Czy zmiana statusu kota na inwazyjny coś zmieni? Nic, absolutnie nic. Uznanie go za gatunek inwazyjny nie rodzi żadnych skutków prawnych. Jedynie od właścicieli kotów można oczekiwać, aby np. ograniczali czas przebywania zwierząt na zewnątrz.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z rosnącym zdumieniem śledzę dyskusję w sprawie kota jako gatunku inwazyjnego, ostatnio przeczytałem komentarz red. Tomasza Ulanowskiego. Miał on z jednej strony podsumować dotychczasową debatę nad nadaniem statusu inwazyjnego gatunku kotu domowemu, a z drugiej strony zachęcać do dalszej dyskusji, ale czy na pewno? Bo red. Ulanowski pisze, że „prof. Solarz mocno odleciał", a równocześnie wydaje się bezkrytycznie i bezrefleksyjnie przyjmować argumenty prof. Elżanowskiego i prof. Zajączkowskiej, skądinąd specjalistów, biologów, ale nie z dziedziny biologii i ekologii inwazji.

Dlatego biorąc pod uwagę słowa, które pojawiały się wcześniej w tym dyskursie, argumenty ad personam, określenia „faszyzm środowiskowy", „doktrynerzy", „paranauka", „brudna polityka". A także poniżej pasa - porównanie niechęci badaczy do obcych gatunków z niechęcią wobec emigrantów, groźby, aby przejrzeć budżet instytucji PAN… to wszystko można traktować jako nagonkę nie tylko na Instytut Ochrony Przyrody PAN, lecz również na biologów, specjalistów od ochrony przyrody, a nawet na całą ideę ochrony przyrody. Mam nadzieję, że to nie było zamierzeniem dyskutantów ani dziennikarzy.

Jeśli inwazyjność i obcość gatunków obcych jest według red. Ulanowskiego, prof. Zajączkowskiej i prof. Elżanowskiego „uznaniowa", „antropocentryczna", „konserwatywna", „ksenofobiczna" i jest „wymysłem kultury", to uznajmy też, że niszczenie siedlisk, ich fragmentacja, zanieczyszczenie środowiska, zmiany klimatyczne powodowane przez człowieka są również antropocentryczne. W końcu to koncentrowanie się na działaniu człowieka - a człowiek jest jednym z kilku milionów gatunków i jeśli np. poprzez oddziaływanie na środowisko być może sam przyspiesza swoje wymarcie, to co z tego? Ziemia i biosfera bez nas sobie poradzą! Każdy gatunek jakoś się zachowuje, a człowiek akurat w taki sposób. Jest przyczyną szóstego wielkiego wymierania, co wedle naszej wiedzy jest zjawiskiem bez precedensu, bo żaden gatunek w historii życia na Ziemi nie wywierał tak dużego wpływu na otoczenie.

Tym, którzy uważają, że kot nie jest ani obcy, ani inwazyjny, to proponuję następujący eksperyment myślowy. Eksperymenty myślowe są typowe dla fizyki, a biologia to nie fizyka, co wie dobrze red. Tomasz Ulanowski. Załóżmy, że człowiek nie zawlókł lub celowo nie wprowadził z Bliskiego Wschodu kota ok. 10 tys. lat temu. Czy możliwe byłoby teraz spotkać w naturze osobniki podobne do kotów syjamskich, perskich, bezwłosych, osobniki krótkowłose, długowłose, jasne, ciemne, szafirowe etc.? Czy kot występowałby na wszystkich kontynentach? Musiałby dopłynąć wpław, i to nie przez jeden ocean. Płynięcie na statku jako „pasażer na gapę" odpada, bo to jedna z 44 uznanych dróg rozprzestrzeniania się gatunków w procesie inwazji! Czy jego populacja wynosiłaby ok. 500 mln na świecie, a w Polsce ok. 7 mln? I czy z tych 7 mln kotów część z nich nie byłaby drapieżnikami? Kot ma szczególny status jako gatunek użytkowy. Są spory, czy jest oswojony, czy udomowiony, ale wiadomo, że wiele kotów prowadzi podwójne życie, jak dr Jekyll i Mr Hyde. Koty są żywione w domu, lecz uzupełniają swoje menu, wychodząc na zewnątrz, penetrując ogrody, trawniki, pola i okoliczne lasy, zjadając ptaki i gryzonie. Upraszczając, za dnia kot to pupil, a w nocy gatunek inwazyjny. Dotyczy to tych kotów ze stref podmiejskich, bo nie wszystkie koty mają taką możliwość.

Gdyby nie było kota domowego, czy jego niszę ekologiczną zastąpiłby inny gatunek? Pewnie tak, ale nie wiemy tego. Czy nie dostarcza usług ekosystemowych? Ależ tak, zabija „szkodniki", choćby myszy. Ludzie nie lubią myszy, dlatego lubią koty (i znów ten antropocentryzm!).

Gorzej, kiedy zabija ptaki, i tu obaj profesorowie Solarz i Elżanowski są zgodni i widzą w tym problem.

Czy zmiana statusu kota na inwazyjny coś zmieni? Nic, absolutnie nic… Co było powiedziane przez obydwie strony konfliktu. Uznanie go za gatunek inwazyjny nie rodzi żadnych skutków prawnych. Kot nie trafi na listę rozporządzenia, gdzie wprowadza się nakazy zwalczania, izolacji, kontroli populacji. Jedynie od właścicieli kotów można oczekiwać, aby np. ograniczali czas przebywania kotów na zewnątrz domów. Widząc dyskusję, jaka się toczy, a zwłaszcza opinie internautów, uznanie kota za gatunek inwazyjny wywołuje skutki odwrotne do zamierzonego. Podsumowując, dla biologa, który rozumie: pojęcie inwazji biologicznej, definicję gatunku obcego, inwazyjnego gatunku obcego, uznanie kota domowego za gatunek inwazyjny jest oczywistością (naukową). I nie jest to wcale wina kota!

W całej tej dyskusji pojawia się wiele wątków, a jednym z nich jest chyba niezrozumienie, czym są gatunki obce i inwazje biologiczne. Zawlekanie i wprowadzanie gatunków poza ich zasięgi naturalnego występowania jest jedną z form wpływu, jaki człowiek wywiera na przyrodę. Bo przyczyną WSZYSTKICH inwazji gatunków obcych jest człowiek. To zresztą tautologia, taka jest definicja. Naturalnie zasięgi gatunków są kształtowane przez procesy ewolucyjne, jak specjacja, czyli powstawanie gatunków (gatunek gdzieś musi powstać), oraz ich migracje wywołane np. poprzez zmiany klimatyczne. Gatunki roślin i zwierząt wycofują się przez lodowcami i wracają, gdy te ustępują. Zwykle te procesy trwają tysiące, może setki lat. Introdukcja (wprowadzenie) gatunku na obszar, gdzie nigdy nie miałby szans samemu dotrzeć, musi rodzić pewne skutki. Czasem dla niego samego. Np. wiele roślin jest zawlekanych na obszar Polski, ale klimat dla nich jest zbyt surowy i nie są w stanie się zadomowić – to tzw. gatunki przejściowo zawlekane, czyli efemerofity. A czasem gatunek obcy geograficznie radzi sobie całkiem nieźle. Inwazja gatunku z jednej strony jest zjawiskiem migracji (tyle że sztucznej), z drugiej strony zjawiskiem kolonizacji, a czasem sukcesji – wkraczanie do nowego dla niego ekosystemu. A wtedy mamy zjawiska konkurencji, drapieżnictwa, pasożytnictwa i innych, które obserwuje się jako interakcje międzygatunkowe. Mała część obcych gatunków skutecznie wypiera rodzimą i zastaną bioróżnorodność, inne bardzo gwałtownie się rozprzestrzeniają w nowym zasięgu, inne z kolei wpływają negatywne na zdrowie i życie człowieka, jego gospodarkę, infrastrukturę (ale cóż… to już jest antropocentryczne).

W dyskusji z prof. Elżanowskim pojawił się jeszcze inny wątek. Uznanie problemu inwazji biologicznych jako „doktrynerstwa". Badanie dowolnych zjawisk przyrodniczych i społecznych jest objęte wolnością badań naukowych. Dlatego nie rozumiem, dlaczego nie badać przypadków introdukcji gatunków poza ich obszar występowania, nie szukać wyjaśnień, przyczyn oraz analizować skutków tego zjawiska, a z punktu ochrony przyrody wartościować aspekty działalności ludzkiej. I nie jest to ani „paranauka", ani wspomniane już „doktrynerstwo". Badanie tych zjawisk jest jak najbardziej naukowe, niezależnie od tego, że nurt związany z inwazjami biologicznymi jest może i modny, czasem może łatwiej dostać finansowanie na badania. Popieram, aby podważać, krytykować i kwestionować problematykę inwazji gatunków obcych, ale na gruncie nauki. Rozumiem, że biologia w zakresie inwazji gatunków obcych może być uznana przez niespecjalistów za kontrowersyjną. W dużej mierze winny jest język, choćby określenie – „obcy gatunek". Może to budzić skojarzenia z ksenofobią. Tak się stało, że od czasu publikacji dzieła Charlesa Eltona „Ekologia inwazji zwierząt i roślin" (The Ecology of Invasions by Animals and Plants), opublikowanego w 1958 roku, wprowadziliśmy do ekologii rozumianej jako biologia środowiskowa język wojskowy i militarny. Bo mamy nie tylko słowa jak „obcy" (termin pojawił się już wcześniej) i „inwazja", ale później wraz z rozwojem dyscypliny pojawiły się również inne pojęcia i zbitki słów, np. mamy hipotezę uwolnienia od wroga (enemy release hypothesis), hipotezę nowej broni (novel weapon hypothesis). Te terminy dotyczą teorii inwazji biologicznych, prób wyjaśnienia przyczyn występowania powszechnego dzisiaj zjawiska. Biolodzy i ekolodzy – naukowcy zajmujący się inwazjami biologicznymi – byli już oskarżani o „mowę nienawiści" i „ksenofobię", co, najdelikatniej rzecz ujmując, jest kompletnym nieporozumieniem. W wielu opiniach adwersarzy oraz komentarzach internautów do wcześniejszych publikacji w związku nadaniem statusu gatunku inwazyjnego kotu domowemu pojawia się często sugestia, że przecież to człowiek jest najbardziej inwazyjnym gatunkiem na świecie. „Człowiek sprytnie się wymiksował z wymyślonej przez siebie definicji gatunku inwazyjnego", pisze red. Tomasz Ulanowski. Potocznie to tak, bo mało kto ma wątpliwości co do tego, że człowiek jest najsilniej powodującym zmiany środowiskowe gatunkiem na Ziemi. Inwazyjne gatunki obce, czyli zawleczone (nieświadomie) lub introdukowane (wprowadzone świadomie i celowo) poza ich naturalny zasięg, należą do gatunków synantropijnych. Włączamy w nie także gatunki rodzime, które pod wpływem działalności człowieka zaczęły rozprzestrzeniać się na innych stworzonych przez człowieka siedliskach w obrębie rodzimego zasięgu. Te z kolei określamy jako ekspansywne. W źródłosłowu wyrazu „synantropijny" mamy „anthropos", czyli człowieka. Są to gatunki towarzyszące człowiekowi, korzystające na zmianach, jakie czyni w przyrodzie. Zatem ta klasyfikacja pomija człowieka. Prawda, że dzielenie procesów ekologicznych na „antropogeniczne", wywołane przez człowieka, i na „naturalne", jest w samo sobie arbitralne. Wszak jesteśmy jednym z wielu gatunków na Ziemi i dlaczego to, co ludzkie, nie ma być naturalne lub ma być przeciwstawieniem natury? W ten sposób można kulturę ludzką uznać za przejaw natury, ale nie chodzi tu o filozoficzne rozważania, lecz o dbanie o przyrodę, a koniec końców między innymi o nasz dobrostan i nasze przetrwanie. Przypomnijmy zatem, że celem ochrony przyrody jest utrzymanie stabilności ekosystemów i procesów ekologicznych oraz zachowanie różnorodności biologicznej, a także właściwe wykorzystanie zasobów przyrody dla naszych celów.

Poznanie zjawisk przyrodniczych, w tym wywołanych naszą działalnością, takich jak inwazje biologiczne, jest w naszym interesie. Wiele gatunków obcych to „szkodniki" i „chwasty" – owszem, jest to antropocentryczne, ale i praktyczne z wielu powodów.

W rozmowie red. Ulanowskiego z panią prof. Zajączkowską też pojawiło się parę ciekawych wątków. Pani profesor pisze, że „ludzie uznają niektóre rośliny za swoje, a inne za obce. To dla mnie naprawdę dziwne". Cóż w tym dziwnego? Wiele gatunków nigdy w wyniku procesów spontanicznych nie przekroczyłoby granic swojego zasięgu, bo na ich drodze stanęłyby morze, ocean, góry itd. „Tak jakby Ziemia naturalnie była pocięta granicami państwowymi i dawała konkretnym krajom i narodom władzę nad przestrzenią. Więc kiedy pojawia się »obcy«, należy go wyciąć" – to znów prof. Zajączkowska. Jak wspomniałem wyżej, naturalne zasięgi gatunków są poza granicami ustanowionymi przez człowieka. Natomiast zgadzam się w pełni z prof. Zajączkowską, że obcy nie znaczy zły. Pogląd, że rodzimy gatunek jest lepszy od obcego, nazywamy natywizmem i traktujemy jako swego rodzaju zacietrzewienie. Np. sporo roślin uprawnych to gatunki obce. Pierwsze przykłady z brzegu to ziemniak, papryka, pomidor – przedstawiciele tylko jednej rodziny psiankowatych, reprezentanci z Ameryki Północnej. Są to gatunki obcego pochodzenia, które są pożytecznie i żadnych szkód nie czynią.

Inny problem, jaki został wywołany, to jak przyroda i człowiek mają się zachować wobec zmian w środowisku. Profesor Zajączkowska mówi np., że cezura czasowa, która oddziela obce gatunki roślin, tzw. kenofity wprowadzone po odkryciu Ameryki przez Kolumba, jest „absurdalnie arbitralna". No, nie do końca. Wiele z nich to gatunki pochodzenia północnoamerykańskiego, występujące u nas w podobnych warunkach klimatycznych, co jest związane ze zbliżoną szerokością geograficzną. Zatem w tej grupie mamy w naszej florze więcej gatunków inwazyjnych niż przybyłych wcześniej tzw. archeofitów. Pani profesor żali się na złą opinię nawłoci kanadyjskiej i robinii akacjowej. Wystarczy przejrzeć odpowiednie publikacje naukowe i doczytać o roli tych gatunków w naszej florze. I to nie jest „paranauka" ani „paszkwile", pisząc językiem prof. Elżanowskiego. Prawdą jest, że wraz ze zmianami klimatycznymi pewne gatunki obce w naszych lasach zastąpią gatunki lasotwórcze. Co do zasady się zgadzam, ale jakimi gatunkami ustępujące drzewa zastąpić? Wymaga to rzetelnych badań naukowych. Pani profesor przywołuje przykład niecierpka drobnokwiatowego i nieudane próby jego zwalczania w Puszczy Białowieskiej. Znam jego sytuację, np. w lasach w rezerwatach przyrody na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, i nie obserwuje się dużego wpływu tej rośliny na rodzimą florę, ale np. naukowcy z Czech, a także inni nasi badacze wykazali jej negatywny wpływ na towarzyszące gatunki. To, że w danym miejscu, innym regionie dany gatunek zachowuje się w określony sposób, nie oznacza, że w innej części obcego zasięgu zachowa się tak samo. W czasie inwazji gatunku często wyróżnia się tzw. lag phase, czas wyczekiwania, kiedy to obcy gatunek nie wykazuje „inwazyjności". Dopiero po jakimś czasie jego tempo kolonizacji wrasta. Stąd wyróżniamy gatunki inwazyjne, potencjalnie inwazyjne i nieinwazyjne, czyli takie, co do których nie ma podejrzeń, aby ich zachowanie mogło w przyszłości się zmienić. Oczywiście w przypadku tych ostatnich też możemy się mylić. Dlatego wymaga to ciągłych badań.

dr hab. Damian Chmura, prof. ATH

Katedra Ochrony i Inżynierii Środowiska, Akademia Techniczno-Humanistyczna w Bielsku-Białej

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    thx. Bardzo rozsądny, wyważony i dobrze uzasadniony tekst.
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    Najbardziej inwazyjnym gatunkiem zwierzęcia jest człowiek.
    @zetk
    Zdecydowanie tak, nie zmienia to tego, że kot jest też.
    już oceniałe(a)ś
    3
    1
    Dziękuję!
    już oceniałe(a)ś
    6
    2
    Eksperyment myślowy: czy gdyby człowiek nie udomowił wilka, powstały by w naturze buldogi francuskie, które mają kłopoty z oddychaniem? Albo choćby setery irlandzkie, które z pewnością by sobie dały same radę w lesie? No nie, ale nie zmienia to faktu, że pies osobnym gatunkiem jeszcze nie jest, oddzielił się od swego dzikiego kuzyna bardzo niedawno jak na standardy ewolucji, bardzo dobrze się krzyżuje z wilkiem i gdyby ludzie znikli, to po niewielu pokoleniach pozostałe psy byłyby niezwykle podobne do wilków i razem z nimi stworzyłyby populację, której wielkość regulowałby ekosystem.
    Gatunek inwazyjny zaś to taki, który naruszyłby równowagę ekosystemu - nie na chwilę, zanim by weń wrósł, ale na stałe doprowadziłby do zagłady lokalnych gatunków (zwierząt czy roślin). Jak królik w Australii, jak pszczoła afrykańska w Europie. Koty zaś (które nieszczególnie lubię) nie są ani bardziej mordercze, ani nie wyjadają innych gatunków szybciej niż rysie, czy żbiki. Koty zagrażają ptakom w miastach, które to miasta naturalnymi ekosystemami z pewnością nie są. Koty drastycznie zmniejszają populację ptaków, kt?rą ludzie doprowadzili do krawędzi i do stanu w jakim kotom się nie mogą oprzeć. Jeżeli myśliwi wybiliby wszystkie dziki poza jedną rodziną, a następnie z wszystkich zoo wypuszczono by do takiego lasu wszystkie lwy, to czy lwy byłyby zagrożeniem dla gatunku dzika? Z pewnością i to jako gatunek inwazyjny.
    Wniosek: jak się likwiduje przyrodę to na sam koniec należy znaleźć kota (od biedy kozła) ofiarnego i jemu przypisać całą winę. Wystarczy teraz kota spalić na stosie i sumienie czyste.
    @y-rafa
    Dawno nie widziałem tylu głupot w jednym miejscu.
    już oceniałe(a)ś
    2
    3
    Odpieprzcie się w końcu od tych nieszczęsnych kotów, skoro to "i tak nic nie zmieni".
    już oceniałe(a)ś
    9
    6
    Ciekawy, wyważony, merytoryczny tekst. A zwrócenie uwagi na "język" prof. Elżanowskiego - bezcenne. Wielokrotnie bowiem zdradzał on problemy z panowaniem nad emocjami przez tego pana, zwłaszcza kiedy jego pogląd nie był uważany za powszechnie obowiązujący.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Inwazyjność kota widać na pierwszej fotografii.
    już oceniałe(a)ś
    4
    2
    Bardzo przekonujący wywód. Tylko co tu robi ta "wina"?
    @icodalej
    Raczej niewina. Jest uzasadniona.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0