W całej tej sytuacji najboleśniejsze wcale nie są marne zarobki. Najboleśniejsze są pogarda i brak szacunku do nauczycieli ze strony społeczeństwa - ze strony wielu rodziców i uczniów, ale przede wszystkim ze strony Ministerstwa Edukacji.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Mój codzień nauczyciela" - taki tytuł nosił cykl "Wyborczej" z 2019 roku, w którym daliście świadectwo prawdzie. O listy prosiliśmy Was tuż przed strajkiem nauczycieli i podczas niego. Dostaliśmy ich kilkadziesiąt.

Kilkadziesiąt opowieści o prawdziwym dniu nauczyciela. Rozbiliście w puch ówczesną narrację władzy, a pewno także przekonania części społeczeństwa na temat pracy nauczycieli. Strajk się skończył, ale Wasze świadectwa przetrwały. Kilka z nich przypominamy. Więcej listów na Wyborcza.pl/WyborczaToWy. 

Europosłanka PiS Anna Zalewska z ministrem Michałem Dworczykiem
Europosłanka PiS Anna Zalewska z ministrem Michałem Dworczykiem  Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Gdy zaczynałam pracę w szkole, też sądziłam, że będę pracować tylko 20 godzin tygodniowo

Jestem psychologiem zatrudnionym w szkole pod Kartą nauczyciela, czyli podlegam w pracy tym samym wymaganiom co każdy nauczyciel i zarabiam tyle co nauczyciel. Od wielu miesięcy czytam liczne artykuły i listy do redakcji portali internetowych dotyczące sytuacji zawodowej nauczycieli i planowanego przez nich strajku. W końcu również ja postanowiłam napisać list, a momentem przełomowym dla tej decyzji była moja niedawna rozmowa z uczniem, który oznajmił mi, że słyszał w telewizji, że nauczyciele za 18 godzin pracy zarabiają 5000 zł.

Dotarło do mnie wtedy, że społeczeństwo otrzymuje przez media zafałszowane informacje i w związku z tym nie jest w stanie zrozumieć, o co ci nauczyciele chcą walczyć, skoro przecież (według mediów) tak dobrze zarabiają.

Takie informacje, podawane zwłaszcza w telewizji (na państwowych kanałach), moim zdaniem mają tylko jeden cel – przedstawić nauczycieli jako grupę osób roszczeniowych i pazernych oraz skłócić ich z rodzicami uczniów.

Doszło więc do sytuacji, w której nauczyciele postrzegani są przez społeczeństwo jako kłamcy, którzy chcą wyłudzić z budżetu państwa zbyt duże wynagrodzenia. A żeby udowodnić swoje zarobki, muszą pokazywać swoje paski z wypłatami i publikować ich zdjęcia np. na Facebooku.

Do tego są postrzegani jako osoby mało pracujące oraz leniwe – w końcu mają tyle wolnego: ferie, wakacje, przerwy świąteczne.

Cały ten medialny obraz nauczyciela jako roszczeniowego nieroba sprawia, że do tej grupy zawodowej narasta coraz większa niechęć. Na szczęście są także osoby, które rozumieją sytuację nauczycieli, ale trudno mi oszacować, jak duża jest to część społeczeństwa.

Ja sama, gdy kilka lat temu zaczynałam pracę w szkole, miałam wyobrażenie o niej wyrobione na podstawie powszechnych stereotypów. Myślałam, że rzeczywiście będę pracować tylko 20 godzin tygodniowo, co umożliwi mi połączenie roli matki małego dziecka z pracą zawodową. Nie miałam tylko złudzeń co do zarobków – wiedziałam, ile zarabiają nauczyciele, dzięki zajęciom na studiach podyplomowych, które prowadził z nami dyrektor gimnazjum i informował nas, jak wygląda szara szkolna rzeczywistość. Wiedziałam więc, że będę zarabiać brutto taką kwotę, jaka jest podana w oficjalnej tabeli, i ani złotówki więcej (pensje wypłacają nauczycielom gminy i nie jest w ich interesie to, aby płacić im więcej, niż to wynika z obowiązkowych tabel wynagrodzeń).

Na początku dostałam pracę w dwóch szkołach, w każdej na część etatu (łącznie wyszedł mi cały). Zarabiałam łącznie na rękę ok. 1680 zł. Aby móc pracować zawodowo, posłałam dziecko do prywatnego żłobka, ponieważ w państwowym żłobku nie było szans na miejsce. Miałam duże szczęście, że udało mi się załapać na ten żłobek, za który płaciłam miesięcznie ok. 650 zł (było tak „tanio" tylko dlatego, że urząd miasta dofinansowywał rodzicom pobyt ich dzieci w przedszkolu; gdyby nie to dofinansowanie, to musiałabym płacić ponad 1000 zł). Jak łatwo więc policzyć – odliczając koszty żłobka i biletów na dojazdy do pracy, de facto zarabiałam miesięcznie poniżej 1000 zł. Pracę tę byłam w stanie wykonywać tylko i wyłącznie dlatego, że miałam wsparcie w moim mężu, z którego pensji żyliśmy.

Moja pensja wystarczała nam tylko na opłacenie żłobka i czynszu z mediami, i na nic więcej. Gdybym była samotną matką (której z racji „wysokich" zarobków, powyżej 1600 zł, nie należał się nigdy dodatek na dziecko 500+), to nie miałabym najmniejszych szans, aby utrzymać się ze swojej pensji. Razem z mężem moją wypłatę traktowaliśmy raczej jako lekkie podreperowanie budżetu niż jako źródło prawdziwego dochodu, z którego da się wyżyć.

Zaczęłam pracę w dwóch szkołach jako stażysta i przekonałam się na własnej skórze, w co wdepnęłam. Pierwszą sprawą, którą od razu odczułam, był bardzo duży stres i poczucie odpowiedzialności. Zobaczyłam, z jakimi problemami uczniów będę musiała się zmagać, z jakimi wysokimi wymaganiami ze strony pracodawcy i ile kilogramów dokumentacji będę musiała wypełnić (i to dosłownie kilogramów – wystarczy zważyć na wadze moją teczkę stażysty, do której pisałam ogrom dokumentów). Kiedy pisałam to wszystko? To proste… po godzinach mojej pracy w szkole, czyli w domu. Każdy weekend miałam wypełniony albo pisaniem dokumentacji (a także wysyłaniem wiadomości przez Librus do rodziców i nauczycieli), albo zajęciami na studiach podyplomowych, na których dodatkowo podnosiłam swoje kwalifikacje. Moja praca trwała więc non stop – siedem dni w tygodniu.

W szkole prawie w każdym tygodniu miałam przynajmniej jeden dzień, w którym musiałam zostać do godziny 18-19, bo albo były konferencje dla Rady Pedagogicznej, albo wewnętrzne szkolenia dla nauczycieli, albo wywiadówki dla rodziców. Ponadto z racji specyfiki mojego zawodu uczestniczyłam w spotkaniach z rodzicami w sprawach wychowawczych, a te odbywały się zwykle w takich godzinach, które pasują rodzicom, czyli po ich pracy. Ja swoje godziny pracy musiałam również dostosować do planów lekcji uczniów, czyli zaczynać pracę dopiero po ich lekcjach.

W czasie gdy ja byłam albo w pracy, albo na studiach, naszym dzieckiem zajmował się mój mąż. Gdy dziecko zachorowało (a w żłobku choroby dzieci są notoryczne) wszystkie zwolnienia brał na siebie mój mąż, bo ja nie chciałam mieć zaległości w pracy ani uchodzić za osobę, która dopiero co się zatrudniła w szkole, a już siedzi na L4. Gdy ja byłam chora (katar, kaszel itp.), to nigdy nie brałam zwolnienia, tylko gripex i do pracy (dodam, że na szczęście rzadko choruję).

W efekcie moje dziecko widziało mnie na tyle rzadko, że gdy budziło się rano, jego pierwsze słowa zwykle brzmiały: „Tato". Miałam duże wyrzuty sumienia, że ja zajmuję się w szkole obcymi dla mnie dziećmi, rozmawiam z nimi, poświęcam im swoją uwagę, bawię się z nimi, a nie mam czasu dla swojego rodzonego dziecka, którego w dniu konferencji nawet nie mogę usypiać, bo wracam do domu zazwyczaj po godz. 19, przed 20.

Po pierwszym roku pracy w końcu nastały wakacje, a ja wreszcie mogłam spędzić ten czas z własnym dzieckiem, które w końcu zaczęło mówić rano: „Mamo".

Zanim jednak zaczęły się wakacje, przez 10 miesięcy żyłam w permanentnym stresie. Problemy, z jakimi przychodzili do mnie uczniowie jednej ze szkół, były bardzo obciążające – samookaleczenia, myśli samobójcze, próby samobójcze. Zazwyczaj problemy uczniów spowodowane były ich trudną sytuacją rodzinną i problemami w relacjach z rodzicami. W tych rodzicach nie miałam więc sprzymierzeńców, a raczej traktowali mnie oni jak wroga, gdy tłumaczyłam im, że ich dziecko deklaruje, że chce się zabić.

Po roku pracy w tej placówce na szczęście była redukcja etatów i przestałam tam pracować. Piszę: „na szczęście", bo dalsza praca tam wykończyłaby mnie psychicznie (nie chodziło o to, że wykańczały mnie problemy uczniów, ale wykańczały mnie głównie wroga i roszczeniowa postawa ich rodziców oraz wygórowane wymagania dyrekcji).

W drugiej placówce pracuję nadal, a współpraca z rodzicami układa mi się raczej dobrze, ale za to problemem jest ogrom uczniów (kilkudziesięciu) do mnie zapisanych z racji licznych problemów różnego typu i różnych niepełnosprawności. Do tego masa dokumentów, które muszę cyklicznie wypełniać – oczywiście kosztem czasu spędzanego z rodziną.

Do mojej pracy mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony czuję, że spełniam ważną misję. Uczniowie bardzo się do mnie przywiązują, zwierzają mi się ze swoich problemów, ufają mi, traktują mnie prawie jak matkę. Wielu z nich udało mi się pomóc na różne sposoby – czy to wpierając ich w rozmowie, czy też podejmując szeroko zakrojone działania uwzględniające współpracę na rzecz danego ucznia z wychowawcą, rodzicami i dyrekcją szkoły, a nawet instytucjami zewnętrznymi wspierającymi rodziny. A z drugiej strony czuję się dosłownie jak frajer, bo codziennie uświadamiam sobie, że za moją odpowiedzialną pracę zarabiam jakieś 200 zł więcej niż panie sprzątające w szkole. Praca tych pań jest ciężka, nie chcę jej umniejszać i uważam, że każdy powinien zarabiać godnie. Nie czuję się jednak dobrze z tym, że po ukończeniu studiów magisterskich (na których za wysokie wyniki w nauce rokrocznie otrzymywałam stypendium naukowe, a następnie stypendium rektora), a także po dwóch studiach podyplomowych, mając dużą odpowiedzialność za życie ucznia (zarówno w aspekcie fizycznym, jak i psychicznym), po szumnie ogłaszanych w mediach przez MEN kilku podwyżkach, zarabiam obecnie nieco ponad 1900 zł.

Wielu czytelników listu zapewne słusznie mi doradzi, że jak mi coś nie pasuje w mojej pracy, to powinnam się zwolnić. I dobrze mi doradzą. Decyzję o zwolnieniu się już podjęłam - jedyne, nad czym się zastanawiam, to nad tym, czy zwolnić się jeszcze w tym roku szkolnym, czy dopiero za rok.

Gdy rozmawiam z innymi nauczycielami, to widzę, że niektórzy są na skraju psychicznej wytrzymałości, ale mają trochę trudniej ode mnie. Ja jako psycholog mogę szukać pracy w różnych instytucjach lub założyć własną działalność, a oni, chcąc podjąć pracę w innej instytucji, raczej musieliby się przekwalifikować. Jeśli jednak nadal w szkolnictwie będzie taka sytuacja jak obecnie, to myślę, że może dojść do zrealizowania się czarnego scenariusza, jakim będą masowe zwolnienia się nauczycieli ze szkół.

Bo w całej tej sytuacji najboleśniejsze wcale nie są marne zarobki. Najboleśniejsze są pogarda i brak szacunku do nauczycieli ze strony społeczeństwa – ze strony wielu rodziców i uczniów, ale przede wszystkim ze strony MEN-u.

Moim zdaniem czarę goryczy przelała decyzja MEN o tym, aby wprowadzić nową ocenę pracy nauczycieli, w której musieliby oni po raz kolejny udowadniać, że zasługują na swoją pracę za „miskę ryżu". Rzekomo MEN z obowiązku tej oceny się wycofał, ale to nie do końca prawda.

Cała ta sytuacja dała nauczycielom także jasny komunikat: „To co z tego, że jesteście najlepiej wykształconą grupą zawodową w Polsce – i tak musicie udowadniać, że dobrze pracujecie za wasze głodowe pensje, bo jak nie… to na bruk".

Dla nauczycieli był to po prostu policzek w twarz. I stąd ta oddolna inicjatywa nauczycieli do strajku. Jak długo bowiem można znosić taką zniewagę?!

Nauczyciel dyplomowany, magister z minimum 10-letnim doświadczeniem pracy w szkole, zarabia obecnie na rękę tyle co początkujący kasjer w Biedronce (znów bez obrazy dla ciężkiej pracy kasjerów). I ma ciągle udowadniać, że się do tej pracy nadaje.

Ludzie mogą jakoś znieść niskie pensje (i do tej pory je znosili), ale zniewagi nie zniosą.

W tym strajku chodzi nie tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o godność ludzką. Nauczyciele mają już dość obrzucania ich zewsząd błotem. Jeśli MEN w porę tego nie zrozumie i nie przestanie oczerniać nauczycieli, to czeka nas strajk na skalę, jakiej do tej pory jeszcze nie było. Ja również będę strajkować – nie dla pieniędzy, ale przede wszystkim w obronie mojej godności.

(nazwisko do wiad. redakcji)

Szkolny korytarz (zdjęcie ilustracyjne)
Szkolny korytarz (zdjęcie ilustracyjne)  Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Dla syna, który mnie potrzebuje najbardziej, mam najmniej czasu

Budzik 5.50, spacer z psem, śniadanie na szybko, zbieranie materiałów i do szkoły. Poranki wyglądają zawsze tak samo.

W środę lekcje zaczynam o godz. 8.10, ale jestem wcześniej, żeby uruchomić komputer, rzutnik, bo nie chcę marnować lekcji. Zaczynam z klasą drugą. Klasa jest bardzo grzeczna, ale słabo zmotywowana, więc staram się jak najwięcej materiałów przygotowywać, żeby ich zaciekawić, zachęcić także przy wykorzystaniu multimediów.

Po lekcji biegnę na dyżur na korytarzu. Dyżurujemy we dwoje na jednym piętrze. Chodzimy, zaglądamy do toalet, oczy dookoła głowy, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Na drugiej godzinie mam niemiecki z moją klasą wychowawczą, trzecia klasa. Dwie uczennice zdają maturę podstawową z niemieckiego, pozostali nie, więc na jednej godzinie prowadzę tak naprawdę dwie lekcje. Maturzystki robią zadania pod kątem matury, dla pozostałych przygotowuję inne ćwiczenia. Rozdwajam się.

Trzecia godzina to okienko, ale to nie oznacza odpoczynku, bo wtedy nauczyciel ma być do dyspozycji dyrekcji, np. ma zlecone zastępstwo, gdy ktoś jest chory. Na szczęście zastępstwa żadnego nie miałam, więc zaczęłam przygotowywać materiały na drzwi otwarte szkoły, które będą w kwietniu (jestem współodpowiedzialna za promocję naszego liceum).

Dzwoni dzwonek i zaczynam maraton z trzema klasami pierwszymi. Teoretycznie ktoś by pomyślał, że jak przerabiam z nimi ten sam materiał, to przygotowuję się jak do jednej lekcji. Nieprawda, temat może jest ten sam, ale sposób realizacji zagadnienia zupełnie inny, bo każda klasa ma swoją specyfikę, a ja chcę do każdego trafić. Już dawno wzięłam sobie za punkt honoru, żeby moje dzieci po wyjściu z lekcji na pytanie, co robili na zajęciach, nie odpowiadali: „nic". Chcę, żeby z niemieckiego, który jest raczej nielubianym językiem, wychodzili z poczuciem, że było fajnie i że czegoś się nauczyli. Klasówki i sprawdziany też przygotowuję pod grupę, pod klasę, bo każda ma inny poziom.

I tak czwarta godzina lekcyjna to klasa pierwsza, grupa zaawansowana. Po nich na przerwie co środa mam spotkanie z samorządem szkolnym, bo jestem też członkiem samorządu ze strony nauczycieli.

Lekcja piąta to klasa pierwsza, poziom podstawowy. Muszę mieć tu oczy dookoła głowy, bo grupa liczy 24 osoby, głównie chłopców, których trudno skłonić do koncentracji. Wolą się zajmować wszystkim tylko nie nauką, więc krążę po klasie, nigdy nie siedzę, staram się ich podejść technologicznie, multimediami, prowadzę lekcję energicznie. Mentalnie daję radę, ale fizycznie po takiej godzinie jestem trupem.

Lekcja szósta to klasa pierwsza, tym razem znów grupa zaawansowana. Po nich biegnę na trzeci dyżur na korytarzu. Jestem też szkolnym mediatorem, więc nieraz zamiast na dyżur biegnę komuś pomóc.

Na siódmej godzinie lekcyjnej wypada moja godzina wychowawcza. To jest dopiero żywioł. Uczniowie są tuż przed zakończeniem roku, maturą, a ostatnio są przestraszeni sytuacją, która jest w oświacie. Obawiają się strajku nauczycieli, tego, czy będą matury, czy zdążymy im wystawić stopnie. Staram się więc z nimi rozmawiać, tłumaczyć i uspokajać te nastroje. Do tego dochodzą sprawy bieżące, załatwianie kart obiegowych, ostatnie wpłaty i tak dalej.

Przerwa i znów dyżur na korytarzu. Prowadzę szkolnego Facebooka, więc jeśli się nic nie dzieje, to wrzucam wtedy posty i odpowiadam na pytania np. o ofertę szkoły.

Ostatnia już godzina to wychowanie do życia w rodzinie z klasą pierwszą, bo taki przedmiot też prowadzę i chcę, żeby nie był on traktowany jak piąte koło u wozu, tylko żeby dzieci nie żałowały, że zostały na ósmej godzinie.

Kończę o godz. 15.35, co nie oznacza końca mojego dnia nauczycielskiego.

Docieram do domu po godz. 16, szybko przygotowuję coś do jedzenia, sprawdzam Librusa, odpowiadam na maile od rodziców, wpisuję oceny, których nie zdążyłam wpisać w szkole – zajmuje mi to ok. godziny. Przy jedzeniu biorę się do kartkówek, sprawdziany zostawiam na wieczór.

Na 19.30 jadę na zajęcia do szkoły językowej.

Wracam o 21.15. Włączam laptopa, sprawdzam, czy np., nie dostałam jakiegoś zastępstwa na następny dzień. O 21.15 zaczynam swoje nocne nauczycielskie życie. Przygotowuję materiały na następny dzień, sprawdzam sprawdziany, po kilkanaście przed zaśnięciem. Dzień kończy się, jak padnę i jak zaczną mi się zlewać litery, czyli gdzieś po północy.

Zapomniałam, mam dwoje dzieci, starsza córka już jest dorosła, ale młodszy uczy się w gimnazjum, więc między kartkówką, a obiadem pytam, co tam w szkole. I właśnie sobie uświadomiłam, że najmniej czasu mam dla niego. Osoba, która mnie najbardziej potrzebuje, ma mnie najmniej.

Uczę 25 lat, jestem nauczycielem dyplomowanym, prowadzę szkolenia, sama się jeszcze szkolę, poza tym piszę też podręcznik. Oficjalnie mam trzy czwarte etatu i 2,4 tys. na rękę.

Opowieści Anny Życkiej, nauczycielki niemieckiego w XVIII LO w Łodzi

wysłuchała Aleksandra Pucułek

Szkoła (zdjęcie ilustracyjne)
Szkoła (zdjęcie ilustracyjne)  Fot. Agnieszka Kosiec / Agencja Wyborcza.pl

Nie podoba mi się, że w wyniku reform tracimy zaufanie rodziców

Licząc studia kierunkowe i trzy rodzaje płatnych studiów podyplomowych, szkolenia oraz kursy, mogę pochwalić się łącznie 10 latami studiów i 11 latami doświadczenia zawodowego. Zarabiam 20 zł na godzinę. Z wykształcenia jestem nauczycielem muzyki, jednak ze względu na zbyt małą liczbę godzin tego przedmiotu w szkołach odbyłam staż w zawodzie dopiero w wieku 30 lat. W międzyczasie przekwalifikowałam się na nauczyciela języka angielskiego, nauczyciela przedszkola i klas 1-3. Obecnie uczę w dwóch przedszkolach j. angielskiego i rytmiki, gitary w podstawówkach i prowadzę prywatną szkółkę angielskiego w soboty i w tygodniu. Mam trzyletniego synka, który nie widzi mamy.

Chciałabym nie czuć przymusu, że muszę łapać się wszystkiego, by zarobić na życie. Chciałabym dostawać godziwe pieniądze za pracę przed południem, aby mieć możliwość spędzać czas z rodziną.

Pytam, dlaczego jako nauczyciel kontraktowy w zeszłym roku miałam otrzymywać 15 zł za godzinę, a w tym roku 20? Dlaczego pracujemy w grupach uczniów stanowczo zbyt licznych, by stworzyć warunki do nauki w zdrowej atmosferze? W tej sytuacji przyjmujemy z pokorą obelgi rodziców, że jesteśmy nieskuteczni, że jesteśmy nygusami i darmozjadami. Albo w najlepszym wypadku uczymy pod presją, że zaraz sytuacja wymknie się spod kontroli. Te problemy organizacyjne frustrują wszystkich nauczycieli, których znam.

Jestem doceniana w środowisku lokalnym, dzieci mnie lubią, rodzice mnie polecają, co mi bardzo schlebia, ale marzę, żeby było mnie stać na odpoczynek po pracy i na życie prywatne. Podoba mi się praca z dziećmi - jest przygodą, nie rutyną. Zaspokaja moją potrzebę bycia wśród szczerych ludzi, bo dzieci są szczere. Nie podoba mi się, że jako nauczyciele tracimy zaufanie rodziców w wyniku reform, na które nie mamy wpływu.

(nazwisko do wiad. redakcji)

Powrót do szkoły (zdjęcie ilustracyjne)
Powrót do szkoły (zdjęcie ilustracyjne)  Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

"Całe 10 minut przerwy. Na kawę za mało, ale jabłko zdążę zjeść. Ale jeszcze do kibelka. Lecę"

Jestem nauczycielem mianowanym. Mam uprawnienia do nauczania trzech przedmiotów. Oficjalnie, w papierach dla ZUS-u, pracuję w szkole od blisko 16 lat, nieoficjalnie – od blisko 30.

Opiszę swój typowy dzień w szkole. Ustalmy, że będzie to wtorek.

9.50-10.35, III piętro

Polski. Nie uczyłam tego przedmiotu przez lata.

Po ostatniej reformie zgodziłam się poprowadzić zajęcia z jedną klasą ze względu na braki kadrowe. Mój szacunek do polonistów wzrósł o 200 proc. Przypomniałam sobie, dlaczego zrezygnowałam.

Próbuję sprawić, by uczniowie w hymnie „Smutno mi, Boże" dostrzegli coś więcej niż depresję Juliusza S. I że choć trochę zachwyca. A jak nie zachwyca, to choć wskazali porównanie i epitet. Albo że tytułowym bohaterem „Odysei" nie może być Achilles. I że epos to inaczej epopeja, a nie epilog.

10.35-10.55, długa przerwa śniadaniowa

Lecę do toalety, bo za 10 minut dyżur na parterze z maluchami.

Po drodze odpowiadam temu i owemu, że tak, że sprawdziłam i że chyba piątka, ale że naprawdę nie pamiętam, czy to było 15 punktów, czy 17. Kurczę, zajęte, no trudno. Potem dyżur i wszystkie jego uroki. Często wtedy jem śniadanie, kilka razy się krztusiłam, bo była „akcja-reakcja", a tu kanapka w gębie. Dobra, dzwonek, jeszcze tylko szybki nur do pokoju nauczycielskiego na I piętrze – oj, nie ma klucza – hyc na portiernię i hyc na następną lekcję.

10.57-11.40, II piętro

Angielski. Ósma klasa, grupa niezaawansowana.

Chodzę do nich z pudłem, w którym deponują telefony. Pewnie wbrew przepisom, ale inaczej nie dam rady poprowadzić zajęć, w trakcie których i tak często muszę walczyć z kremami do rąk, sprayami do utrwalania makijażu, pilniczkami do paznokci, szczotkami do włosów. Oni nawet chcą się trochę tego angielskiego nauczyć, ale przychodzi im to z dużym trudem. Myślałam, że dam radę, bo w końcu mam doświadczenie. A tu fiasko. Nie wiem, gdzie błąd. Mimo stosowania różnych metod nie widzę postępu. Żadnego. Mówię o co najmniej połowie grupy. Dyslektyków na pokładzie czworo. W miarę cierpliwie po raz n-ty wyjaśniam konstrukcję „to have something done", bo słyszę: „Proszę pani, to jest jakieś głupie, ja tego absolutnie nie kumam!".

Wysłuchuję, jak bardzo są zmęczeni i zawaleni robotą. Dopiero gdy pytam, czy coś na Netflixie polecają, humor się im poprawia, oblicza rozjaśniają, a po chwili jestem bombardowana serialami, recenzjami, fabułami i nazwiskami celebrytów, których nie znam. Tak w ogóle to myślę, że ten Netflix jest błogosławieństwem, bo chociaż tam nastolatki mają listeningi, które ich obchodzą. Niestety, nie mogę wykorzystać tego w szkole, bo są jakieś kłopoty, jak podłączam swój tablet do projektora – „computer says NO".

Anyway, pod koniec zajęć zazwyczaj zakopujemy topór. Złość mnie opuszcza. Oni obiecują, że się nauczą, a ja, że podzielę test gigant na dwa mniejsze sprawdziany. Żeby zdążyli cokolwiek. Żeby znów nie było: „Kiedy mogę poprawić?", jeszcze przed rozdaniem kartek. Bo przecież rozumiem, że są ważniejsze sprawy. Że 16 lat ma się tylko przez chwilę. Wiem, że w realu z obcokrajowcem jakoś się dogadają. Trochę mi tylko szkoda, że na polską maturę po angielsku to może być o wiele za mało.

11.40-11.50, I piętro

Całe 10 minut przerwy.

Jeśli zdążę się przemknąć, to zazwyczaj z pokoju nikt mnie nie wywołuje, bo nie mam wychowawstwa. Może mi się uda skserować coś na dzień następny, a może po prostu sobie z koleżankami pogadam. Na kawę za mało czasu, ale jabłko zdążę zjeść. Wtedy mi się przypomina, że na poprzedniej przerwie nie zdążyłam do kibelka. Lecę.

11.50-12.35, parter

W większości dziewięciolatki.

Próbuję im pomóc opanować jakiś zestaw słówek i parę zwrotów. Nie rozumiemy, dlaczego w trzecim roku nauki języka znowu utrwalamy: cat, dog i rabbit, a zarazem musimy odróżniać coat od jacket i znać: trainers, shoes i boots. Generalnie pomysł w podstawie programowej jest taki, że dzieci w klasach I-III mają śpiewać piosenki i wykonywać zadania typu „połącz, napisz po śladzie, narysuj", a we wrześniu w klasie IV mają umieć zapisać z pamięci dni tygodnia, miesiące i liczebniki 0-100. Magiczna przemiana bohatera w trakcie wakacji? Jasneeee…

Ale ad rem. Jeżeli zdarza mi się wybrać jakieś zadania z podręcznika, to pada odwieczne: „Proszę pani, a dlaczego oni nie mają szyi?". To o bohaterach kursu, akurat w takiej konwencji narysowanych. Inny klasyk: „Matkoooo, jaka ta książka jest dziecinna…". A gdy pojawia się piosenka kursowa: „Jaka beznadziejaaaaaaaaa…".

Według podstawy powinnam ich przekonać do nauczenia się takiej piosenki i odśpiewania na forum klasy. Over my dead body. Staram się też ich trochę przysposobić do pracy w przyszłym roku – od czasu do czasu sporządzamy tzw. notatkę, czyli kopiuj-wklej z tablicy listę słówek. Jest nadzieja, że zdążę w tym czasie sprawdzić obecność. Odpalam e-dziennik i wtedy oprócz komentarzy w stylu: „Ale pani dziwnie pisze ef!", „Dlaczego pani nie umie łączyć literek?", zaczyna się jazda z odgłosami.

Uczniowie, przepisując, śpiewają, nucą, wydają odgłosy zwierząt. Z reguły są to koty. Najczęściej zwykłe, domowe. Chyba że jest duże zmęczenie materiału albo rozproszenie – wtedy mam do czynienia nawet z tygrysami. Niby tylko 10 osób w grupie, ale każda z nich wydaje z siebie co innego. I to nie jest żadna krnąbrność, one tak po prostu mają. Najbardziej lubię, gdy jakieś słowo wywołuje skojarzenie z piosenką. „Look, he’s got an umbrella" pada w podręcznikowym dialogu. And here we go – cała grupa leci Rihannę: „Under my umbrella, ela, ela, ela, ela…". W takich przypadkach jest już po właściwej części lekcji, bo następuje efekt tzw. swędzenia mózgu i choćby nawet chcieli, nie mogą przestać. Ela, ela, ela…

12.35-12.45, przerwa

Najczęściej jej nie mam, bo dzieciaki pakują tornistry, płaczą, że nie zdążyły szóstego słowa zapisać i „gdzie jest mój ołówek, oddawaj, proszę pani, on mi wziął!".

Na początku roku szkolnego musiałam też często zawracać z półpiętra, bo w sali został sweterek albo i cały tornister. Szybko pojęłam, że trzeba zabierać ze sobą zestaw pomocy na następną lekcję, która tym razem jest akurat na tej samej kondygnacji. Dzięki temu nie muszę zawracać do szafki na piętro po potrzebne mi rzeczy.

12.45-13.30 + 10 minut, parter

Czas na creme de la creme, wchodzę do klasy pierwszej.

Mam szczęście, że uczę akurat tę, ponoć w klasie równoległej jest bardzo krnąbrnie. A mi się takie zdolne słodziaki trafiły. Serio. Zero ironii. Uwielbiam ich. Chyba z wzajemnością skoro dostaję „lałurki" i przytulaski. Sześcio- i siedmiolatki zawsze mi przypominają, dlaczego wybrałam ten zawód. Tu typowe scenariusze się nie sprawdzają. Tu się dzieje. Niby w kółko to samo, ale zawsze coś innego. Śpiewam sobie „Five little bunnies hopping in the garden" i skaczę z nimi jak opętana. Siódme poty się ze mnie leją przy tych piosenkach z pokazywaniem, fachowo zwanych total physical response. Takie 5 minut o walking, running, swimming i jumping z kilkunastoosobową ekipą to jak pół godziny na siłowni. I jeszcze mi za to płacą! Tylko trzeba uważać, żeby się nie popychały, nie potykały o własne nogi czy nie szczypały osoby obok, która akurat się zamyśliła i źle pokazuje albo puściła bączka. Tak, tak… bączki są trudne i chodzi nie tyle o smrodek, ile o możliwą kłótnię i piętnowanie autora.

OK. Czas na wyciszenie. Zrobimy ćwiczenie z podręcznika – ten akurat mamy super, jeśli chodzi bohaterów, bo są z bajek Disneya, dzieci to kupują na tzw. dzień dobry. Świetnie, zatem polecenie: „Popatrz na obrazek. Pokoloruj na żółto jedzenie, które Susie lubi, a na niebiesko to, którego nie lubi". Obrazek ładny, wszyscy rozumieją, jedziemy… Po 5 sekundach nagrania: „Pse pani, ale jak to eggs na niebiesko? Niemozliwe psecies". Krótka dyskusja między dziećmi o tym, że na Wielkanoc mogą być pokolorowane, więc „no dobra, możliwe" i wracamy do zadania. Niestety, niebieskie gruszki aprobaty nie zyskują już u nikogo. „Nieee, ja nie będę tak kolorować, to jest głupie!", „Ja też nie!", „I ja!".

Czasem następuje przerwa techniczna w połowie nagrania: „O, nieeee! Złamała mi się zołta! Stop! Cekajcie na mnie, muse naostcyć!". No i stop. I czekamy, co zrobić. Są dni, że w trakcie całej lekcji dwa ćwiczenia to nasz sukces. Dużym minusem pracy z tymi słodkimi maluchami jest to, że ABSOLUTNIE obce im jest jakiekolwiek poczucie czasu. „Jak kto koniec tej zabawy? Przecies ja jesce nie byłem!". Jeżeli wkręcą się w jakieś zadanie (przypominam: „pokoloruj/napisz po śladzie/wklej lub – nie daj Boże! – wytnij"), to mają w nosie, że ja za parę minut muszę z parteru teleportować się na III piętro, bo tam kolejne zajęcia. Oni chcą skończyć zadanie, którego się wreszcie podjęli. No wcześniej nie zaczęli, bo akurat szukali gumki, o jeny. Ich pani zawsze czeka i daje czas. Przecież zadania trzeba kończyć. Może być nawet na przerwie. A ja im takie coś. Tylko że angielski jest ich ostatnią lekcją, po której jest przerwa obiadowa, i to nieco komplikuje moją sytuację – muszę ich przetransportować z parteru do świetlicy na I piętrze, a potem znów na dyżur.

Teraz, w drugim półroczu jest już dużo lepiej, bo sprawniej się pakujemy i nie wracamy po zapomniane rzeczy. Ale bywa też tak, że gdy ja negocjuję z ambitną jednostką dokańczającą zadanie albo pomagam zbierać rzeczy, które innej jednostce właśnie złośliwie wysypały się z piórnika pod ławkę, to jeszcze inne jednostki postanawiają mi zwiać, bo przecież: „Pfff, każdy głupi już umie sam trafić do świetlicy!".

13.40-13.50, długa przerwa obiadowa

OK, dzieciaki odstawione, czasem się jeszcze uda szybkie siku, po którym nawrotka na parter, bo już połowa przerwy za mną, czyli czas na dyżur.

Z reguły o tej porze we wtorki jest już tu pustawo, na tyle pustawo, że słychać jakieś ryki z piętra wyżej, i nie wiem, co robić, bo może to tylko zabawa, a może już bullying. Czasem lecę sprawdzić, a czasem już niestety nie. Wstyd, ale są dni, że brakuje mi energii i zamiast interweniować, pochłaniam czekoladowy batonik. Albo dwa.

Dzwonek. Ogłuszający. Z rana nie jest tak źle, ale teraz ten dźwięk zaczyna mnie już drażnić, przypominać o przerwach, w trakcie których nie zdążyłam usiąść, wypić osławionej nauczycielskiej kawy, odpisać na SMS-y swojego prywatnego dziecka, a ostatnio nawet o przedstawieniach na Dzień Matki, które mnie przez te wszystkie lata ominęły, bo miałam wywiadówkę. Wiem, że to zmęczenie, praca w hałasie i niemłodnienie. Mówię sobie, że za to właśnie dostaję dodatek, zwany „wysługą lat", i hyc, hyc pomykam na ostatnie piętro, na ostatnią lekcję. I nie zapomniałam pobrać klucza z portierni, brawo ja!

13.50-14.35, III piętro

Grupa zaawansowana z klasy IV.

Z większością znamy się jak łyse konie, uczymy się razem od klasy pierwszej, bardzo uzdolnione językowo dzieciaki, tylko jedna wytropiona dysleksja. Nieco gorzej ze skupieniem. Połowa z nich została oddana w szpony systemu w wieku lat 6. Gdyby nie ta reforma, mogłyby dalej narzekać na komiks z bohaterami bez szyi. Tymczasem czekają je nieco inne smakowitości, np. odmiana czasownika „to be".

Twierdzenia, pytania, przeczenia. Polecenia są po polsku, bo to w końcu małe dzieci: „Od bezokolicznika utwórz odpowiednią formę osobową, pamiętaj o zastosowaniu właściwego zaimka, a następnie, używając form skróconych, zapisz przeczenia". Czasem polecenie dłuższe niż samo zadanie. Tłumaczę. To z prawej, to z lewej, wymyślam jakieś śmieszne przykłady. Jest. Rozumieją. Mamy to. Sprawdzam. Widzę łapkę w górze. Pięknie. „Proszę pani, ja chciałam powiedzieć, że ja dalej nie rozumiem, ale bardzo lubię, jak pani nam gramatykę tłumaczy, bo pani się wtedy tak śmiesznie nakręca, robi miny i zaczyna coraz głośniej mówić". Ha. Staje mi przed oczami Marek Kondrat i „Dzień świra". W drugim semestrze podstawa programowa każe nam zaprzyjaźnić się czasownikiem „have got". Jest dużo lepiej z rozumieniem poleceń, więc mogę zaproponować tzw. zadania indywidualne, w domyśle „ciche".

Kiedyś ten zeszyt ćwiczeń muszą w końcu uzupełnić, moim zdaniem lepiej w szkole niż w domu. Jedziemy zatem. Cisza jak makiem zasiał. Dziwnie mi jakoś. Myślę sobie: „Wow. Ale wydorośleli". Omiatam wzrokiem klasę i typuję sobie przyszłych uczestników jakiegoś konkursu albo olimpiady. Nagle słyszymy monolog: „Konie. Lubię konie. Kopyta. Kopyta tak fajnie stukają. Ale ja jednak wolę jednorożce. Hmm, ciekawe, jakie dźwięki wydają jednorożce? Czy takie jak koń?". I tu następuje „odgłos paszczą". To uczennica, która najprawdopodobniej doszła w ćwiczeniu do pytania: „Have horses got hooves?", i ono ją uruchomiło. Proszę, by starała się nie przeszkadzać innym. Jasna sprawa.

Chwila ciszy, a potem nagle z innego kąta: „Yes! Yes, I have! Hurra, zapytali, czy mam chomika i ja akurat mam!". I proszę mnie nie pytać, jak robi chomik. Tej onomatopei też nie umiem zapisać. A przecież to nie jest tak, że te dzieciaki celowo i złośliwie chcą popsuć tok lekcji. One po prostu głośno myślą. Często w takich sytuacjach dojrzalsi uczniowie, którzy mają dość mamrotanych pod nosem zaklęć z „Harry’ego Pottera", które mieszają się z tekstami z „Kuców z Bronksu", postanawiają dyscyplinować tych nieogarniętych. Wtedy już jest taki jazgot, że czasami nie słychać dzwonka. Jeśli zaś słychać, to znaczy, że jest 14.35 i koniec godzin tablicowych.

14.35-18

Ten czas przeznaczam na powrót do domu, obiad, zakupy, ogarnięcie bałaganu i przygotowanie jedynych w tym roku szkolnym korków – pech, że akurat we wtorki, ale ze względu na logistykę inaczej nie da rady, obiecałam, kasę na waciki też chętnie przytulę, wiadomka.

Gdy nie mam korepetycji, pracuję dla szkoły, przygotowuję się do lekcji, sprawdzam karty pracy, testy, wypracowania...

18-20

Wyjaśniam zawiłości gramatyczne dzieciakom znajomych

– angliści w ich szkołach zmieniają się jak w kalejdoskopie, a „już za rok matura". Mam dużo godzin w tym roku i duży rozrzut wiekowy, no ale jak nie pomogę, jak pomogę.

20-22

Jeszcze tylko wejdę na e-dziennik i wpiszę to, czego nie udało mi się zrobić na lekcjach

frekwencję i tematy, dziś internety się trochę zrywały, szkoda mi było czasu, więc póki pamiętam. Przy okazji widzę kilka wiadomości od rodziców – nie wypada nie odpisać, interesują się.

Około godz. 21 myślę sobie, że na dziś już dość. Fajrant. Let’s call it a day. Jutro Norwid, strona bierna, Present Simple. Będą wyłącznie zadania z podręcznika, trudno. Nie mam siły na wymyślanie fikuśnych scenariuszy. Idę zalec przed Netflixem. Ach, nieeee. W ostatni weekend obiecałam rodzinie weekend… No tak, ale tym z VII obiecałam, że sprawdzę… No dobra, tylko 18 tych kartkówek, jakoś dam radę.

***

Wynagrodzenie za 18 godzin tablicowych, które wypłynęło na moje konto 1 marca 2019 r., to 2421,19 zł. Nie byłam na L4, nie wzięłam dnia urlopu bezpłatnego na wizytę u lekarza specjalisty. Ale zdarza się, że biorę. Najgorzej w miesiącu, w którym trafia się jedno i drugie.

Co cztery-sześć tygodni wpływa kasa dodatkowa. To godziny ponadetatowe i ewentualne zastępstwa, czasem 600 kilka złotych, czasem nawet 800. Dlaczego to jest ruchoma kwota? Oprócz tych podanych powyżej zależy też od tego, ile w kalendarzu wypadnie wolnych dni, mamy magiczny wzór uśredniający. Albo np. od tego, na którym przedmiocie mam zastępstwo. Kiedy choruje matematyczka, a ja mam w swoim planie okienko, to można mi za tę lekcję zapłacić. Kiedy anglistka prowadząca drugą grupę – to swoją grupę łączy się z moją. Mam wtedy np. 30 osób na lekcji zamiast 15, dwa różne stopnie zaawansowania, dwa różne podręczniki, ale dodatkowej zapłaty nie otrzymuję, bo i tak jestem już w pracy, więc mi nie przysługuje. Dlaczego mam godziny ponadetatowe? Bo koleżanka jest na macierzyńskim, a kolega na urlopie dla poratowania zdrowia. Bo nie ma chętnych do pracy. Studenta stażysty nie miałam od przeszło trzech lat. Bo potrzebuję więcej pieniędzy na życie. Biorę te nadgodziny, a potem psioczę, że rysuję nosem po klawiaturze.

***

Dlaczego nie robię dyplomowania? Bo bojkotuję awans zawodowy. Oba poprzednie moje stopnie uzyskiwałam w czasie jakichś reform i miałam z tym związany cyrk, nie pamiętam już jaki, nieważne, wyparłam. Kolejna reforma znów tę ścieżkę wydłuża, ale ja teoretycznie mogę na nią wstąpić. Ale już nie chcę. Nie chcę niczego udowadniać. Z trudem znajduję czas na przygotowywanie dobrych, ciekawych lekcji, doszkalanie się, szukanie inspiracji. Wiem, że uczniowie lubią moje zajęcia, zbieram dobre recenzje od rodziców, dyrekcja mnie docenia. Nie znajdę już czasu w swoim grafiku na przygotowanie przedstawień, konkursów czy eventów dla społeczności lokalnej. A z całą pewnością nie chcę poświęcać ostatnich bastionów swojego czasu wolnego na przygotowanie jakiegoś debilnego sprawozdania za „okres lat trzech".

***

Patrzę na podawane przez rządzących tabele. Pusty śmiech mnie ogarnia. Nie pójdę do dyskontu na kasę. Nie rzucę wszystkiego i nie wyjadę w Bieszczady. Kocham to, co robię, i będę to robić, jak najlepiej potrafię.

W końcu robię w edukorpo, kto bogatemu zabroni?

Nauczycielka z woj. pomorskiego

listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    a olać to, skoro politycy /czytaj Czarnek i jego kamaryla/ ma to w du..ie , to my nauczyciele nie musimy być siłaczkami lub Judymami. Wystarczy by uczniowie nie wyskakiwali z naszych zajęć przez okna na 4 piętrze. Jak to wszystko pier... lnie za trzy , góra cztery lata to wtedy się ludziska /czytaj suweren/ obudzi. Pozdrawiam niewolników swojej idei i powołania
    już oceniałe(a)ś
    12
    2