Ci, którzy przejmą stery, będą musieli wykazać się nieprawdopodobną umiejętnością żeglowania, prowadząc statek będący w stanie kompletnej ruiny, nieomal tonący, bo też do takiego stanu go doprowadzili ci, którzy rozpoczynali rządy państwem będącym w przyzwoitej kondycji, głosząc hasło-kłamstwo o "Polsce w ruinie" - pisze Stanisław Brejdygant, znany aktor, reżyser, dramaturg.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O przywództwie

To jest szczególny fenomen. Dar umiejętności bycia przywódcą. I można zaiste mówić o szczęściu, gdy naród posiada kogoś takiego na czele, zwłaszcza w momentach przełomowych. Można wówczas bez przesady mówić o darze Opatrzności, gdy oto naród istniejący w formie państwa ma na czele kogoś takiego, kogoś, z kim się każdy, no, powiedzmy, prawie każdy, utożsamia, bo wie, nie ma co do tego wątpliwości, że on (lub ona), przywódca, utożsamia się z nim, z rzeszą ludzi, jeśli nie z całym narodem, to na pewno z jego większością. I, uwaga, nie chodzi o samca alfa, o przewodnika stada, o dyktatora. Chodzi o p r z y w ó d c ę. To znaczy jednego z nas. Kogoś takiego, kto lepiej od innych umie przewodzić, ale nie traci świadomości, że jest po prostu jednym z nas. Nie kimś p o n a d, nie „prezesem", nie dyktatorem. Po prostu: przywódcą.

Stefan Chwin
Stefan Chwin  Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta

Postanowiłem napisać ten tekst, odnoszący się do naszej, najbardziej aktualnej rzeczywistości, sprowokowany wypowiedzią luminarza naszej kultury, szczególnie cenionego w swych opiniach przez gazetę, w której teraz ja mam okazję się wypowiedzieć, przez profesora Stefana Chwina. Otóż czcigodny ten akademik, który niedawno udzielił wywiadu „Wyborczej", formułując szereg bardzo mądrych myśli, między innymi negując słuszność wyboru u nas daty 11 listopada jako dnia Święta Narodowego, z którą to jego opinią skłonny byłbym się zgodzić, najzupełniej nieoczekiwanie, chcąc dowieść braku sensu wyboru tego akurat dnia, mówi o dniu tym, że to był taki (w domyśle: mało ważny) „dzień przyjazdu do Warszawy, z internowania, pewnego k o n t r o w e r s y j n e g o [podkr. moje] polityka". Czujecie, szanowni czytelnicy? Powtórzę: „pewnego kontrowersyjnego polityka". O kogo chodzi, myślę, że każdy choć jako tako obyty z historią kojarzy. Chodzi o Józefa Piłsudskiego. Od razu oświadczam: nie jestem bezkrytycznym wielbicielem marszałka, ale mam świadomość – której trudno, wydaje mi się, by nie mieć – że on i tylko on, dzięki nadzwyczaj szczęśliwemu zbiegowi wszystkich okoliczności i dzięki takim właśnie, a nie innym cechom charakteru, był tym kimś, jedynym, chciałoby się powiedzieć: darowanym nam przez los. By stać się przywódcą. Wówczas.

Bo też w tamtym momencie historii tylko on był w stanie, przyjmując na pewien czas funkcję Naczelnika Państwa, zjednoczyć, czyli niejako „stworzyć" na nowo, po stu kilkudziesięciu latach niewoli, wspólny naród. No bo jeśli nie on, to kto? Wtedy? To pytanie kieruje do Czcigodnego Pana Profesora Chwina.

Kto?... Ignacy Daszyński, który, owszem, w najlepszych zamiarach skompletował w Lublinie rząd Polskiej Republiki Ludowej? Tylko czy ten rząd miał szansę przetrwać, ocaleć w tamtym czasie? Albo jakiś sklecony przez tak zwaną Radę Regencyjną, przed chwilą podporządkowaną pruskim okupantom? A może mógł to zrobić wielki patriota i niezwykle utalentowany artysta, czczony przez słuchaczy na całym świecie i – to nie bez znaczenia – zaprzyjaźniony z ważnym architektem powojennego świata, prezydentem Wilsonem, Ignacy Paderewski? (Owszem, zostanie niebawem premierem na chwilę, ale to przecież nie rola dla niego). A może, sądzi Pan Profesor, że mógł nim zostać, twórcą, wiążącym różny naród, ludzi o różnej mentalności spod trzech zaborów, człowiek zdolny, wykształcony i wygadany, ale budzący przecież odrazę u większości polityków europejskich, maniakalny antysemita, Roman Dmowski? Zatem kto, pańskim zdaniem, Czcigodny Panie Profesorze, kto, w tamtym czasie, kto, jeśli nie Towarzysz Ziuk? Otóż to.

Piłsudski dokonał rzeczy niezwykłej, być może podstawowej dla procesu odrodzenia i zjednoczenia państwa. On, socjalista, wymiótł z umysłów polskich robotników, polskiego proletariatu ideę internacjonalizmu, która wydawała się ogarniać wówczas proletariat w całej Europie. (Róża Luksemburg wiodła z nim zawzięte spory). To on przywiódł masy sproletaryzowanego ludu polskiego do idei niepodległości. Reszty dokonali Bojko i Witos. Z chłopstwem. Ta trójka stworzyła naród. Dosłownie.

Przed 1895 rokiem, przed powstaniem Stronnictwa Ludowego i przed ugruntowaniem się w świadomości ludu miast idei PPS-u, Polski przecież w ogóle nie było w mentalności większości mieszkańców terytorium dawnej Rzeczypospolitej. A już zwłaszcza nie było jej w głowach ogromnej większości narodu, chłopów, przodków bodaj około osiemdziesięciu procent nas, dzisiejszych Polaków. Owszem, istniała, ale jedynie ta „Ichnia, pańska jakajsi Polska", ta, z którą wyrzynający panów w Rabacji 1846 roku nasi przodkowie, chłopi, nie chcieli mieć nic wspólnego.

Marszałek Józef Piłsudski i prezydent Ignacy Mościcki w loży prezydenckiej podczas rewii wojskowej. Rok 1930.
Marszałek Józef Piłsudski i prezydent Ignacy Mościcki w loży prezydenckiej podczas rewii wojskowej. Rok 1930.  Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Otóż ośmielam się, Panie Profesorze, przestrzec Pana przed lekceważeniem roli przywódcy – powtórzę – demokratycznego przywódcy, nie samca alfa, niby-dyktatora, jakim u nas obecnie zdaje się czuć pewien mieszkaniec dzielnicy Żoliborz w Warszawie. Józef Piłsudski, moim zdaniem, miał pewne cechy (los tak sprawił), które uczyniły go tym, kim został. Był dość leniwy, mniej namiętny w oddaniu idei niż Bronek, jego brat. Ale jak już ruszył do przodu (po powrocie z zesłania) to okazało się, że ma cechy geniuszu. Stawiał na nie tego konia w Wielkiej Wojnie, ale, właśnie, genialnie, wiedział, kiedy się wycofać (Patrz: kryzys przysięgowy). Czuł, że państwa centralne przegrają, ale więziony w Magdeburgu wydawał się ważny dla Rzeszy. I był nim. Gdy wrócił do Warszawy, tylko on mógł zagwarantować „pokojowy" powrót żołnierzy Reichswehry do Niemiec. Nie było (a mogły były być) bezsensownych aktów przemocy, zemsty. Wyjechali. Potem zwycięscy alianci Ententy od razu zorientowali się, kto jest kim w powstającej Polsce. Piłsudski dogadał się z Komitetem Paryskim. On nie miał wątpliwości, kiedy należy działać dla dobra Najjaśniejszej, wspólnie. Panie Profesorze, polecam lekturę charakterystyki kilkudziesięciu generałów sporządzoną przez marszałka. Ja oniemiałem, czytając. Ten Wódz Naczelny i, jakby nie było, prawdziwy autor zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej (chyba że chce Pan, jak niektórzy, wierzyć, że to Matka Boska nam załatwiła zwycięstwo), nie miał przecież żadnego przygotowania do swej roli, był amatorem, nie ukończył żadnych uczelni wojskowych. A proszę przeczytać wspomniane charakterystyki. Dalibóg, nie znam człowieka, który by się tak znał na ludziach. I na wojsku. Napisałem na wstępie, że nie jestem bezkrytycznym fanem marszałka. Pod koniec życia, jakby to powiedzieć, nie wyrobił. Bereza, wygnanie Witosa i Korfantego to, co tu gadać, plama na jego honorze. Ale to, że bez (prawie) żadnych przeszkód mógł był – gdyby taka chęć nim kierowała, (czyli żądza władzy) jak dziś kieruje ona naszym karykaturalnym naczelnikiem z Żoliborza – zatem, gdyby chciał zostać dyktatorem, jak Horthy na Węgrzech, Ataturk w Turcji, później Salazar w Portugalii czy Franco w Hiszpanii, no i wreszcie jak ci „prawdziwi", jak Mussolini w Italii i Hitler w Niemczech, to chyba jasne, mógł. Drażniła go, co tam, bywało mierziła, „demokracja w praktyce", lżył ją. Ale jednak szanował. Do końca.

Pewno Pan wie, Szanowny Panie Profesorze, że ów pańskim zdaniem „jeden z kontrowersyjnych polityków" ma w Rzymie pomnik. Nieduży, ale jednak. I ulicę ma. Gdy Pan wjeżdża z północy, z Polski, to wystarczy zboczyć z via Olimpico – ta dzielnica to dzieło z czasów Mussoliniego – i trafić na viale Marscale Piłsudski. No a o tym, że po zajęciu Warszawy Hitler kazał wystawić wartę Wermachtu w Sulejówku – przed jego dworkiem – też Pan na pewno słyszał. Otóż, widzi Pan, gdyby marszałek chciał, przecież mógł być jak oni, jak tamci. A nie chciał. Doprawdy warto o tym pamiętać, pisząc o „kontrowersyjnym polityku". Ja w swoim długim życiu, a jestem bodaj nieco starszy od Pana, byłem świadkiem istnienia dwóch jedynie prawdziwie wielkich mężów stanu, jeden to Nelson Mandela, jedyny, prawdziwy chrześcijanin u władzy, ten, który „zło dobrem zwyciężył", ocalił jedną trzecią Afryki przed rzezią, potrafił przejść do porządku dziennego nad dwudziestoma czterema latami udręki więzienia i posadzić swego strażnika, klawisza, pośród prezydentów i królów, w trakcie inauguracji prezydentury. A drugi to ten, dzięki któremu, nieświadomi tego pewno, prawie wszyscy żyjemy. To sir Winston Churchill. Ten, co przyrzekał swym ziomkom „pot, łzy i krew". Ten, który nie uległ nikomu, ani bossom swej partii, ani swym najbliższym, ani darzącemu go przyjaźnią królowi Jerzemu VI, którzy wszyscy namawiali go do jedynie słusznego, jak się zdawało wówczas, zachowania, do pertraktacji z nazistowskimi Niemcami. Nie uległ. To dzięki jego niewiarygodnie silnemu charakterowi przez kilkanaście miesięcy Wyspy były jedynym wolnym kawałkiem Europy. Nie poddając tego jej kawałka, ocalił świat. USA były „w izolacji", Sowieci w sojuszu z Hitlerem. Cóż, Bóg, czy też Los, nie dał nam, Polakom, kogoś aż tak bezwzględnie wielkiego jak Churchill. Ale z pośród ludzi znanych mi z naszej historii marszałek był jedynym prawdziwie wielkiej miary. Wtedy. On przewidział, co się może wydarzyć. No i wydarzyło się. Historia obdarzyła nas paradoksem.

Przez kilkadziesiąt lat byliśmy państwem satelickim. Za przyzwoleniem tak zwanego zachodniego, „wolnego świata" pozostawaliśmy, zgodnie z „jałtańskim porządkiem", satelickim państwem w sferze sowieckiego imperium. Przeżyliśmy te lata. Jesteśmy wolni. Póki nas, nie daj Boże, ambicja Prezesa i jego drużyny nie zepchnie w upragniony przez nich suwerenny niebyt.

Ale obawiam się, że mało kto wie, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że to dzięki planom Stalina, który był na tyle silny w '45 roku, że mógł wymuszać swoją wolę na zachodnich aliantach, jesteśmy państwem średniej wielkości, największym w regionie, o zwartej przestrzeni od Bugu do Odry, z takimi miastami jak Wrocław i Szczecin. Których to ziem mogliśmy przecież nie mieć. Gdyby losy wojny potoczyły się inaczej, gdyby Sowieci nie byli tak mocni w Jałcie i Poczdamie, Polska dziś na pewno, na wschodzie, tak jak to jest, nie sięgałaby za tak zwaną linię Curzona. (Zresztą, szczęśliwy to chyba wyrok historii. Miast mieć w obrębie państwa mniejszości, skłonne do buntu i wojny domowej, mamy za miedzą przyjazne nam narody ukraiński i białoruski). A reszta? Stalin chciał mieć bezpieczne, dobrze skrojone imperium. I dostał to, czego chciał. I my to teraz mamy. Na zawsze. Zachodni alianci gwarantowaliby nam terytorium, nie sądzę, aby wiele większe od Księstwa Warszawskiego, resztkę Rzeczypospolitej sprzed '39 roku . Po wojnie, jako reparacje wojenne – których, nie wiadomo na jakich zasadach, się zrzekliśmy – dostaliśmy wybudowany przez sowieckich nadzorców Pałac Kultury i Nauki. Ale podobno traktaty zobowiązują. Za pierwszą wojnę płaciły zwycięzcom Niemcy weimarskie, potem hitlerowskie i ponoć jeszcze dzisiejsze płacą. Zmiana reżimów nie ma znaczenia. A my jednak bogatsi jesteśmy o wspomniany Wrocław, Szczecin i oba Pomorza. To straszne, jak nieuczciwość i cynizm pozwalają obecnym władzom manipulować umysłami nieświadomych rzeczy rodaków. Przecież oni, ci nieuczciwi ludzie u władzy, doskonale wiedzą, że dziś już żadnych odszkodowań za wojnę nie dostaniemy. Ich jedyną intencją jest nie dać się oderwać od władzy. W tym celu tumanią naród, którym, jak sądzę, w gruncie rzeczy pogardzają. No to wróćmy do sprawy przywództwa. Tu i teraz. Za kilkanaście miesięcy. Po wygranych wyborach.

Donald Tusk i Rafał Trzaskowski w Senacie, 25.05.2022 r.
Donald Tusk i Rafał Trzaskowski w Senacie, 25.05.2022 r.  Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Mam głęboką nadzieję, że tak się stanie, że będą one wygrane, nie wyobrażam sobie, aby tym razem mogło być inaczej – po wygranych, pomimo wszelkich matactw, jakich PiS, nie mam co do tego wątpliwości, dopuści się, by nie dać oderwać się od władzy. Trudny to będzie czas, trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Nie żadna okazja do świętowania zwycięstwa. Ci, którzy przejmą stery, będą musieli wykazać się nieprawdopodobną umiejętnością żeglowania, prowadząc statek będący w stanie kompletnej ruiny, nieomal tonący, bo też do takiego stanu go doprowadzili ci, którzy rozpoczynali rządy państwem będącym w przyzwoitej kondycji, głosząc hasło-kłamstwo o „Polsce w ruinie". Ci nowi przejmą rządy z nieprawdopodobnej wielkości długiem publicznym i z fikcyjnym budżetem ukrywającym objawy zbliżającego się bankructwa. A zatem, w takiej sytuacji, szanse ocalenia widzę w perfekcyjnie profesjonalnym przywództwie. Otóż w naszym systemie, który nie jest w pełni kanclerski, jak w Niemczech, ani w pełni prezydencki, jak we Francji, no i, oczywiście, w Stanach Zjednoczonych, jednak szefem firmy pozostaje premier. I nie pozbieramy się, jeśli nie obejmie tego stanowiska najwyższej klasy fachowiec. Tymczasem, czego wszyscy jesteśmy świadkami, na czele rządu stoi ośmieszany i sam siebie nieustannie ośmieszający, wiotki, w gruncie rzeczy jakby nic nie znaczący mały kłamczuch. A zatem kto – gdy wreszcie powrócimy do jakiej takiej normalności – kto może stanąć na czele grupy prawdziwie kompetentnych ludzi, kto może i powinien podjąć się zarządzaniem tą dużą firmą, która nazywa się państwem. Otóż żeby nie wiem jak daleko szukać i jak głęboko się zastanawiać, to nie widzę – podkreślam:

dziś, teraz, w konkretnej sytuacji – nie widzę nikogo poza jednym człowiekiem. To Donald Tusk. Nie znam człowieka osobiście – raz, jeden jedyny, wiele lat temu spotkaliśmy się przy barze w jakimś klubie w Gdańsku, z pewnością on tego nie pamięta. Ale wiem, co potrafi i co osiągnął. Wyłącznie pracą i umiejętnościami, a nie, jak wielu, układami i znajomościami. I wiem, że mu się chce, że ma potencjał i niebywałą, imponującą energię.

Chyba najlepszą dlań rekomendacją są te nieprawdopodobne ilości kłamstw, oszczerstw, inwektyw, którymi nieustannie darzą go PiS-owskie publikatory, z tak zwaną szczujnią TVPiS na czele. Przecież nikogo tak jak jego się nie obawiają.

Powtórzę: poza wymienionym nie widzę – tu i teraz – nikogo, kto mógłby stanąć na czele naszego państwa, znajdującego się w stanie głębokiej awarii. Owszem, jest jeszcze jedno stanowisko, arcyważne, prestiżowo szczególnie ważne. To Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Przez kolejną kadencję przyszło mnie i milionom mych rodaków codziennie wstydzić się, że tak zwanym Pierwszym Obywatelem jest – i niestety będzie dłużej niż, jestem przekonany, rządy PiS-u – ktoś tak mały, tak zupełnie pozbawiony charakteru, kukiełka w rękach szefa partii, prezydent krzywoprzysięzca, który wielokrotnie złamał konstytucję. Stało się nieszczęście, że ostatnich wyborów, które choć nie wprost sfałszowane, to przecież wszyscy dobrze wiemy, że zostały zmanipulowane – nie wgrał Rafał Trzaskowski. Mogliśmy byli mieć jako Głowę Państwa człowieka, który pięknie i godnie ojczyznę by reprezentował. I wierzę, że Trzaskowski wkroczy do Pałacu. To zaiste miejsce, które on właśnie – ze swą kulturą, obyciem, kompetencjami – powinien objąć. Tak jak szefem od zarządzania państwem winien bezwzględnie zostać jedyny fachowiec odpowiednio do tego przygotowany – Donald Tusk. Najkrócej: umie zarządzać, dyscyplinuje we właściwy sposób współpracowników, jest prawy i uczciwy. No i – last but not least – doświadczony i obyty w świecie jak nikt inny. Jak to się mówi: ma numery telefonów do przywódców wszystkich znaczących dla nas państw. Na koniec pytanie: jak uporać się z ambicjami pozostałych przywódców partii opozycyjnych? A są one wszak wielkie. I oczywiście uzasadnione. Tyle że ambicja to cecha wartościowa i – u ludzi chcących coś w swym życiu osiągnąć – niezbędna. Ale to tylko jedna z cech, w którą powinien, co tam, musi być wyposażony lider. I nie najważniejsza. Bo tą, właśnie, najważniejszą jest o d p o w i e d z i a l n o ś ć. W konkretnym, opisanym przeze mnie wypadku chodzi o najwyższej rangi odpowiedzialność. Bo za państwo. Za los ojczyzny, która  j e s t  w  n i e b e z p i e c z e ń s t w i e. Posłużyłem się wyżej metaforą, pisząc o tonącym statku. I wiemy, że nie przesadziłem. Nie dopuśćmy do kolejnej wielkiej narodowej klęski. Przyczyna tych przeszłych bywała nieokiełznana ambicja. Apeluję do dojrzałości i odpowiedzialności Panów Prezesów.

W listownej dyspucie z Panem Hołownią napisałem, jak bardzo go cenię, jak dobrze mu życzę i że jestem przekonany, iż wiele dokona jeszcze, być może na najwyższych stanowiskach w państwie. Panu Prezesowi, Doktorowi Kosiniakowi-Kamyszowi powinien chyba wystarczyć wyrażony w tym tekście hołd złożony Stronnictwu Ludowemu, którego twórcy i przywódcy sprawili, że się odrodził, co tam, niejako powstał na nowo naród polski. A jego właśnie uważam za jednego z wybitnych przywódców Ruchu Ludowego. Zacząłem od opisu jednoczenia się narodu i powstawania państwa po 1918 roku, o darowanym nam wówczas przez los najwłaściwszym przywódcy. O roli kogoś takiego, w momentach przełomowych, roli nie do przecenienia. I wyraziłem swoje najgłębsze przekonanie, kto dziś, znów zrządzeniem losu, jedyny, jak sadzę, posiada owe niezbędne, właściwe przywódcy, pasujące do tego właśnie momentu w naszej historii cechy, by być liderem. To tyle.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Oj, miło pomarzyć! Ukraina miała niesamowitego farta, wybierając w demokratycznych wyborach obecnego prezydenta. Aktora z zawodu, jak Reagan. A na mera Kijowa wybrali speca od obijania gęby rywalom i to też był strzał w dziesiątkę. My kogo mamy do wyboru? Meandrującego Kosiniaka? Miałkiego, chwiejnego Hołownię? Czarzastego (żart)? Wybór wydaje się oczywisty: Tusk i Trzaskowski
    już oceniałe(a)ś
    54
    0
    "Tymczasem, czego wszyscy jesteśmy świadkami, na czele rządu stoi ośmieszany i sam siebie nieustannie ośmieszający, wiotki, w gruncie rzeczy jakby nic nie znaczący mały kłamczuch."

    Kłamczuch otoczony chmarą fałszywych pochlebców, niczym golas w Nowych szatach króla...
    już oceniałe(a)ś
    40
    0
    "prawdziwa prawda".... pozwolę sobie na przesłanie ukłonów autorowi.
    już oceniałe(a)ś
    32
    0
    Świetny, mądry, klarowny tekst. Dziękuję!
    @Homo_sum
    Podzielam twoją opinię co do klasy artykułu pana Brejdyganta, niemniej Piłsudski na pewno *kontrowersyjny* był.
    Jego udział w powstaniu państwa polskiego jest nie do przecenienia. Prawdopodobnie bez jego charyzmy, aktywności i zdecydowania kształt Polski międzywojennej byłby znacznie skromniejszy. Jednak z początkiem lat trzydziestych usiadł na laurach i niewiele lub nic nie zdziałał aby przygotować kraj do nieuchronnego starcia z Niemcami i Rosją.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    "... naród, którym, jak sądzę, w gruncie rzeczy pogardzają." Oczywista oczywistość. Głęboko.
    już oceniałe(a)ś
    23
    0
    Ukłony dla Autora.
    @agmao
    Wielki szacunek i uznanie dla Autora.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Zasikany liliputin jest takim zwierzęciem alfa, jak z koziej d*py trąba.
    już oceniałe(a)ś
    20
    1
    Piłsudski - mam uczucia ambiwalentne... Tak, w tekście wiele jest racji - ale o ile zunifikował tych spod zaborów - to zupełnie nie rozumiał, tych, co pod zaborami nie byli a podarowali się w 1922 r. Polsce (stulecie!!!) sami. I teraz tak samo ci z Żoliborza itp. nie potrafią zrozumieć tego pięknie opisanego wyżej Kaszuby! Coś w tym jest?
    już oceniałe(a)ś
    12
    2