Minęło tyle lat po Powstaniu, a ja do dzisiaj się zastanawiam, jak to się stało, że ja z kilkumiesięcznym Jędrkiem przeżyliśmy sześciotygodniową gehennę w Warszawie i późniejszą tułaczkę po Polsce.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wspomnienia warszawianki, które publikujemy, zostały spisane przez nią w 2011 roku, a opracowane przez jej syna w 2020 roku.

Janina Wawrzeńczak - wspomnienia

Nasze Powstanie Warszawskie

Jest rok 2011. 1 sierpnia minęła 67. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Do opisania moich przeżyć zmusiła mnie podana w telewizji informacja, że na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w kwartale poległych powstańców, przy pomniku Gloria Victis, w rocznicę Powstania doszło do nikczemnych według mnie scen. Grupy młodych ludzi, ale też i starszych tzw. obrońców krzyża smoleńskiego spod Pałacu Prezydenckiego doprowadziły do skandalicznych scen, obrzucając niewybrednymi epitetami przedstawicieli władz, a w szczególności obecnego tam prof. Władysława Bartoszewskiego, uczestnika Powstania Warszawskiego. To było ohydne, to był skandal. Mocno to przeżyłam. Ja też byłam w Powstaniu. W tej sytuacji postanowiłam napisać o tym, co przeżyłam jako osoba, która bezpośrednio nie brała udziału w walce. Byłam zwykłym cywilem jak tysiące innych i w każdej chwili mogłam zginąć tak jak przeszło 150 000 warszawiaków. Los był dla mnie łaskawy i przeżyłam całe Powstanie tak jak większość rodziny i znajomych.

Janina Wawrzeńczak
Janina Wawrzeńczak  Fot. Archiwum Rodzinne

Zaczyna się coś dziać

Na początku 1944 roku w Warszawie wzmógł się terror władz niemieckich, łapanki uliczne, wywóz ludzi zarówno do obozów koncentracyjnych, jak i obozów pracy przymusowej. W czasie egzekucji ulicznych ginęli przypadkowi przechodnie. W jednej z takich egzekucji zginął w październiku 1943 roku mój profesor z Uniwersytetu. 11 lutego 1944 roku urodził się mój syn Andrzej, zwany Jędrkiem, i dlatego w czerwcu wyjechaliśmy do Śródborowa, gdzie panował spokój i specyficzny mikroklimat, idealny dla małego dziecka. Ale pobyt tam nie trwał długo. Niespodziewanie pojawił się tam mój mąż Stanisław, który oznajmił, że musimy szybko wracać do Warszawy, bo zaczyna się „coś tam dziać". Wojska niemieckie obstawiły mosty na Wiśle, które będą zamknięte dla ludności cywilnej. Szybko się zdecydowaliśmy na powrót do Warszawy, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Tu produkowano steny

23 lipca poszliśmy do rodziców męża na ul. Żelazną na obiad i tam z balkonu widać było przesuwające się ze wschodu na zachód tabory wojsk niemieckich. Wyglądało to na ucieczkę wojsk okupanta. W mieście panował jakiś niepokój, coś wisiało w powietrzu. 31 lipca wyszłam z mężem do miasta, zostawiając kuzynkę z synem. Kiedy wracaliśmy do domu, w następnej kamienicy przy ulicy Żelaznej 31 na schodach sklepu leżał zabity żołnierz niemiecki. Następnego dnia już wiedzieliśmy, że wybuchło Powstanie i wojska niemieckie starają się wejść do miasta od strony Woli, co potwierdzili uciekinierzy z tamtego rejonu miasta. 4 sierpnia dowiedzieliśmy się o akcji wojsk niemieckich traktujących ludność cywilną jako "żywe tarcze" oraz o ataku na szpital św. Stanisława na rogu Młynarskiej i Wolskiej, gdzie wymordowano personel medyczny i chorych. W krótkim czasie taką samą akcję Niemcy przeprowadzili w szpitalu przy Płockiej, gdzie zginął ojciec mojej koleżanki - felczer pan Łempicki wraz z synem. Walki toczyły się na ulicy Wolskiej, Chłodnej, dochodząc do Hal Mirowskich. Niemcy zatrzymali się w Ogrodzie Saskim, skąd ostrzeliwali miasto  wzdłuż Marszałkowskiej.  A my już cały czas jesteśmy na terenie Zakładów Metalowych Konrad Jarnuszkiewicz przy Grzybowskiej 25, leżących na terenie byłego Getta, gdzie pracował jako majster mój ojciec Dionizy Waleszkowski. Współkierował on też produkcją części do pistoletów maszynowych Sten przeznaczonych dla powstańczych batalionów „Miotła", "Zośka","Parasol". Brat matki Edward Garbiec „Rafał", zawodowy rusznikarz Wojska Polskiego, uczestnik wojny 1920, nadzorował tę produkcję i przestrzeliwał broń.

Z dzieckiem nie było większego problemu, współmieszkańcy koczujący w piwnicy nie wiedzieli nawet, że jest dziecko. Jędrek nie płakał. Raz jednak pojawił się potężny problem, wieczorem dziecko miało problemy z oddychaniem. Okazało się później, że to krup - zakaźna choroba dziecięca układu oddechowego, a lekarza ani lekarstw nie było. Siostra męża Mela otrzymała od powstańców butelkę czerwonego wina i przez całą noc łyżeczka po łyżeczce dawała maluchowi to ciepłe wino. Rano pojawiła się lekarka i stwierdziła, że to uratowało mu życie. Mieliśmy szczęście. Przeżyliśmy tam do 15 sierpnia. W dniu tym do grupy mieszkańców i powstańców walczących w tych okolicach przyszedł kapelan wojskowy i o godz. 10 odprawił mszę na klatce tego biurowca, gdzie ustawiono prowizoryczny ołtarz z obrazem Matki Boskiej z kilkoma świecami; wtedy jeszcze były. Około 17 tego dnia Niemcy zaczęli atakować ten rejon miasta i pozycje powstańców znajdujące się w budynkach przy Grzybowskiej 25-31.

Futro jednak się przydało

W tej sytuacji ludność cywilna musiała opuścić ten teren i cofnąć się na ulice Twardą. W zasadzie przyzwyczailiśmy się, że zawsze przy sobie mieliśmy walizkę „ewakuacyjną", w której była bielizna, zapasowe buty i ciepła odzież, ale wtedy ta walizka została w piwnicy. Zostawiliśmy też naszego psa Kalego, który szczekając, denerwował mieszkańców. Mieliśmy tylko podręczne torby i teczkę, w której znajdowały się dwa kaftaniki i trochę pieluch dla Jędrka. Były tam też papiery rodzinne i trochę biżuterii. (Te dwa kaftaniki przetrwały Powstanie i w roku 2017 zostały przekazane do Muzeum Powstania Warszawskiego). W becie syna zaszyta była złota papierośnica z danymi malca traktowana jako zabezpieczenie, gdyby został sam. (Ten pokrowiec z nieporadnie wyszytym imieniem i nazwiskiem syna też znajduje się jako eksponat w Muzeum Powstania Warszawskiego).  Nie wiem, dlaczego zabraliśmy moje futro z czarnych karakułów i płaszcz męża podbity futrem, przecież to był sierpień. Ale to irracjonalne działanie pomogło w przyszłości, w czasie tułaczki po upadku Powstania - można było je zamienić na jedzenie, którego zawsze brakowało. Na ulicy Twardej spotkaliśmy rodziców męża i jego siostrę, którzy też musieli opuścić swoje mieszkanie. Wtedy mąż widział swojego ojca po raz ostatni. Teść zmarł, gdy mąż przebywał na robotach w Niemczech.

Fotografia z Powstania Warszawskiego. Kolumna ludności cywilnej oczekująca na ul. Marszałkowskiej na przejście przez linie powstańcze na stronę niemiecką w czasie ewakuacji w dniach 7 - 10 września 1944 r. W tle widoczna zabudowa ul. Marszałkowskiej po stronie nieparzystej na przestrzeni od ul. Koszykowej do Piusa XI.
Data wytworzenia: wrzesień 1944
Fotografia z Powstania Warszawskiego. Kolumna ludności cywilnej oczekująca na ul. Marszałkowskiej na przejście przez linie powstańcze na stronę niemiecką w czasie ewakuacji w dniach 7 - 10 września 1944 r. W tle widoczna zabudowa ul. Marszałkowskiej po stronie nieparzystej na przestrzeni od ul. Koszykowej do Piusa XI. Data wytworzenia: wrzesień 1944  Fot. Marian Grabski "Wyrwa"/MPW

Przez ostrzeliwaną Marszałkowską

Zostaliśmy bez mieszkania, bielizny, pamiątek rodzinnych, psa, który nie przeżył, ale z zimową odzieżą. Postanowiliśmy się dostać do mieszkania moich rodziców na ulicy Świętokrzyskiej 20, gdzie w czasie okupacji odbywały się wykłady tajnego Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, a siostra Barbara prowadziła tam punkt przerzutu broni i kolportaż prasy podziemnej. Przejście było bardzo trudne, mimo niewielkiej odległości, bo trzeba było przeskoczyć szeroką jezdnię Marszałkowskiej, która była pod ostrzałem artylerii niemieckiej. Trwało to kilka godzin. Po południu znaleźliśmy się na tej stronie ulicy, później Moniuszki, a dopiero po godz. 16 udało się nam dostać na pl. Napoleona i do domu. Tam zastaliśmy siostrę Barbarę, dwóch przyjaciół Genka i Kolę Kozakiewiczów wraz z sympatią Genka Nuną. Tej grupie udało się przejść 1 sierpnia z ulicy Niecałej, gdzie znajdowała się hurtownia papieru i wyrobów papierniczych i gdzie oni pracowali. Radość ze spotkania była duża. Zaraz dostaliśmy coś do jedzenia, bo moi rodzice zgromadzili tam spore zapasy, chociaż niestety, sporo ich ubyło w ciągu tych dwóch tygodni. Na Świętokrzyskiej mogliśmy przebywać tylko w piwnicy. Warunki były trudne, ale ludzie byli w większości mili i życzliwi, dzielący się jedzeniem. O tym świadczy przypadkowe spotkanie ciotki przyjaciela męża i chrzestnego Jędrka, która podzieliła się świeżo upieczonym chlebem, dodając dla dziecka trochę cukru, kaszy i mydełko. Zdarzały się też i inne wyjątkowe zdarzenia. W okolicy naszego domu koń ciągnący jakiś wóz złamał nogę i trzeba było go dobić. Zrobił to Kola i dzięki temu dostaliśmy kubeł mięsa, co starczyło na kilka dni życia dla wszystkich. Dużą część tego mięsa właściciel przeznaczył dla powstańców. Pamiętam też inny przypadek. Mąż spotkał na ulicy swojego znajomego handlowca, który zaprosił nas do swojego mieszkania na ul. Chmielnej. Dotarliśmy tam z pewnymi kłopotami, mieszkanie było niezniszczone, firanki, story i dywany. Dostaliśmy pokój do dyspozycji, zjedliśmy wspólnie bardzo dobry obiad, ale Jędrek się nie popisał. Ja trzymałam go na kolanach, a on się zsiusiał na dywan. Pani domu była bardzo niezadowolona i kolację spędziliśmy już sami w pokoju z kanapkami przyniesionymi przez gospodarzy, a noc na podłodze. Rano zdecydowaliśmy się na natychmiastowy powrót na Świętokrzyską. I tam w czasie nalotu silny powiew otworzył drzwiczki jednej z komórek i Kola zobaczył pudełko konserw, które schował do kieszeni. Był tam też woreczek z jakaś zawartością, która później okazała się kaszą jęczmienną, a Kola chciał ją zarekwirować dla dziecka. Zaczęła się dyskusja, że rekwirować może tylko wojsko i trzeba zawartość tego woreczka podzielić wśród mieszkańców. W końcu jednak pozostawiono to dla dziecka. Ja słuchając tego, popłakałam się, bo zmarła mi matka, spaliło się mieszkanie, a okazało się, że dla niektórych takie małe problemy urosły do ogromnych. 

Z Pruszkowa nie tylko do obozów pracy

3 września, a była to niedziela, o godz. 9 rano miał miejsce nalot samolotów niemieckich na Śródmieście, które obrzucano bombami zapalającymi. Ale ludzie zasypywali te bomby piaskiem i nie wybuchały. Wkrótce Niemcy zaczęli ostrzeliwać teren bronią artyleryjską i jedna z oficyn się zawaliła. Było niestety dużo rannych wśród mieszkańców. Byli też zabici, a wśród nich słynny dowódca AK „Harnaś". W czasie następnego ostrzału ciężkiej artylerii niemieckiej dom rodziców,  aktualne miejsce przebywania wielu osób, został zburzony i trzeba było się ewakuować z tego rumowiska. Początkowo przebywaliśmy w mieszkaniu rodziny Tadeusza Zuchowicza, przyjaciela mojego brata, z którym brał udział w Powstaniu, a następnie wędrowaliśmy do mieszkania naszych znajomych, trzech sióstr - Lody, Marysi i Jadwigi Ślęzak-  które mieszkały na ulicy Lwowskiej 13. Jednak przed bramą zatrzymali nas Niemcy, rewidując i szukając broni. Pod obstawą tych żołnierzy przeprowadzono nas na pl. Politechniki, a następnie w kierunku Dworca Zachodniego. Przy wyjściu z placu leżało dużo zwłok zabitych mieszkańców Warszawy. Z dworca przewieziono nas pociągiem elektrycznym do Pruszkowa do byłej lokomotywowni, gdzie znajdował się obóz przejściowy dla ludności cywilnej. Tam przebywaliśmy do rana. Następnie wypędzono nas na wielki plac, gdzie przedstawiciele Czerwonego Krzyża rozdawali gorącą zupę i po posiłku zaczęła się segregacja. Nie można się było umyć. Rozdzielano kobiety i mężczyzn, a później na młodych i starszych. Ja zostałam z synem z ciotką Helą i jej córką Bożeną. Mąż i jego siostra Mela oraz mój ojciec Dionizy zostali skierowani do obozów pracy na terenie Niemiec.

Natomiast moja siostra Barbara wraz z przyjaciółmi stanęli przed komisją i udało im się uniknąć wywózki, bo Kola przekupił lekarza niemieckiego i przy cichej akceptacji polskiego personelu udało im się wydostać z obozu. To złote pióro Watermana dało wolność czwórce młodych Polaków. Moja przyjaciółka ze studiów Wisia nie miała takiego szczęścia i została skierowana do obozu w Ravensbruck, gdzie niestety zmarła dzień przed wyzwoleniem tego obozu. Ja wraz ze swoją małą grupą wieczorem drugiego dnia pobytu w tym obozie, wraz z dużą grupa warszawiaków, głównie kobiet, zostałyśmy wywiezione otwartymi wagonami węglarkami. Jak widać, wszystko zależało od szczęścia i sprytu. Można było znaleźć się w obozie pracy, obozie koncentracyjnym, można było też odzyskać wolność. Nasz transport po kilku godzinach dotarł do Skierniewic, później dotarliśmy do Końskich, gdzie wyładowano wszystkich i po przejściu około 2 km znaleźliśmy się na boisku szkolnym, gdzie przedstawiciele Rady Głównej Opiekuńczej /RGO/ dali nam specjalne zaświadczenia uchodźców z Warszawy. Skierowano nas też do przejściowego zamieszkania w okolicznych wsiach. Stosunek miejscowej ludności był bardzo życzliwy, dobrą robotę zrobił miejscowy ksiądz, który zaapelował o pomoc. Nami zaopiekowało się młode małżeństwo. Otrzymaliśmy dach nad głową i wyżywienie.

 Fragment ruin Śródmieścia, prawdopodobnie strona parzysta ul. Świętokrzyskiej na wysokości ul. Mazowieckiej
Fragment ruin Śródmieścia, prawdopodobnie strona parzysta ul. Świętokrzyskiej na wysokości ul. Mazowieckiej 

Przez Kielce z powrotem do Warszawy

Po dwóch dniach zdecydowaliśmy, że udamy się do Kielc, gdzie mieliśmy znajomych. Ciotka bała się jechać pociągiem i dlatego ok. 50 km przebyliśmy piechotą. To młodzi mieszkańcy Końskich wyprowadzili nas rano z miasta i pomogli przejść rzekę, bo most był zerwany. Była ładna pogoda i po godzinie w lesie spotkaliśmy duży oddział partyzantów. Część z nich pochodziła z Warszawy i stąd pytania o poszczególne ulice, a prawda była brutalna, większość budynków na tych ulicach była zburzona lub wypalona. Po kilku godzinach zobaczyliśmy czołgi niemieckie, ale udało się nam ukryć, a następnie trafiliśmy do gospodarstwa, gdzie nas przenocowano na słomie. Bielizna i pościel były zakopane, rodzina była w lesie, tak jak większość mieszkańców tej wsi. Ale dostaliśmy mleko i chleb od gospodarza. Rano udaliśmy się w dalszą drogę i wkrótce w małym sklepiku kupiliśmy chleb i mleko. W następnej wsi po zameldowaniu się u sołtysa dostaliśmy też miejsce zakwaterowania. Następny etap to Oblęgorek, gdzie też mieliśmy zapewniony nocleg. Rano obudzili nas żołnierze niemieccy żądający zaświadczeń z RGO, że jesteśmy uciekinierami z Warszawy. Jeden z nich chyba prawie 60-letni, częściowy inwalida przyprowadził pozostałych - bardzo młodych trzech żołnierzy - i powiedział, wskazując na syna, że" to mały bandyta z Warszawy". Dobrze, że tylko to. Po śniadaniu następny etap i wieczorem dotarliśmy do Kielc, gdzie ciotka Halina miała znajomych i rodzinę męża, który w tym czasie przebywał w jednym z obozów jenieckich w Niemczech. W Kielcach przyjęła nas koleżanka ciotki, u której mieszkałyśmy do czasu wejścia wojsk sowieckich do miasta w styczniu 1945 r. Kobieta była sama, bo mąż i syn trafili do Niemiec, na roboty przymusowe. Na święta Bożego Narodzenia do Kielc udało się przyjechać mojej siostrze Barbarze. Futro się przydało; ze sprzedaży mieliśmy środki do życia. Rano 20 stycznia przyjaciel męża Tadeusz wsadził nas do pociągu, który przez Radom miał jechać do Warszawy, ale dojechaliśmy do Sandomierza, a więc nie ten kierunek. W Sandomierzu zaopiekował się nami kolejarz i Rosjanin, zawiadowca tej zniszczonej stacji, w pomieszczeniu byłej kasy biletowej. Później zatrzymaliśmy się u koleżanki mojego brata Jerzego Waleszkowskiego, powstańca o pseudonimie „Ali", który w tym czasie przebywał w obozie jenieckim w Zeithain koło Drezna. Tu warto wspomnieć, że w czasie pobytu w Kielcach udało się nawiązać kontakt pocztowy zarówno z mężem, ojcem, jak i bratem, którzy byli w obozach w Niemczech. Poczta niemiecka, mimo zbliżającej się klęski, działała prawie bezbłędnie. (Część tej korespondencji też znajduje się w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego). Czekaliśmy na powrót do Kielc i czwartego dnia się udało. Byliśmy w pociągu, był to odkryty wagon towarowy, bilety wykupione, ale pociąg znalazł się w Biłgoraju, a więc to nie kierunek do Warszawy. Mieliśmy pieniądze i udało się wynająć u rodzin kolejarskich nocleg, co prawda na sianie, ale z czystym prześcieradłem i poduszką. Dostałyśmy też kolację. Kolejarz obiecał, że wsadzi nas do pociągu do Kielc, ale dojechaliśmy do Lublina, gdzie mieszkaliśmy też u rodziny kolejarskiej przez trzy dni. Następny pociąg i 10 lutego 1945 r. wysiadłyśmy z pociągu w Warszawie, myśląc, co dalej. Przypomnieliśmy sobie o znajomych rodziców państwu Jaworskich, którzy przyjęli nas na Pradze porządnym obiadem z rosołem i pieczonym schabem. Po obiedzie siostra pobiegła na Saską Kępę. Cale to osiedle było przez Niemców ewakuowane, a po zakończeniu walk właściciele zastali mieszkanie kompletnie rozgrabione i jak się okazało, żywili się tylko kaszą jęczmienną. Przy okazji warto wspomnieć o faktach mało przyjemnych. Wśród ludności cywilnej, ludzi o wysokim morale, życzliwych, dzielących się z innymi, były też kanalie, małe złodziejaszki, ale też całe bandy rabusiów grabiących mienie nieobecnych warszawiaków. Taka też była przykra prawda. Raz wyszłam na Wał Miedzeszyński do sklepu i zobaczyłam tam kierującego ruchem ulicznym żołnierza przypominającego wyglądem mojego kuzyna. Podeszłam bliżej i okazało się, że to Janusz, syn siostry mojego ojca. Następnego dnia zabrał nas do Radości do domu jego rodziców. Okazało się też, że moja teściowa Zofia, znaleziona przez Janusza, znalazła się we Włochach, gdzie rodzice męża mieli dom. Początkowo moja siostra Barbara, a później ja z dzieckiem znaleźliśmy się u naszej przyjaciółki Heli Puzio, bo jej mieszkanie w Warszawie ocalało. 13 marca po przyjeździe kuzynów Liśkiewiczów z Kutna wyszliśmy zobaczyć, jak wygląda dom z magazynem materiałów elektrycznych, który był prowadzony wspólnie. Dom był zasypany, ale nie spalony i stąd część tych materiałów udało się odzyskać później. Poszliśmy dalej Świętokrzyską, aby zobaczyć dom rodziców pod numerem 20, w którym spędziliśmy kilkanaście dni w czasie powstania. Domu nie było, pozostała ruina. Tam spotkałam przypadkowo mojego męża, który od pewnego czasu był już w Warszawie po powrocie z Niemiec i poszukiwał nas. Był we Włochach, gdzie spotkał swoją matkę, i dowiedział się o naszym pobycie w Radości, a więc wiedział, że żyjemy. Radość była ogromna. Razem poszliśmy na ulicę Cieplą, gdzie, jak się okazało, mieszkanie kuzyna było prawie niezniszczone Zaproponował nam zamieszkanie w tym mieszkaniu, ponieważ sam nie chciał, bo obawiał się dozorcy, który wiedział o jego działalności w AK.

A więc mieliśmy mieszkanie, gdzie dołączyła do nas wkrótce matka męża i jego siostra Mela, bo dom we Włochach miał już swoich lokatorów nie do usunięcia. Takie to były te nowe zwyczaje. Po pewnym czasie zamieszkała również z nami moja siostra Barbara wraz z ojcem Dionizym, który też wrócił szczęśliwie z obozu pracy. Mieszkanie trzypokojowe w amfiladzie i tam osiem osób, ale wszyscy szczęśliwi, bo było, gdzie mieszkać. Wróciłam po pięciomiesięcznej, bardzo trudnej i niebezpiecznej tułaczce po Polsce. Ale byliśmy razem w Warszawie. Z wyjątkiem brata matki Edwarda Garbca, powstańca o ps. „Rafał", rusznikarza „Brody" nikt z rodziny i najbliższych przyjaciół nie zginął. Z 14 mieszkań rodziny i znajomych tylko trzy nadawały się do zamieszkania.

Minęło tyle lat po Powstaniu, a ja do dzisiaj się zastanawiam, jak to się stało, że ja z kilkumiesięcznym Jędrkiem przeżyliśmy sześciotygodniową gehennę w Warszawie i późniejszą tułaczkę po Polsce, co prawda z pomocą ciotki Haliny i jej córki Bożeny, aby po siedmiu miesiącach powrócić do zniszczonej Warszawy. To determinacja, ale i ogromne szczęście, które nam towarzyszyło.

Tekst opracował i tytułem opatrzył Andrzej Wawrzeńczak /Jędrek/ syn

śródtytuły od redakcji

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Do Dulagu Niemcy pedzili takze ludnosc prawobrzeżnej Warszawy i okolic. Moich dziadkow z rodzina wypędzili z Zielonki wraz z moim ojcem i ... kozą. Kolumna zostala przekazana Węgrom, ktorzy udawali, ze nie widza osob opuszczajacych grupę. W ten sposob moja rodzina czmychnęla wraz z kozą i wkrotce, jak przyszli Ruscy, wrocila do domu. Dom ucierpial od pociskow artyleryjskich ale czesciowo nadawal sie do zamieszkania.
    już oceniałe(a)ś
    6
    0