najszlachetniejszą wolą obrony narodowej suwerenności, jest raczej nieskuteczną metodą budowania skutecznej mocy Polski niezwyciężonej, o czym warto pamiętać także dzisiaj.

Polska wiara w „silnego człowieka", który zbuduje silną Polskę, jest, jak się wydaje, niestety, nieuleczalna. Niestety, bo żadna silna Polska, nawet z najsilniejszym przywódcą, który – wbrew „imposybilizmowi liberalnych elit" – potrafiłby rządzić twardą ręką, nie da sobie rady z obcymi potęgami, jeśli będzie państwem narodowym w konstelacji państw narodowych, ogarniętych obsesją nieograniczonej suwerenności.

Sojusze, które budował Piłsudski, były egzotyczne i radykalnie nieskuteczne jak polska kawaleria na współczesnym polu walki. Nie chciał on nawet słyszeć o tym, że Polska da sobie radę w trudnej sytuacji tylko wówczas, gdy będzie ściśle zintegrowana z większą całością polityczną, której zresztą wtedy nie było. Jego pomysł na „Trójmorze" kompletnie nie wypalił, bo nie mógł wypalić.

Piłsudski stawiał na silną armię narodową, tymczasem żadna armia narodowa, nawet z pomocą sojuszników, nie da sobie rady w sytuacji ostatecznej. Jedynym wyjściem jest wielonarodowa armia Zjednoczonej Europy. Piłsudski takiej możliwości nie brał pod uwagę, bo za jego życia istnienie takiej armii było nierealne. Ale przywódca, który naprawdę chce Polski skutecznie bronić dzisiaj albo jutro, będzie musiał pomyśleć właśnie o takiej zintegrowanej armii, bo tylko taka armia będzie miała jakieś szanse, jeśli, nie daj Boże, dojdzie w Europie do czegoś najgorszego. Polsce potrzebny jest przywódca, który potrafi to zrozumieć. Rzecz tylko w tym, czy znajdzie on w naszym pięknym kraju wystarczająco wielu zwolenników, którzy udzielą mu mocnego poparcia na tyle, by mógł taką ideę skutecznie wcielić w życie.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Tak się zastanawiam, czy te oczekiwania na wodza nie wynikają z tego, że Polacy w większości nie są obywatelscy. Nie mają poczucia zbiorowej sprawczości a ograniczają się do indywidualnej zaradności.
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    Smutne i niestety konstatacje w większości prawdziwe.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Szanownego Autora niniejszym informuję, że "wielonarodowa armia Zjednoczonej Europy" już od dość dawna istnieje i nazywa się NATO, a Polska jest jednym z jej członków od blisko ćwierćwiecza :-)
    już oceniałe(a)ś
    3
    2
    Stefan Chwin jest świetnym pisarzem, ale historyk z niego żaden. Gdybym miał prostować oczywiste błędy i przeinaczenia w artykule musiałbym skrobnąć coś podobnej długości. Zadam tylko pytanie - czy jako Naczelnik Państwa Piłsudski pomimo dużych uprawnień i oddanego wojska rządził autorytarnie czy respektował Sejm i wybrany przez niego rząd, nawet jeśli był temu rządowi przeciwny? Czy legalne władze puczem obalał czy przed puczem bronił? A pomylenie układów wywodzących się z PPS z legionowymi to już niemała kompromitacja. No przytoczenie endeckiej bajeczki o opracowującym plany ofensywy znad Wieprza Rozwadowskim. Na to są tony dokumentów z korespondencją między Rozwadowskim a Weygandem (Weygand tak nie znosił Rozwadowskiego, że pomimo zajmowania biur na tym samym piętrze porozumiewali się wyłącznie na piśmie) i wspomnieniami Witosa, który podejrzewał Rozwadowskiego o niestabilność umysłową, że rola Rozwadowskiego ograniczyła się do przekucia dyrektyw Piłsudskiego na rozkazy operacyjne. Po wykonaniu tego zadania Rozwadowski całkiem jednoznacznie meldował Marszałkowi że zlecone zadanie wykonał ściśle według wskazań Piłsudskiego. Parę lat temu było to wałkowane do porzygu, więc rodzi się pytanie, czy szanowny autor te parę lat przespał czy przeleżał pod lodem?
    @przechrztaimason
    W pełni zgadzam się z komentarzem przedmówcy. Tak, rzeczywiście z pana Chwina ?żaden historyk?. Dodałbym jedynie, że pan Chwin i z podstawową logiką jest mocno na bakier...
    już oceniałe(a)ś
    0
    0