Trzeba wspierać różnych ludzi i różne inicjatywy, robić możliwie dużo, by doprowadzić do zmiany władzy w Polsce - mówi Zofia Szozda, społeczniczka z Zielonej Góry, pomysłodawczyni akcji "Po jej stronie. Samorząd przyjazny kobietom" organizowanej przez Ogólnopolski Strajk Kobiet i "Wyborczą".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zofia Szozda, członkini zarządu Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Ma 40 lat, czteroletnią córkę i męża, z którymi mieszka w Zielonej Górze. Kończyła administrację w PWSZ w Sulechowie i politologię na Uniwersytecie Zielonogórskim. Przez pięć lat pracowała w Urzędzie Miasta w Zielonej Górze, wcześniej m.in. w starostwie powiatowym. Przewodnicząca Lubuskiej Rady Kobiet.

Twórczyni nieformalnej inicjatywy Wspólna Zielona Góra, która podejmuje lokalne działania na rzecz praw kobiet, zdrowia, demokracji.

 Z Zofią Szozdą rozmawiają Anita Karwowska i Waldemar Paś.

Chcemy porozmawiać o skutecznym działaniu obywatelskim w lokalnej społeczności.

Zofia Szozda: To zapraszam na posiedzenie Wojewódzkiej Rady Rady Kobiet w woj. lubuskim. A wcześniej na plac Praw Kobiet w Zielonej Górze. Mamy go od ponad roku wyłącznie dzięki działaniom obywatelskim, do których przekonaliśmy radnych Zielonej Góry.

Jak ich pani przekonała?

– To była wspólna praca kilku osób, ja wykorzystałam moje samorządowe doświadczenie. Włączyłam się w budowę międzypartyjnego poparcia dla tego projektu – Platformy Obywatelskiej i radnych z Zielona Razem [patrz ramka – Lokalna inicjatywa obywatelska krok po kroku]. Zebraliśmy ponad tysiąc podpisów za naszym pomysłem, i to w czasie lockdownu w pandemii, gdy na ulicach były pustki.

Później zgłosiłam kolejne inicjatywy – o refundację in vitro oraz wprowadzenie zakazu dla umieszczania w przestrzeni publicznej "krwawych" antyaborcyjnych billboardów i poruszania się ciężarówek z takimi treściami. Do tych projektów udało mi się pozyskać poparcie radnych, którzy złożyli te inicjatywy jako własne projekty (inaczej niż w przypadku placu Praw Kobiet, gdzie była to inicjatywa obywatelska).

I co?

– Pomimo obietnic prezydenta Zielonej Góry i poparcia radnych z jego klubu do tej pory projekty nie były procedowane. To m.in. dlatego odeszłam z pracy w urzędzie miasta.

Dlaczego zajmuje się pani działalnością społeczną?

– Bo PiS niszczy moje państwo. Jeszcze siedem lat temu nie byłam aktywną obywatelką. Praca w urzędzie, rodzina, spacery z psem. Ale to się zmieniło, kiedy PiS rozpoczął zamach na praworządność i prawa kobiet.

Zaczęła pani chodzić na protesty?

– W obronie Trybunału Konstytucyjnego w 2016 r. w ramach Komitetu Obrony Demokracji. Byłam współprzewodniczącą KOD w Zielonej Górze. Wspólnie z innymi organizacjami robiliśmy "czarny poniedziałek" przeciwko zakazowi aborcji. Byłam w ósmym miesiącu ciąży, gdy jeszcze organizowałam protest w obronie praw kobiet. Chodziłam z transparentem: "Dzieci rodzi się z miłości, nie z przymusu".

Co panią kierowało?

– PiS zabrał mi poczucie bezpieczeństwa. Wcześniej chciałam mieć więcej dzieci, ale teraz nie wyobrażam sobie zajść w ciążę pod rządami tak opresyjnego prawa, zakazu aborcji w sytuacji nieodwracalnych wad płodu. Nie mogę liczyć na pomoc państwa.

Jak wspomina pani "czarny poniedziałek", 3 października 2016 r.?

– Czułyśmy wielką złość, że PiS chce ubezwłasnowolnić kobiety. I wielką radość, że przyszło nas tak dużo i wszyscy to zobaczyli. Wierzyłyśmy, że ten nasz uliczny sprzeciw może coś zmienić, zatrzymać najgorsze.

Straciła pani tę wiarę?

– Nadal wierzę w sens protestów ulicznych, choć ta droga jest długa i trudna.

Skuteczniej realizować się w polityce?

– Dobrze czuję się w roli aktywistki, choć odnajduję się też w polityce. Strona prodemokratyczna jest podzielona. Jeśli będziemy patrzeć na siebie jak na wrogów, to niczego nie osiągniemy. Trzeba wspierać różnych ludzi i różne inicjatywy, robić możliwie dużo, by doprowadzić do zmiany władzy w Polsce.

Udaje się to pani?

– W kampanii samorządowej w 2018. r. wspierałam inicjatywę "Wybieramy kobiety", która była wsparciem dla kandydatek ze wszystkich ugrupowań prodemokratycznych.

A podczas kampanii prezydenckiej byłam społeczną wiceszefową kampanii Rafała Trzaskowskiego w Lubuskiem. Miał tu drugi wynik w kraju. Oprócz rozdawania ulotek wiedziałam, że trzeba organizować spotkania, happeningi, działać w social mediach, angażować ludzi – jeśli ktoś wieszał plakat na swoim płocie, to trzeba było go zaprosić, może zrobiłby coś więcej!

Rafał Trzaskowski przegrał, PiS zaostrzył prawo antyaborcyjne, próbuje wziąć pod but sądy. Nie ma pani czasem dość, poczucia, że ten obywatelski trud to jak krew w piach?

– Nie odpuszczam właśnie dlatego, że nie osiągnęłyśmy naszych celów. Jeśli się poddamy, to nasze prawa będą dalej ograniczane. Panowie nadal będą mieli pierwsze, drugie i trzecie miejsca na listach wyborczych, a kobiety pozostaną bez wpływu na to, w jaką stronę zmierzają partie, samorządy i państwo. Jeśli coś ma się w Polsce zmienić, to my, kobiety, nie możemy odpuszczać. Wiem, że to frustrujące, ale bierzmy przykład z Argentynek, które przez lata walczyły o zmianę prawa antyaborcyjnego. Przegrywały wielokrotnie, ale w końcu doprowadziły do liberalizacji prawa aborcyjnego.

Trzeba działać jednocześnie w wielu obszarach. W ub.r. zbierałyśmy podpisy pod inicjatywą ustawodawczą "Legalna aborcja", zaangażowałyśmy się w antyprzemocowy projekt Strajku Kobiet "Koleżanki-Sąsiadki", w tym roku już druga edycja.

Dzięki naszym działaniom, protestom, naciskom politycy różnych partii zaczęli mówić, że legalna aborcja to nasze prawo – w końcu.

Lubuska Rada Kobiet w tym pomoże?

– Trzy lata temu wysłałam mailem do marszałkini województwa Elżbiety Anny Polak wniosek o utworzenie Wojewódzkiej Rady Kobiet. Chciałam, aby aktywistki z małych i dużych miejscowości w województwie wspólnie diagnozowały potrzeby mieszkanek, spotykały się, dyskutowały i były głosem doradczym marszałkini.

Marszałkini Polak zaprosiła mnie na spotkanie, wysłuchała i wkrótce urząd ogłosił konkurs. Pierwsze posiedzenie rady odbyło się dokładnie trzy lata temu, wybrano mnie na jej przewodniczącą.

I co robi lubuska rada?

– Współpracujemy z organizacjami pozarządowymi, dyrektorami poszczególnych departamentów urzędu marszałkowskiego, organizujemy akcje charytatywne, obecnie współtworzymy Kongres Kobiet.

Jak wykorzystuje pani te kontakty?

– Kilka dni przed wybuchem wojny w Ukrainie założyłam na Facebooku grupę, która dziś liczy 10 tys. osób „Lubuskie dla Ukrainy".

Zapytałam wtedy członków – gdyby zaszła potrzeba – kto z nich dysponuje lokum, kto zna język ukraiński, kto jest psychologiem, kto dysponuje transportem. Zgłosili się pierwsi chętni, ale po wybuchu wojny setki osób podawało w komentarzach oferty wsparcia, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Zdałam sobie sprawę, że potrzebujemy miejsca. W dniu wybuchu wojny poprosiłam marszałkinię o udostępnienie naszej grupie Sali Kolumnowej – największego pomieszczenia w urzędzie. Już drugiego dnia wojny zorganizowałam tam spotkanie, nazajutrz rozpoczęły się pierwsze dyżury. Usłyszałam wtedy od marszałkini: Pani Zosiu, proszę działać, miejsce będzie.

Jak zjednywać samorządy, urzędników, aby poparli nasze pomysły?

– Wydaje mi się, że coraz więcej samorządów jest otwartych na inicjatywy obywateli, że ten dialog między mieszkańcami a władzami samorządowymi jest prawdziwy.

W Ogólnopolskim Strajku Kobiet zajmuję się kontaktami z samorządowcami i widzę, co działa, a co należy poprawić. To tworzenie więcej miejsc w żłobkach, poprawa dostępności badań profilaktycznych, refundacja in vitro, szczepień przeciwko HPV.

Wszystkie te sprawy da się z władzami lokalnymi załatwić, a kiedy to się udaje, obywatele zyskują wspaniałe poczucie sprawczości.

Chcemy w OSK wspierać lokalną aktywność i te gminy, miasta, powiaty i województwa, które prowadzą sensowną politykę skierowaną do kobiet. Promujmy samorządy otwarte na obywateli i zachęcajmy mieszkańców do podejmowania różnych inicjatyw. Pomogę wszystkim, którzy zgłoszą się do nas z taką prośbą. Skoro nie udaje się na razie zmienić władzy na szczeblu centralnym, to krok po kroku zmieniajmy nasz kraj od dołu.

Jaki samorząd jest przyjazny kobietom?

– Można przekonać się o tym w bardzo konkretny sposób. Ile stanowisk kierowniczych w urzędach mają kobiety? Czy realizowane są programy profilaktyczne, czy są miejsca w żłobkach, jak realizowany jest program przeciwdziałania przemocy domowej?

Może z tym być coraz trudniej, bo jak alarmują samorządowcy, samorządy tracą ogromne pieniądze z ich budżetów na rzecz władzy centralnej.

– Rolą społeczników i mediów jest przekonywanie mieszkańców, aby nie odwracali się od swoich samorządowców. Ludzie muszą rozumieć, dlaczego nagle w ich mieście jest mniej pieniędzy na inwestycje. Nie zawsze dlatego, że władze samorządowe coś zrobiły źle, ale często dlatego, że taka jest polityka państwa PiS – nie popierasz nas, dostajesz mniejsze środki.

Działanie w Radzie Kobiet, OSK, praca zawodowa plus czteroletnia córka. Jak pani to godzi?

– Mój mąż bardzo mnie wspiera. Zresztą, z wzajemnością.

Dzielimy się opieką nad córką. Mąż pracuje w domu. Wiki w przedszkolu. Po odejściu z pracy w ratuszu mam więcej czasu na działalność społeczno-polityczną.

Jestem zwykłą Zośką z Gorzowa Wielkopolskiego, od ponad 10 lat z Zielonej Góry. Wiem, że każda mieszkanka, każdy mieszkaniec może występować z własnymi inicjatywami, władze województwa są otwarte na dialog.

 ***

Studium przypadku krok po kroku, co zrobić, aby w twoim mieście było rondo/ulica/plac Praw Kobiet

1. Inicjator powinien znaleźć co najmniej pięć osób, które popierają inicjatywę, i formalnie utworzyć komitet uchwałodawczy. Mogą to być zwykli obywatele, nie radni, nie urzędnicy.

Spisujemy dokument, na którym podpisują się wszyscy inicjatorzy komitetu. Wraz z projektem uchwały, którą chcemy przeforsować, składamy te dokumenty w biurze rady miasta (w poszczególnych urzędach może się ta komórka nazywać inaczej) na ręce urzędnika. Od tego momentu można zacząć zbierać podpisy.

2. Jak znaleźć miejsce, któremu chcemy nadać imię? Można wyszukiwać na własną rękę na mapie miasta lub zwrócić się do urzędu o wykaz ulic/skwerów/rond do biura gospodarki komunalnej – czy jest jakiś wolny, czy powstaje jakaś nowa ulica, park? Czasem warto poczekać, jeśli wiemy, że coś dużego w dobrym miejscu powstanie np. za rok.

Informacji urząd udziela w ramach dostępu do informacji publicznej.

W razie odmowy informacji można złożyć skargę do prezydenta/wójta na działanie konkretnej osoby razem z uzasadnieniem, dlaczego zależy nam na tej informacji.

3. Zbieranie podpisów – wybierzcie miejsca, w których łatwo spotkać dużą grupę osób. My zbieraliśmy podpisy w pandemii i trudno było o takiej miejsce. Wybraliśmy sklep Auchan. Zgłosiłam się w tym celu do dyrektora sklepu, nie znałam go wcześniej, ale po prostu trzeba nie bać się pukać do różnych drzwi. Najpierw wysłałam maila, potem rozmawialiśmy.

Podpisy (imię, nazwisko, miejsce zamieszania, podpis) zbierałam osobiście, mieliśmy dyżury głównie w weekendy, zajęło nam to półtora miesiąca.

4. Mając komplet podpisów, zwołaliśmy konferencję prasową, by nagłośnić sprawę. Odezwałam się mailowo do wszystkich lokalnych mediów, frekwencja dopisała. Podczas konferencji trzeba przedstawić podstawy pomysłu, opowiedzieć o realizacji, dlaczego to robimy i co dalej będzie się działo z projektem. Dzięki temu media mogą już dalej same przyglądać się pomysłowi i sprawdzać, czy radni przyjmą tę inicjatywę. Nie bójmy się wychodzić do ludzi, nie obawiajmy się, że nie jesteśmy wystarczająco dobre, by przemawiać publicznie. Istotny jest cel – nasz głos ma być słyszalny. I dla tego celu warto się przełamać.

5. Po przyjęciu uchwały zostaje realizacja – przygotowanie przez miasto tablic – plac Praw Kobiet. Przygotowałyśmy społeczne otwarcie placu – bez władz miasta, bo była to oddolna inicjatywa.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

embed

Po jej stronie. Samorząd przyjazny kobietom

"Gazeta Wyborcza" wspólnie z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet przygotowała ankietę, dzięki której będziemy mogli dowiedzieć się, w jaki sposób urzędy różnych szczebli odpowiadają na potrzeby poszczególnych grup społecznych – zwłaszcza kobiet.

Jesteśmy przekonani, że to przedsięwzięcie jest szczególnie istotne w czasach, gdy władza próbuje samorządy deprecjonować i spychać je na margines. A przecież to prezydenci, wójtowie, burmistrzowie, marszałkowie, radni i sołtysi są najbliżej obywatelek i obywateli, najlepiej wiedzą, jak ich wspierać. Dzięki zebranym w ankiecie informacjom będziemy mogli o nich opowiedzieć, pokazać siłę samorządów i ich zaangażowanie. Będziemy mogli pokazać dobre, godne naśladowania praktyki.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    A gdzie pytania o strajk, o stawianie ultimatum rządowi? Czemu nikt nie chce rozliczać OSK?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0