Raz rozbudzony instynkt godnościowy narodów upokorzonych raczej już nie wygaśnie. Przekonał się o tym w stosunku do Ukrainy Władimir Putin w 2022 roku. I my też w naszych relacjach z Ukraina - które dziś są o niebo lepsze niż w 1943 czy w 1971 roku - powinniśmy samokrytycznie o tym pamiętać.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

11 lipca wspominamy corocznie tragiczne wydarzenia wołyńskie lata i jesieni 1943 roku. I również w tym roku, mimo strasznej wojny na Ukrainie, pojawiły się – także w Gazecie Wyborczej – dyskusje o przebiegu i reperkusjach masowych mordów na ludności polskiej dokonanych wówczas przez formacje UPA. Nie wchodząc w meritum tej sprawy, chciałbym jednak zwrócić uwagę na mało dotychczas uwzględniane uwarunkowania psychologiczne sporu polsko-ukraińskiego i dokonać – zapewne na pierwszy rzut oka szokującego – porównania z ludobójstwem w Rwandzie roku 1994. Ale przedtem o pewnym wydarzeniu sprzed 50 lat, którego sam byłem świadkiem.

Narodowościowe mądrości Januszów

W ostatnich dniach sierpnia 1971 roku, spełniając prośbę ojca, zaniosłem kilka jego noży myśliwskich do szlifierni noży na Hożej (a może było to obok, na Wilczej?). Gdy za tydzień przyszedłem po ich odbiór, dowiedziałem się, że noże zabrała milicja, a to w związku z toczącym się śledztwem w sprawie nieco wcześniejszego zasztyletowania, we własnym mieszkaniu, dziennikarza i działacza politycznego Jana Gerharda. Gerhard, postać dzisiaj raczej zapomniana, cieszył się wówczas sporą popularnością jako autor z lekka beletryzowanego reportażu o walkach z UPA pod tytułem "Łuny w Bieszczadach", który rozszedł się w PRL-u w niebotycznym nakładzie pół miliona egzemplarzy. Opinia publiczna w Warszawie błyskawicznie powiązała dość rzadko w Polsce występującą technikę zabójstwa z wrogością, jaką Ukraińcy musieli odczuwać w stosunku do Gerharda, jako prominentnego uczestnika walk z UPA. A każdy Ukrainiec w opinii polskiej musiał być przecież, niejako automatycznie, zapiekłym rezunem. W rzeczywistości prawdziwi sprawcy morderstwa – co wykryto w rok później – nie mieli z Ukraińcami nic wspólnego i kierowali się motywami rabunkowymi i rodzinnymi: tak czynił zwłaszcza odrzucany przez Gerharda narzeczony jego córki, który chciał usunąć przeszkodę na drodze do ich małżeństwa. Na razie jednak milicja, szukając po omacku sprawców przeprowadzała rutynowe i bardzo szerokie śledztwo, którego chwilową ofiarą padły noże mojego taty.

'Łuny w Bieszczadach' Jana Gerharda zostały wydrukowane w półmilionowym nakładzie
'Łuny w Bieszczadach' Jana Gerharda zostały wydrukowane w półmilionowym nakładzie  domena publiczna

Gdy wreszcie po całym miesiącu przyszła chwila ich zwrotu, w samej szlifierni i przed nią zgromadziły się chyba z dwa tuziny mężczyzn w średnim wieku, należących do specyficznego typu miłośników polowań i przyrody, dziś zapewne nazwałbym ich Januszami. Czekaliśmy prawie półtorej godziny, nim jakiś milicjant zechciał przyjść i rozdzielić łaskawie zatrzymane do badań noże. Przez ten czas jednak odbyłem przyspieszony, ale jakże ciekawy, kurs stosunków polsko-ukraińskich, bo tylko o tym, wiedząc już o przypuszczalnym kontekście sprawy Gerharda, tam mówiono. Był to obraz jakże przygnębiający: W oczach polskiego Janusza roku 1971 Ukrainiec jako taki odstawał od wszystkich kanonów cywilizacyjnych. Olbrzymia większość zgromadzonych przed szlifiernią  chciała się ewidentnie dogadać z „Ruskimi" i w jakiś sposób odzyskać Lwów i tereny po Zbrucz, a „Rusinów" wywalić gdzie pieprz rośnie – a raczej tam, gdzie nie rośnie, czyli na Syberię - co byłoby ich zdaniem słuszną karą za straszne mordy wołyńskie na Polakach. Tak wszechogarniająco pogardliwego stosunku nie wykazywano wówczas ani w stosunku do Niemców, ani do Rosjan, a nawet chyba – choć nie upierałbym się przy tym stwierdzeniu – również w stosunku do Żydów, i to mimo bliskości 1968 roku.

Nikt z tych wspanialców nie zadał sobie pytania, czy to może Polacy przez wielowiekowy ucisk, a bardziej jeszcze przez demonstracyjnie okazywana pogardę, sami nie przyczynili się do wywołania tego zaiste jakże krwawego pogromu na Wołyniu. Dla piszącego te słowa, potomka jednowioskowej rodziny szlacheckiej właśnie z Wołynia (kilku dalszych naszych krewnych zginęło latem 1943 roku) nie ulega wątpliwości, że bardziej niż – słabnący przecież z upływem czasu – ucisk narodowy i ekonomiczny Ukraińców przez Polaków, ta właśnie permanentnie demonstrowana przez nas pogarda, połączona z niekiedy paternalistycznym poczuciem wyższości, sprokurowała mieszankę, która wybuchła w latach 1939-47.

Wzmożenie patriotyczne

II Rzeczpospolita i jej elity administracyjno-wojskowe mimo wielu szykan nie posunęły się zbyt daleko, jeżeli chodzi o metody i procedury ucisku wobec Ukraińców, choć wymienić trzeba np. haniebną akcję burzenia cerkiewek w latach trzydziestych. Wiele innych państw, nie mówiąc o już o państwach totalitarnych, działałoby na tym polu bardziej konsekwentnie, a może i bardziej brutalnie. Ale za to II RP i jej elity znakomicie, acz oczywiście bez jakiegokolwiek sensu państwowo-politycznego, potrafiły obrażać poczucie godności własnej Ukraińców. Na Wołyniu np. takim czynnikiem zaostrzającym stosunki była lokalna tromtadracja patriotyczna tzw. osadników wojskowych, a także, właśnie w przedburzowych latach 1937-1939, nacisk placówek Korpusu Ochrony Pogranicza na prawosławnych, by dokonali konwersji na katolicyzm. Obietnica włączenia „neo-Polaków" do uprzywilejowanej fiskalnie grupy staro-nowej „szlachty zagrodowej" nie bardzo mogła realnie wzmocnić polskość na tych terenach  - tak po prawdzie wszystkie takie działania są na dłuższą metę raczej kontraproduktywne. Naruszając jednak godność prawosławnych, znakomicie rozjuszyła masy ukraińskie. Zaś główny lokalny promotor tej całkowicie chybionej polityki, hurrapatriotyczny wojewoda wołyński Aleksander Hauke-Nowak, we wrześniu 1939 roku jako bodaj pierwszy wyższy urzędnik II Rzeczypospolitej porzucił swój urząd i współpracowników i zrejterował przez Zaleszczyki do Rumunii.

Zbyt mało zastanawiamy się nad faktem, że trzydziesto- i czterdziestolatkowie dowodzący w czasie wojny kureniami UPA i mordujący bezlitośnie Polaków odebrali wcześniej w polskich szkołach - przesyconych specyficznym duchem etosu państwowo-narodowego bazującego na honorowości szlacheckiej - głęboko ich upokarzającą lekcję wykluczenia z tejże ideologii i etosu państwowego. A było to przecież pierwsze pokolenie ukraińskie, które w latach 1917-1921, wprawdzie jeszcze jako dzieci, otarło się o miraż wolności. I to oni właśnie, działając w odwecie, połączyli w strasznej próbie usunięcia 15 procentowej mniejszości polskiej z Wołynia, tradycje form walki rabacji chłopskich z morderczymi technikami przemocy nazistowskiej. Potem miała zresztą przyjść kolej na inne tereny. UPO-wcy wykonali morderczą robotę i ułatwili bezwiednie Stalinowi przeprowadzenie późniejszych deportacji zarówno Polaków, jak i Ukraińców.

15 procent ogółu mieszkańców wynosiła też mniejszość plemienia Tutsi w Rwandzie. Wprawdzie na wiosnę 1994 roku nie była ona, tak jak Polacy do września 1939 roku na zachodniej Ukrainie, już narodem panującym, ale w sposób zdecydowany wysuwała, właśnie jako były naród panujący, pretensje do dominacji kulturowej i cywilizacyjnej, a co za tym idzie i do ograniczonej dominacji politycznej. W rozmowach prywatnych wielu z Tutsi określało członków plemienia Hutu po prostu jako „zwierzęta" – było to faktem powszechnie znanym, sam poznałem takie świadectwa ze strony podróżników. Nie tak daleko było tu do epitetu „czarnego podniebienia" odróżniającego, zdaniem polskiego vox populi, Ukraińców od Polaków. Do potwornego rwandyjskiego ludobójstwa 1994 roku dokonanego przez bojówki Hutu na setkach tysięcy Tutsi przyczynił się cały splot czynników, wewnętrzne walki politycznych elit, ale też i ślepota polityczna niektórych państw europejskich jak Francji czy Belgii. Same interesy polityczne czy też gospodarcze nie mogą jednak moim zdaniem wytłumaczyć bezmiaru emocji i szaleńczego gniewu, jakie wówczas ogarnęły większość społeczeństwa Hutu. Mordując Tutsi, walczyli we własnym mniemaniu o władze, honor a przede wszystkim o godność. Okrywając się hańbą i przegrywając też latem 1994 walkę o władze w Rwandzie, Hutu stracili i rządy nad krajem i własną godność.

Ale raz rozbudzony instynkt godnościowy narodów upokorzonych raczej już nie wygaśnie. Przekonał się o tym w stosunku do Ukrainy Władimir Putin w 2022 roku. I my też w naszych relacjach z Ukrainą – które dziś są o niebo lepsze niż w 1943 czy w 1971 roku - powinniśmy samokrytycznie o tym pamiętać.

Sergiusz Michalski

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Piszę to w Kazimierzu Dolnym na urlopie w Polsce. Akurat mijamy kościół parafialny , na bramie przy wejściu dwie flagi: biało-czerwona I niebiesko-żółta...jestem pewny że ta wojna zmieni wiele w tej części Europy. I już zmieniła dużo....
    już oceniałe(a)ś
    14
    2
    Trudny temat. A i nasza wiedza niestety z wielu powodow kiepska. Mysle, ze po tej wojnie dojdzie do powaznych prac badawczych historykow na ten temat, jak i na temat historii Ukrainy i historii polsko -ukrainskich relacji. Mam wrazenie, ze sam prezydent Zelenskyj to zapowiadal.
    już oceniałe(a)ś
    7
    1
    Pisałem podobnie kilka razy. Na górze krzyży na Grabarce można zobaczyć I takie z napisami " na pamiątkę niszczenia naszych cerkwi w roku 1938"....
    @marekpoplawski
    Najgorsze jest to, że oni doskonale wiedzieli, co robią.

    Ppłk Mieczysław Wężyk, były prezydent Łucka, do ministra spraw wojskowych Tadeusza Kasprzyckiego, Warszawa, 3 grudnia 1936 r.:

    "Moim zdaniem polska racja stanu w województwach wschodnich bazuje na miastach, dworach i kościołach. Bez Lwowa i Wilna, bez polskiego ziemiaństwa i kościołów w województwach wschodnich bylibyśmy tylko okupantami, ponieważ wieś nie jest polska.Jeśli chcemy budować Polskę w województwach wschodnich, powinniśmy tam wzmacniać miasta, dwory i kościoły, a jednocześnie rozbudowywać przemysł, sprowadzając w tym celu robotników z zachodu, i opanowywać handel, obsadzając go polskim kupiectwem. Parcelacja majątków polskich jest dopuszczalna tylko w takich warunkach, aby polską kulturę dworu zastąpiła polska kultura wsi ? przez zakładanie na parcelowanych terenach polskich gospodarstw wzorowych wysoko uprzemysłowionych (jak czeskie i niemieckie na Wołyniu)."
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Ja rozumiem te opisane zaszłości polsko-ukraińskie, ale sposób mordowania wskazuje jednak, że nie tylko o wyrównanie krzywd chodziło. Celem Ukraińców było nie tylko "zabić", ale przede wszystkim zadać cierpienie.
    @Jozef_K
    A jak wyglądała rabacja galicyjska?
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @smutnyszatan
    Z tego co czytałem, Austriacy płacili chłopom więcej za martwych niż za żywych. Mordowanie miało charakter merkantylny, ale opisu sposobów mordowania nie spotkałem /oprócz tego, co piłą rżnęli/.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @Jozef_K

    Opisy mordowania Polaków na Wołyniu to dosyć często taka sama czarna fantazja jak słynne zdjęcie wołyńskiego" dziecięcego wianuszka ", czyli czwórki dzieci opasanych drutem kolczastym wokół drzewa. Były relacje, że podobne sceny zdarzyły się na Wołyniu co najmniej kilka razy. A kilka lat temu okazało się , że zdjęcie pochodzi z przedwojennego podręcznika psychiatrii i nic wspólnego z rzezią wołyńską nie ma.
    Zapewne więc te relacje o wianuszkach czy dzieciach wbijanych na sztachety to również fejki.
    Smutna prawda jest taka, że ofiary rzezi zabijano po prostu czym sie dało, a to co chłop miał pod ręką to kosa, siekiera, widły .. Generalnie chyba nikomu nie chodziło o tortury, zabijano jak umiano a że było to okrutne w swojej istocie to oczywista oczywistość.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0