W połowie września oczywistym już było, że powstanie pada. I wtedy... komendant stojącej na prawym brzegu Wisły dywizji kościuszkowskiej otrzymał rozkaz z Moskwy, przekazany mu przez gen. Malinina: "forsować Wisłę i przyjść na pomoc powstaniu!". Rozkaz wykonano. Powstaniu to już nie pomogło, a jedynie odsunęło o następne dwa tygodnie i o kolejne tysiące ofiar decyzję o kapitulacji.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obchodzimy, jak co roku, uroczyście i zamaszyście rocznicę wybuchu warszawskiego powstania. Godzina W..., race, pochodnie, dziarskie powstańcze piosenki, przebierańce.

Jestem już chyba jednym z tych nielicznych, którzy wciąż pamiętają. Bo pamiętam ten słoneczny letni dzień, gdy do powstania ruszał mój tato. Czułem jego i ich – jego kolegów z akowskiego Kedywu - entuzjazm i jakoś tak, dziecięcymi zmysłami, podzielałem. Wiele już razy i pisałem, i opowiadałem o tym dniu. Opowiadałem też o tych następnych, 63 dniach, coraz to bardziej ponurych i tragicznych. O naszym wyjściu z miasta wśród płonących i dymiących ruin, o potępieńczym marszu do pruszkowskiego obozu, ucieczce z transportu, tułaczce...

Tym razem jednak będzie z nieco innej perspektywy. Z perspektywy... „wielkiej szachownicy".

Nie jest to dla mnie łatwe, bo wspomnienia warszawskiego powstania wciąż są tak żywe, budzące emocje.

Ale jednak... spróbuję. Spójrzmy więc z zewnątrz:

Siódmego sierpnia, czyli 7 dni od wybuchu powstania - mija 78. rocznica tego dnia, gdy do walczącej Warszawy dotarła wiadomość o wizycie premiera Mikołajczyka w Moskwie i jego audiencji sprzed trzech dni u Stalina. Zacytuję Wam mały fragmencik powstańczych wspomnień mojej mamy – Anity - z jej autobiograficznej książki „Niebieski płaszczyk" (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 2017).

„(...) w drodze do studni po wodę zachodzę do punktu radiowego. Tak, są już wydrukowane pierwsze numery naszego biuletynu. Dostajemy jeden egzemplarz dla naszej piwnicy. Stajemy gdzieś w kącie i spiesznie przebiegamy oczami przez wydrukowane w nim wiadomości. Odsłania się w nich obraz naszego miasta pokawałkowanego na drobne fragmenty: tu Polacy, a zaraz obok Niemcy; i znów Polacy, a za nimi Niemcy - wszędzie trwa zażarta walka – najostrzejsza na Woli ostrzeliwanej od Dworca Zachodniego i na Starówce. Zaraz, zaraz... teraz mamy wiadomości spoza Warszawy – co?! – premier Mikołajczyk udał się do Moskwy na rozmowy ze Stalinem, by uzgodnić z nim wspólne działanie na froncie koło Wisły?! Więc my tu mamy powstanie, mające trwać rzekomo kilka dni, ułatwiać wojskom ze wschodu zdobycie Warszawy, a tam nic dotąd nie zostało z Sowietami uzgodnione?!

Nogi się pode mną uginają, znika ostatnia nadzieja na pozytywny rezultat powstańczej walki...".

Tyle wtedy, Anita. I nie tylko ona...

Powstańcy, ludność Warszawy poczuli się opuszczeni, zdradzeni.

Beznadziejna walka trwała jeszcze prawie dwa miesiące. Szacuje się, że zginęło ponad 200 tysięcy warszawiaków. Miasto legło w gruzach.

A „wielka szachownica"? Jak to widzi i interpretuje?

Otóż Powstanie Warszawskie można przyjmować jako kolejny fragment – bardzo zresztą udany – stalinowskiego programu „inżynierii społecznej", a w rzeczywistości etnicznej czystki mającej za zadanie eksterminację warstwy polskiej inteligencji. Ten szerszy proces miał uformować na zachodnich rubieżach imperium zrusyfikowanych, pozbawionych narodowych czy kulturowych ambicji społeczeństw.

Był więc ukraiński wielki głód, były masowe deportacje na Syberię – wpierw Ukraińców, potem Polaków...

No i Katyń – eksterminacja 22 tysięcy polskich oficerów. A kogo nie zamordowano w Katyniu – zesłano na Syberię.

Potem, po zawarciu w 1941 roku paktu Majski-Sikorski, stworzono polską armię w Rosji. Jednak wbrew oczekiwaniom Kremla armia nie weszła do samobójczego boju, lecz opuściła Sowiety. Chwała jej dowódcy, generałowi Andersowi, który dokonał tego wbrew naciskom swego polskiego szefa sztabu i centrali w Moskwie!

W rok później Stalin nie popełnił już błędu i na dowódcę od nowa powstającej polskiej armii mianował  zaufanego enkawudzistę, dezertera z korpusu Andersa – generała Berlinga.

Już w kilka miesięcy później rzucił Berling te kilkanaście tysięcy zagłodzonych, niewyszkolonych wojskowo, marnie uzbrojonych polskich „sybiraków" do walki. W jatce pod Lenino wyeliminowanych zostało ponad 3 tysiące, czyli ok. 20 proc. stanu polskiej armii w ZSRR.

Tego było jednak Stalinowi za mało.

Gdy radzieckie fronty wkroczyły na dawne terytorium Polski, rozpoczęła się likwidacja polskiego podziemnego ruchu oporu. Wiemy, co wydarzyło się na Wileńszczyźnie i nie tylko tam.

Trwała też, niezbyt fortunnie zaprojektowana przez polskich polityków, akcja „Burza". Gdyby jednak trzymano się jej pierwotnych założeń, czyli nieprzeprowadzania walk w dużych ośrodkach miejskich, może nie przyniosłaby aż tak tragicznych rezultatów. Niestety, rozumiał to i Stalin...

Głównodowodzący polskimi siłami zbrojnymi gen. Sosnkowski wysłał w maju '44 do okupowanej Polski swego zaufanego, pułkownika Okulickiego z zadaniem, by powstrzymywał zbrojne akcje polskiego ruchu oporu – szczególnie w ośrodkach wielkomiejskich.

Dawny szef sztabu korpusu gen. Andersa, pułkownik Okulicki skoczył ze spadochronem. Po dotknięciu stopami ojczystej ziemi został mianowany generałem brygady i natychmiast, wbrew instrukcjom Wodza Naczelnego, ze sformowaną przez siebie grupą dwóch innych wyższych oficerów KG AK, rozpoczął naciski na gen. Bora-Komorowskiego, by ten wydał rozkaz rozpoczęcia powstania w Warszawie.

W tym samym czasie – sowiecka radiostacja „Kościuszko", należąca do stalinowskiego Związku Patriotów Polskich, apelowała: „Ludu Warszawy! Do broni! Pomóżcie Armii Czerwonej w przeprawie przez Wisłę. Milion mieszkańców Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność".

Okulicki i radiostacja „Kościuszko" dopięli swego: powstanie wybuchło!

Marnie, poza pewnymi wyjątkami, uzbrojeni i wyszkoleni powstańcy walczyli bohatersko przeciw uzbrojonym po zęby kolumnom SS. Po półtora miesiąca, w połowie września oczywistym już było, że powstanie pada. I wtedy... komendant stojącej na prawym brzegu Wisły dywizji kościuszkowskiej otrzymał rozkaz z Moskwy, przekazany mu przez gen. Malinina: "forsować Wisłę i przyjść na pomoc powstaniu!".

Rozkaz wykonano. Ostateczny jego bilans: podczas desantu zginęło i rany odniosło ponad trzy tysiące berlingowców. Powstaniu to już nie pomogło, a jedynie odsunęło o następne dwa tygodnie i o następne tysiące ofiar decyzję o kapitulacji.

Gdy w pół roku później ruszyła sowiecka ofensywa, gdy Armia Czerwona doszła do Łaby, a w Poczdamie spotkała się latem 1945 „wielka trójka" - w Polsce dokańczano plan Stalina. Polscy towarzysze z Urzędu Bezpieczeństwa, wraz z radzieckimi ze Smierszu i NKWD, dobijali tych akowców, którzy przeżyli wojnę.

Wielu z nich pozostało jednak w ukryciu, rozproszonych po lasach. Ówczesny wódz naczelny, a był nim wtedy gen. Anders, apelował do żołnierzy konspiracji, by wychodzili z podziemia, włączali się w odbudowę Kraju, bo Polska będzie ich jeszcze potrzebowała...

Nie wszyscy jednak posłuchali głosu rozsądku. Pomimo formalnego rozwiązania Armii Krajowej spora część zeszła do podziemia, do stworzonego przez pułkownika Rzepeckiego zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, w skrócie - WiN. Tak, tego samego pułkownika, członka Komendy Głównej i szefa Biura Informacji i Propagandy AK, co to rok wcześniej, wraz z generałami Okulickim i Chruścielem, parł do powstania w Warszawie!

W następnych latach przeprowadzano masowe aresztowania członków WiN. Wielu z nich nie przeżyło więzień.

I to był akt ostatni planu „wizjonera i stratega" z Kremla. Cynicznego gracza na „wielkiej szachownicy".

Staszek Smuga-Otto, Kanada, Brytyjska Kolumbia

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Szkoda, że po drugiej stronie szachownicy siedziało kilku zaślepionych dupków, którzy wysłali na śmierć setki tysięcy ludzi pilnując starannie własnych tyłków i obdzielając się awansami i orderami.
    @steuermann
    Jak zwykle do dziś. Czy pisowcy ulegając Ziobrze w sprawie unijnych pieniędzy dbają o Polskę i Polaków, czy o własne synekury ? Powstańcy byli młodzi, niedoświadczeni, nie mieli wystarczającej wiedzy do oceny sytuacji, a za to ogromną potrzebę wyzwolenia swojego miasta. Dziś Polacy mają wystarczającą wiedzę, jaką biedę sprowadzi na nich pisowski rząd bez kasy z Unii. I nic. I nie protestują, nie krzyczą, że albo szybko będzie kasa z Unii, albo przyjadą pod urząd taczkami.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Plan nie był ani precyzyjny ani logiczny. Przypomnę choćby, że AK wyszła do Kampinosu prze sierpniem i w momencie wybuchu Powstania dopiero trzeba było ich sprowadzać do miasta. Gdzie tu logika i precyzja? Gdzie porozumienie z aliantami zachodnimi? Nie było. Ktoś w rządzie londyńskim naczytał się Sienkiewicza: szlachta na koń siędzie, my z synowcem na przedzie i jakoś to będzie...
    @bardzospokojny
    Do Kampinosu przed Powstaniem rzeczywiście wyszli, ale to tylko nieznaczna część warszawskich akowców ? chyba tych z Żoliborza(?). Te, wspomniane w moim felietonie, nieliczne nieźle uzbrojone i dobrze przeszkolone oddziały, np. Kedyw, pozostawały na terenie miasta. Pamiętam, że chyba na dzień lub dwa przed wybuchem, zostali rozkazami dowództwa wezwani na punkty mobilizacyjne, po czym... odesłani z powrotem do domów (cieszyłem się, że tato tak szybko wrócił! Niestety, tylko na jeden dzień...). Jednak , na kilka tygodni przed Powstaniem, większość magazynowanej w skrytkach na terenie miasta broni i amunicji została przekazane oddziałom terenowym AK spoza Warszawy ? co było zgodne z pierwotnymi założeniami akcji ?Burza?.
    już oceniałe(a)ś
    2
    1
    @bardzospokojny
    Mickiewicza, nie Sienkiewicza...
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @staszek
    nieznaczna? większość
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @Crossbones
    jedna banda
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @bardzospokojny
    Znaczna? Nieznaczna? Większość? Mniejszość? ? nie będę się spierał, bo anim ja rachmistrzem, ani nie o to tutaj nam chodzi.
    Było niezłe zamieszanie i brak jednoznacznych i z jednego źródła płynących decyzji.
    Nawet w samej Komendzie Głównej, skąd wreszcie przyszedł rozkaz (bo nie z Londynu!), sytuacja była wielce niejasna i skomplikowana.
    Plan Stalina działał...
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Niezły bełkot nawiedzonego miłośnika legendy powstaniowej.
    już oceniałe(a)ś
    0
    9