Nie pomoże żadne "promowanie czytelnictwa", gdy jest smartfon pod ręką, media społecznościowe, abonament na Netflixa, VOD oraz nawałnica książek, które literaturą nie są i do bycia nią wcale nie pretendują. Albo, przeciwnie, udają literaturę wspomagane przekupnymi głosami schlebiającymi popkulturze.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie, nie i nie wobec konkluzji w tekście Renaty Lis.

Nie wobec oportunistycznego wywieszani białej flagi przez Kulturę przed popkulturą. Nie wobec abdykacji z obowiązku dawania świadectwa Kulturze przez tych, którzy to świadectwo są w stanie dać. Nie wobec łatwizny politycznie poprawnego poddania się „obecnym warunkom społeczno-kulturowym", które miałyby, według Renaty Lis, usprawiedliwić rezygnację z głośnego przyznawania najwyższej wartości Kulturze i z piętnowania popkultury".

Nie wobec rezygnacji z prawa do oceny wartościujących, jedynych, jakie pozwalają na rozróżnianie (łac. dyskryminację), czyli na jakikolwiek rozwój. Nie dla bojaźliwego ukrywania oczywistych swych ocen wartości Kultury między wierszami (bo trudno nie uznawać wartości Kultury komuś, kto jest człowiekiem Kultury).

Nie dla pozbawiania wszelkiego sporu klarowności intelektualnej poprzez deprecjonowanie języka, w jakim jest prowadzony, określeniami: antagonizujący, wykluczający, sekciarski. Dlaczego ma to być „najgorszy sposób rozmowy o literaturze, przede wszystkim w obecnych warunkach społeczno-kulturowych"? Dlaczego język glajchszaltujący, nierozróżniający, ulegający szantażowi politycznemu miałby lepiej przysłużyć się literaturze i Kulturze? Od kiedy literatura i Kultura zyskiwały na spłaszczaniu ocen, antagonizmów, na unikaniu rozróżniania albo na nieuzasadnionym klasyfikowaniu go jako wykluczanie? Może tak jest z popkulturą. Nawet na pewno. I dlaczego należy unikać „piętnowania kultury popularnej w obecnych warunkach społeczno-kulturowych"? Właśnie w warunkach, w których ona panoszy się bez żadnego oporu, bez żadnego sprzeciwu, pożerając resztki Kultury i zastępując literaturę „dobrymi serialami" (jak pisał, mam nadzieję że z drwiną, Janusz Rudnicki tydzień temu)? Czy nie czas właśnie teraz, gdy już chyba wszystko stracone, opowiedzieć się otwarcie za tym, co ma wartość? Bo tylko wtedy jest to postawa bezinteresowna, odważna, a używając wielkich słów – moralna. 

Skąd ta bojaźń i drżenie Renaty Lis? Czy rzeczywiście sądzi, że unikanie „kulturowych dystynkcji", a za to „mądra rozmowa" przekona do literatury i do Kultury tych, którzy są już poza jej obszarem? Czy Renata Lis myśli, że jest szansa, iż potwierdzając łagodną zgodą mniemanie, że masowa kultura popularna jest tak samo dobra jak Kultura, spowoduje ich nawrócenie się? Przecież oni ani o te słowa nie dbają, ani do nich nie mają dostępu, ani nie chcą ich słuchać, gdyby nawet mieli dostęp (dzięki złudnym staraniom proponowanym przez autorkę). Przemawia do nich tylko język, a właściwie obraz, popkultury (która język prawie już utraciła). Ale ten język i obraz do Kultury i literatury nie wiodą i nie zaprowadzą.

Poddać się „upadkowi dawnej hierarchii wartości", na której literatura i Kultura się opierają, można albo jeśli się dawnej hierarchii wartości nie zna, albo przez oportunizm.

Przecież Renata Lis w artykule wyraźnie zaznacza (jeśli ją dobrze zrozumiałem), że unikanie oznak dobrego wykształcenia jest li tylko konformistycznym wynikiem powszechnego potępienia i pogardy dla niego i chęcią „podobania się", a nie skutkiem wstydu ludzi z powodu swego wykształcenia. Bo jeśli tak by było, to znaczyłoby, że popkultura poczyniła większe spustoszenie, niż nam się wydaje. A eksponowanie swego zakotwiczenia i pełnej akceptacji dla popkultury to wynik chęci bycia „nagradzaniem" (jak pisze autorka) za taką oportunistyczną postawę (może w popkulturze nazywa się ją prospołeczną…)  – ale nie jest wcale rezultatem uznania przez dobrze wykształconych wyższości popkultury (mam nadzieję). To jest efektem obezwładnienia i ogłuszenia przez nią samą, tę popkulturę, która jest sexy. Trudno się dziwić: seks i pieniądze przedstawiane przez popkulturę wydają się po prostu na wyciągnięcie ręki.

Nie ma drogi z popkultury do Kultury, od kiedy nastała popkultura. „Zostaliśmy zdemokratyzowani", jak pisze Renata Lis.

Nie pomoże żadne „promowanie czytelnictwa", gdy jest smartfon pod ręką, media społecznościowe, abonament na Netflixa, VOD, sfilmowane lektury szkolne oraz nawałnica książek, które literaturą nie są i do bycia nią wcale nie pretendują. Albo, przeciwnie, udają literaturę wspomagane przekupnymi głosami schlebiającymi popkulturze.

Słusznie pisze autorka, że „nikt już nie wierzy, że droga wzwyż prowadzi przez wiedzę". Więc po co udawać, po co się łudzić? Jeśli nawet, jak proponuje, zostawi się na boku Szymborską, akceptując komiks, jeśli schowa się Herberta (który przecież nie jest „naprawdę współczesny", a tylko „współczesność" się w popkulturze liczy), to choćby się czekało tysiąc lat - nic z tego. Pozostało tylko odważnie dawać świadectwo temu, co uważamy za wartościowe, temu, co JEST wartościowe, nie licząc na żaden cud. Literatura nie jest, nie była i nigdy nie będzie dla idiotów i pod strzechy nie trafi, nigdy jej tam nie było, a już na pewno nie, gdy dominuje popkultura.

Więc nie zgadzam się z Renatą Lis, gdy uznaje wypowiedź Olgi Tokarczuk za „niefortunną". Jeśli dla popkultury – to problem popkultury. To była wypowiedź odzwierciedlająca rzeczywisty stan rzeczy. A że „wzburzyła internet"? Tym lepiej. Bo jeśli tylko skłoniła choćby kilka osób do zastanowienia się, to była to wypowiedź godna zadań Kultury.

Z poważaniem,

Marek Wystański

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Wypowiedź Pani Olgi pokazała prawdziwe oblicze "suwerena", któremu do kultury i literatury jest bardzo, bardzo daleko i stąd święte oburzenie tych ćwierć i mniej inteligentów, którym absolutnie wystarcza popkultura seriali, netflixa i smartfona. Słowa uznania dla Pani Olgi za odważne opisanie rzeczywistości jaką mamy. Twórczość Pani Lis doceniam, ale tym razem nie ma racji.
    @abkr
    Zgadzam sie. Kazdy cywilizowany narod zabiega o poziom kultury wysokiej, prawdziwie wolnej i elitarnej. Jednak bez przygotowania nie mozna z niej w pelni korzystac. Tworczosc Olgi Tokarczuk potwierdza te zasade.
    już oceniałe(a)ś
    9
    3
    Mechanika kwantowa nie dla idiotów. Nie sądzę, by to zdanie, prawdziwe zresztą, wywołało powszechne oburzenie. A przecież nieliczni ją rozumieją, a wielu z nas, poświęcając czas i dokonując wysiłku umysłowego jest w stanie przez nią przebrnąć, a nawet odczuć jej piękno. Nic, co naprawdę piękne , nie jest dla idiotów. Literatura, muzyka, malarstwo. To wszystko dla zrozumienia wymaga czasu i wysiłku. Dostępność literatury czy muzyki jest wręcz komfortowa. Są biblioteki, są kanały muzyczne w internecie (chociażby bezpłatny youtube), są dostępne doskonałe opracowania krytyczne muzyczne, literackie i plastyczne na stronach internetowych uniwersytetów. Jeśli ktoś nie wykorzystuje tych możliwości, nie powinien się obrażać, że ktoś powie głośno, że literatura (w domyśle: sztuka) nie jest dla idiotów. Podobnie jak ktoś spędzający czas z piwem przed telewizorem nie powinien się obrażać na stwierdzenie, że kolarstwo górskie nie jest dla niedołęgów.
    już oceniałe(a)ś
    21
    0
    A jednak i literatura i zresztą parę innych rzeczy nie dla idiotów
    już oceniałe(a)ś
    17
    0
    W punkt. Koniec. Kropka. Bez "specjalistyczno-dziennikarskiego" biadolenia.
    już oceniałe(a)ś
    10
    0
    Nie rozumiem wzburzenia po słowach pani Olgi Tokarczuk. Przecież to prawda, że do dobrej literatury trzeba dorosnąć, trzeba coś wiedzieć, aby ją rozumieć. Pod strzechy i powszechnie to powinien trafić Elementarz, bo jak widać naród słabo wykształcony jest.
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jakie jest źródło pisowskiej nienawiści do Olgi Tokarczuk, propagandowej machiny, którą uruchomiono, żeby zniechęcić ludzi do czytania jej książek, powinien zaprzeć się i przeczytać "Księgi Jakubowe" od deski do deski. Jest to dość trudne, bo książka wspaniała, ale niełatwa w czytaniu - zawiera wiele historycznych dokumentów, prowadzi wiele wątków. Ale wyjaśnia też wiele z polskiej historii, a co najważniejsze - pokazuje przyczyny i źródła takiej a nie innej historii Polski, pokazuje co doprowadziło do rozbiorów, jak wyglądało przejmowanie wielu majątków i wykorzystywanie ich do pomnażania majątków jedynej słusznej nacji w Europie. Pokazuje też kto i dlaczego do dziś czuje się właścicielami naszego pięknego kraju i chce to przywrócić.
    @dyskootantka
    Nie musiałem się nawet zapierać. Przeczytałem z przyjemnością. Natomiast nie jestem pewien, czy odczytałem tę książkę w taki sposób, jak piszesz. Raczej nie znalazłem w niej informacji o przyczynach rozbiorów Polski. Może dlatego, że już przed lekturą były dla nie oczywiste i to wyrażone bardziej jednoznacznie przez innych autorów (polecam Jan Sowa "Fantomowe ciało króla") . Również użyte przez Ciebie pojęcie "jedynej słusznej nacji w Europie" nie jest dla mnie przejrzyste. Domyślam się, że chodzi o Żydów, jednak tu również nie podzielam Twojego zdania.
    Sądzę, że źródłem pisowskiej nienawiści do Tokarczuk jest odraza do wszelkiej wolnej, nieskrępowanej myśli wynikająca z resentymentu. Wrogiem dla tych karłów intelektualnych jest każdy myślący człowiek, bo zdają sobie sprawę, że stoi on wyżej od nich i nigdy nie będą w stanie mu dorównać. A bardzo chcieliby.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Już któryś raz to piszę; na hasło: idioci wystąp, wystąpią licznie, by udowadniać, że idiotami nie są. Ot i cała tajemnica wzmożenia idiotów.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Dosyć z wyrównywaniem w dół do poziomu Gąbrowiczowskich parobków!
    już oceniałe(a)ś
    1
    0