Im wyższa ranga danego twórcy i dzieła w literackiej hierarchii, tym większy szacunek wymagany jest od tłumacza i wydawcy w obchodzeniu się z tytułem - pisze Wojciech Maziarski, pisarz i publicysta.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jacek Szczerba w "Słówkach. Magazynie o Języku" napisał, że ceni tytuły emocjonalne, i wymienił siedem jego zdaniem najlepszych. Zaprosiliśmy więc do zabawy tytułami innych dziennikarzy i pisarzy. Joanna Gierak-Onoszko wskazała swoich siedem tytułów nie do zapomnienia.Jacek Rakowiecki opowiedział, jak sam tytułował artykuły, i wymienił najlepiej zapamiętane tytuły książek, Emilia Dłużewska przypomniała swoje ulubione tytuły.

Wojciech Maziarski opowiada o genezie polskiego tytułu powieść Ferenca Molnára

Tytuły-ikony, tytuły-toposy, tytuły-pomniki. Na przykład „Komu bije dzwon". Albo „Folwark zwierzęcy". „Sen nocy letniej", „Archipelag Gułag", „Chłopcy z Placu Broni". Znane niemal każdemu jako tako wykształconemu człowiekowi w naszym kręgu kulturowym, niezależnie od tego, czy czytał te dzieła, czy nie. Tytuły parafrazowane, wykorzystywane po tysiąckroć, cytowane przy niezliczonych okazjach we wszystkich językach europejskich i nie tylko. Poddawane recyklingowi, jak „Boska komedia" Dantego, która we Francji zainspirowała Balzaka, autora „Komedii ludzkiej", a w Polsce Krasińskiego, twórcę „Nie-boskiej komedii".

Niektóre z tych tytułów odkleiły się już od swych dzieł, zerwały ze smyczy i zyskały autonomiczny żywot – pewnie są tacy, dla których „Chłopcy z Placu Broni" to przede wszystkim nazwa popularnego w latach 90. polskiego zespołu rockowego.

A co wy na to, gdybym wam powiedział, że jeden z tych tytułów-pomników to zwykła ściema? Że tak naprawdę nie istnieje?

Otóż to. Chodzi właśnie o „Chłopców z Placu Broni". W literaturze europejskiej nie ma takiej książki. I nie ma takiego placu. Wszystko to wymysł polskiej tłumaczki Janiny Mortkowiczowej, która na początku XX wieku przełożyła na polski powieść Ferenca Molnára pt. „Chłopcy z ulicy Pawła". A może lepiej: „Chłopaki z ulicy Pawła", bo przecież bohaterowie powieści to chłopaki-zawadiaki, prawdziwe budapeszteńskie urwisy.

Żeby było zabawniej, Mortkowiczowa tłumaczyła tę węgierską powieść na polski z języka… niemieckiego. Była tłumaczką utalentowaną i wrażliwą na stylistyczne niuanse – w tym jej przekładzie przekładu można wyczuć ducha węgierskiego oryginału z jego subtelną ironią, choć oczywiście przepuszczenie tekstu przez podwójne sito tłumaczeń odbiło się na wierności.

Mortkowiczowa uznała najwyraźniej, że w polskiej wersji „poprawi" tytuł na taki, który jej zdaniem lepiej oddaje istotę powieści. Tu pojawiają się dwa pytania. Po pierwsze: czy miała rację? Po drugie: czy miała do tego prawo?

Co do racji, zdania są podzielone, ale na pewno miała argumenty uzasadniające taką decyzję. Rzeczywiście kluczowym miejscem, gdzie rozgrywa się akcja, jest plac, pusta działka budowlana, a nie występująca w oryginalnym tytule ulica Pawła.

No dobrze, ale skąd w takim razie ta „broń" w nazwie? Dlaczego „Plac Broni"? Owszem, miejsce to jest ufortyfikowane i bohaterowie bronią placu przed najazdem konkurencyjnej bandy chłopaków, ale nazwa „Plac Broni" kojarzy się raczej z jakimś magazynem uzbrojenia czy placem manewrowym. Tak czy inaczej Mortkowiczowa uznała, że „Plac Broni" będzie lepszy od „ulicy Pawła" – i tak już w Polsce zostało.

A czy miała – to drugie kluczowe pytanie – prawo to zrobić?

Nie ma jednolitego, powszechnie obowiązującego kanonu postępowania z tytułami. Jako redaktor prasowy powiem wam z ręką na sercu, co robimy z tytułami w gazecie: straszne rzeczy z nimi robimy. Bez żadnych skrupułów, bez cienia szacunku. Zmieniamy, przerabiamy, wymyślamy od nowa. A już zwłaszcza w internecie. Od czasu, gdy media przeniosły się z papieru do sieci – hulaj dusza, piekła nie ma. Ten sam artykuł przed południem może mieć jeden tytuł, po południu drugi, a nazajutrz trzeci. W zasadzie nie przypominam sobie przypadku, by jakiś artykuł przetłumaczony z zagranicznej gazety ukazał się u nas pod oryginalnym tytułem.

Z książkami jednak jest inaczej. Tu tłumacz i redaktor mają mniejszą swobodę, bo tytuł jest najczęściej uznawany za element autorskiego projektu, stanowi integralną część dzieła. Tylko w szczególnie uzasadnionych wypadkach tytuł przekładu odbiega od oryginału, np. gdy ten oryginał jest nieprzekładalny. Tak właśnie było w przypadku powieści „Kalef" współczesnego węgierskiego pisarza Zsolta Berty. W żargonie młodzieży lat 60. słowo „Kalef" było slangową nazwą budapeszteńskiego placu Moskwy – i w żaden sposób nie dało się go przetłumaczyć na polski. Polskie wydanie powieści nosi więc tytuł: „Chłopcy z placu Moskwy", nawiązujący do tytułu Molnára, a właściwie Mortkowiczowej.

Im wyższa ranga danego twórcy i dzieła w literackiej hierarchii, tym większy szacunek wymagany jest od tłumacza i wydawcy w obchodzeniu się z tytułem. Łatwo sobie wyobrazić, jaki skandal by wybuchł, gdyby jakiś dzisiejszy tłumacz postanowił zatytułować przekład „Romea i Julii" np. „Historia pewnej miłości". A jednak Mortkowiczowa dość bezceremonialnie potraktowała książkę Molnára.

Zanim jednak użyjemy słowa „arogancja", przypomnijmy sobie, że gdy tłumaczyła powieść, nie mogła jeszcze wiedzieć, że ma do czynienia z arcydziełem literatury światowej XX wieku. Powieść po węgiersku ukazała się w odcinkach w młodzieżowej gazecie w 1906 roku, a tłumaczenie Mortkowiczowej – powtórzymy: z niemieckiego – w 1913 r. Dopiero później posypały się liczne kolejne tłumaczenia (w sumie kilkadziesiąt), ekranizacje (w tym węgiersko-hollywoodzka), wystawienia na scenach teatrów (w tym w warszawskim Narodowym).

Mortkowiczowa miała prawo jeszcze nie wiedzieć, że trzyma w ręku klejnot, do którego powinna się odnosić ze szczególnym pietyzmem.

A ponieważ czytelnicy w Polsce – podobnie jak na całym świecie – zachwycili się powieścią Molnára, tytuł Mortkowiczowej utrwalił się w powszechnej świadomości. W kolejnych dekadach wciąż nowe wydania i dodruki „Chłopców z Placu Broni" trafiały do księgarń i na półki w polskich domach.

Gdy więc w latach 80. Tadeusz Olszański zrobił to, co należało zrobić dużo wcześniej: przetłumaczył powieść raz jeszcze z węgierskiego oryginału, a nie z niemieckiego przekładu – stanął w obliczu poważnego dylematu: pod jakim tytułem ją opublikować?

Przekład Olszańskiego także nosi tytuł „Chłopcy z Placu Broni", a sam tłumacz w słowie wstępnym tłumaczy to tak: „Świadomie nie zmieniłem tytułu, jakim opatrzyła Janina Mortkowiczowa tę powieść, gdyż przez 75 lat i przez blisko 20 wydań, przez setki tysięcy egzemplarzy zaczytywanej na strzępy lektury szkolnej, tytuł ten zdobył nie tylko prawo obywatelstwa, lecz również trwałe miejsce w świadomości wielu pokoleń".

Wszystko to prawda. Być może na decyzję wpływ wywarł także wydawca, dla którego zmiana tytułu byłaby krokiem – z rynkowego punktu widzenia – ryzykownym. „Chłopcy z Placu Broni" to samograj, murowany bestseller, natomiast nikomu nieznane „Chłopaki z ulicy Pawła"… Przecież w Polsce nikt o takiej powieści nie słyszał.

Ale może się to zmieni. Gdy w zeszłym roku jedno z wydawnictw zaproponowało mi, by raz jeszcze przetłumaczyć powieść na polski, zgodziłem się i zaproponowałem: wróćmy do oryginalnego tytułu. Wydawca przystał na to, więc gdy jesienią książka trafi do księgarń, na okładce będzie widnieć tytuł taki, jaki wymyślił Molnár: „Chłopaki z ulicy Pawła".

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    <<< No dobrze, ale skąd w takim razie ta ?broń" w nazwie? Dlaczego ?Plac Broni"? Owszem, miejsce to jest ufortyfikowane i bohaterowie bronią placu przed najazdem konkurencyjnej bandy chłopaków, ale nazwa ?Plac Broni" kojarzy się raczej z jakimś magazynem uzbrojenia czy placem manewrowym. >>>

    To już z chęcią tłumaczę :-) Plac broni to termin z dziedziny fortyfikacji - oznacza (a raczej oznaczał do początków XX wieku) generalnie miejsce dość obszerne - na kilkaset co najmniej osób - i płaskie, a osłonięte bezpośrednio od strony nieprzyjaciela np. poprzez zagłębienie w ziemi lub umiejscowienie za kurtyną, czy czołem fortu. W czasie pokoju, plac broni służył celów pomocniczych, np. musztry, ćwiczeń fizycznych, zbiórek etc., a w czasie walk do do koncentracji oddziałów obrońców przed wypadami z twierdzy lub przeciwuderzeniami na atakujących. Dziś to już pojęcie od dawna martwe i pamiętane tylko przez specjalistów/hobbystów, ale +100 lat temu takie terminy fortyfikacyjne jak szaniec, reduta, mina (bynajmniej nie w dzisiejszym znaczeniu ;-), poterna etc. były dość powszechnie znane i używane nawet w języku potocznym, wiec pewnie Autorce tłumaczenia tak się jakoś automatycznie skojarzyło, jako co nieco odpowiadające dziejom tego książkowego placu...
    Redakcja @kapitan.kirk
    Dzięki za wyjaśnienie, nie wiedziałem tego.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    @kapitan.kirk
    No dobrze ale to plac broni, a nie Plac Broni.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    "Ania z zielonego wzgórza" czy "Ann z zielonych szczytów"? :)
    W oryginale chodziło element architektoniczny domu, nie o wzniesienie.
    już oceniałe(a)ś
    14
    4
    Gdy mój syn chodził do podstawówki, musiałem przypomnieć sobie tę zapomnianą ramotę. W trakcie ponownej lektury odkryłem, że wbrew kluczowi z podręcznika utwór należy odczytywać jako krytykę wychowania w duchu narodowo-militarystycznym. Patrzcie - mówi nam Molnár - do czego może doprowadzić, gdy dzieci biorą patriotyczno-narodowe g... na serio. Moim zdaniem wymowa jest nawet jeszcze bardziej uniwersalna i autor jasno nam to daje do zrozumienia w ciągnącym się niemiłosiernie jednym z ostatnich rozdziałów, gdy umierający Nemecsek bredzi w gorączce: "Plac to nasz kraj, to całe nasze państwo!". W tym kontekście Molnára można wręcz uznać za wieszcza, bo w 1906 roku przewiduje co się stanie za 8 lat, gdy teraz to duzi chłopcy postanowią zabijać się za kawałek placu, za chorągiewkę, za kolor czapki albo koszuli.

    Zresztą najlepsze jest zakończenie książki - przychodzi deweloper i na "wywalczonym" placu buduje po prostu ówczesny apartamentowiec.

    Niestety, moje dziecko pytane czy widzi jakiś morał tej historii, odparło: "żeby nie kąpać się w ubraniu w zimnym stawie". Jest szansa, że taka odpowiedź może nawet pasować do klucza.
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    Ach, ileż oburzu wywołała publikacja "Winnie-the-Pooh" w przekładzie Moniki Adamczyk-Garbowskiej jako "Fredzia Phi-Phi", zamiast "Kubusia Puchatka" Ireny Tuwim.... A był jeszcze "Miś Puh-Niedźwiedzki" Marii Ławrukianiec.
    już oceniałe(a)ś
    6
    0
    podobnie z "Misiem Puchatkiem " Ireny Tuwim.
    już oceniałe(a)ś
    4
    1
    Szekspir też był często tłumaczony z niemieckiego przekładu na polski i te przekłady ciągle funkcjonują w naszej kulturze zamiast wersji Barańczaka czy Słomczyńskiego z oryginału. Nikomu to nie przeszkadza. Sezon ogórkowy w pełni.
    @clug
    A jak sprawdziłeś, że "nikomu"? Po drugie - nie słyszałem, żeby teatry korzystały współcześnie współcześnie z tych archaicznych, często bardzo marnych przekładów. Jeśli już to są one obecne na zasadzie powszechnie znanych cytatów, np. ten o ryczącym z bólu rannym łosiu. Którego to łosia zresztą w oryginale wcale nie ma.
    już oceniałe(a)ś
    5
    1
    Tłumaczka poprawiając tytuł utrafiła w sedno. Plac broni to termin z dziedziny fortyfikacji, o czym napisano w pierwszym komentarzu. W Warszawie miał jednak jeszcze jedno znaczenie, w Warszawie był bowiem tak nazwany plac, dosłownie plac którego nazwę należało pisac dużą literą. Plac Broni na Muranowie wytyczony w XIX za czasów Królestwa Kongresowego, będący w istocie placem musztry. Jest dobrze widoczny na ówczesnych planach miasta. No coż, autor artykułu dał tu plamę jako tłumacz, bo trzeba rozumieć nie tylko słowa, ale i kontest.
    @Rafal_Korzeniewski
    W żadne sedno nie trafiła tłumaczka poprawiając tytuł, bo obowiązkiem tłumaczki nie jest poprawianie autora, tylko jak najwierniejsze oddanie sensu oryginału. To, że w Warszawie był kiedyś jakiś plac (Plac?) Broni, nie ma tu nic do rzeczy, bo akcja utworu toczy się w Budapeszcie, a nie w Warszawie i powinna by zgodna z tamtymi realiami, a nie warszawskimi. Dla poznaniaka zresztą czy krakowianina nazwa "Plac(plac) Broni" nie stanowi zresztą żadnej wartości dodanej, skoro to nazwa jakiegoś miejsca w Warszawie, o którym nigdy nie słyszał. A tłumaczka, jeśli uważa, że wie lepiej, niech se napisze własną, lepszą książkę.
    już oceniałe(a)ś
    2
    4
    Redakcja @Rafal_Korzeniewski
    Istotnie, nie znałem dotąd tego terminu ani nazwy warszawskiego placu. Dzięki za wyjaśnienie. Niemniej muszę się nie zgodzić z opinią, że jako tłumacz powinienem znać ten kontekst. Ten kontekst nie ma nic wspólnego z oryginalną książką - dołożyła go Mortkowiczowa, właściwie nie bardzo wiadomo dlaczego. Przecież Molnar nie znał nazwy warszawskiego placu.
    już oceniałe(a)ś
    5
    2
    @Wojciech Maziarski
    Coś jakby pan Redaktor (Maziarski oczywiście) powtórzył moją argumentację, ale się na nią nie powołał. To odwet za wcześniejsze prztyczki?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Każdy tłumacz ma prawo do podejmowania włsnych -- uzasadnionych --decyzji.
    już oceniałe(a)ś
    2
    1