Jako rodzic pragnę prosić o namysł nad polską szkołą, taki prawdziwy, aby moje córki trafiały pod skrzydła nauczycieli wspaniałych, pełnych pasji, mentorsko patrzących w przyszłość i miały czas na dzieciństwo i młodość. Jako nauczyciel proszę o szczerość, o jasne określenie, czy nauczyciel ma być belfrem i rozwijać młode pokolenie, czy urzędnikiem realizującym rozporządzenia MEN - zwraca się czytelnik do Mateusza Morawieckiego.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

List otwarty do Pana Mateusza Morawieckiego, Prezesa Rady Ministrów

Panie Premierze, zdecydowałem się zabrać głos, wykorzystując poniższą formę, ze względu na warunki, w których przyszło nam dyskutować o polskim systemie edukacji. Ważny członek Pańskiego rządu nie ma odwagi na wyznaczenie granic i metod takowej, uciekając od merytorycznego namysłu nad argumentami przedstawionymi przez praktyków czy osoby zainteresowane.

Jestem osobą żywo zainteresowaną i - jak sądzę - kompetentną, ponieważ jestem nie tylko nauczycielem z dwudziestoletnim stażem pracy, ale przede wszystkim tatą dwóch wspaniałych dziewczyn korzystających na co dzień z polskiej szkoły publicznej jako uczennice. Kieruję zatem swoje słowa bezpośrednio do Pana, mając jakąś nadzieję na podjęcie właściwych działań w kierowanym przez Pana rządzie.

Słowa poniższe są próbą wskazania na niszczącą siłę, jaka kryje się w procedowanych w polskim parlamencie zmianach w ustawie Karta Nauczyciela.

Ten nowelizowany tekst jest jak pięciogłowy smok, który niestety może już całkowicie pożreć polską szkołę.

Po pierwsze, projektowane nowe zasady awansu zawodowego nauczycieli są antyrozwojowe i demotywujące pod względem wznoszenia pracy własnej nauczycieli na wyższy poziom.

Wynika to w prosty sposób ze spłaszczenia możliwości rozwoju i awansu w polskiej szkole.

Kto będzie chciał wejść do zawodu, w którym już na starcie wiadomo, że przez całe lata zarobi niewiele?

Młody nauczyciel będzie mocno ograniczony wyznaczonym, dodajmy dziwnym, miejscem w szkole takiego nauczyciela, ale nie nauczyciela. Wejście do zawodu od razu na kilka ładnych lat będzie takie osoby marginalizowało w miejscu, w którym to nie umiejętności, zaangażowanie, talent, praca, a odgórnie nakreślony czas będzie decydował o wejściu do prawdziwego świata edukacji i uzyskaniu statusu nauczyciela w ramach awansu, nauczyciela prawdziwego.

Z drugiej strony nauczyciele w trybie awansu, ci właściwi, zostali ograbieni z możliwości rozwoju i należnego uznania finansowego w tej branży przez zabranie jednego i jednocześnie ograniczenie do jednego stopnia awansu. Człowiek mający przed sobą tylko jeden stopień nie musi na niego wchodzić, bo już szczyt widzi. Chyba nie muszę tego dalej tłumaczyć.

Nasze dzieciaki przez następne lata mają kształcić, wychowywać i rozwijać ludzie, którzy sami nic osiągnąć nie mogą i do tego są marginesem społecznym? Ta smocza głowa jest najbardziej zjadliwa, najistotniejsza, najbardziej agresywna. Ma jednak, ta głowa, sprzymierzeńca w postaci wyrastającej z tej samej szyi głowy finansowej.

Spłaszczenie trybu awansu w polskiej szkole spłaszcza w oczywisty sposób wynagrodzenia. W jaki sposób dyrektor szkoły namówi kogokolwiek do rozwoju i pracy z pasją, jeżeli młody nauczyciel będzie zarabiał o grosze mniej niż ten awansujący po latach?

Krótko mówiąc, kto będzie chciał wejść do zawodu, w którym już na starcie wiadomo, że przez całe lata nie będzie więcej zarabiał, ale i po latach stażu i pracy z pasją nie będzie mógł zarabiać zgodnie z nakładem pracy włożonej, bo wiedzą powszechną jest to, że awans finansowy zamyka się w kilku stówkach więcej?

Dlaczego ktoś odgórnie narzuca, jak i kiedy mam pracować z uczniem?

Trzecia głowa tego ustawowego smoka już nie przeraża tak bardzo, ale z pewnością cofa o całe lata to, co udało się wypracować dotychczas. Chodzi o tę projektowaną jedną godzinę poza pensum, która ma być ewidencjonowana. Nauczyciele pracujący z pasją wyrabiają wiele godzin poza pensum z uczniami, którzy tego chcą i potrzebują. Nakaz ewidencji ich wkurzy i ograniczą te godziny do jednej. Uczniowie stracą. A dlaczego wkurzy? Bo z jakiego powodu ewidencjonować jedną, a nie wszystkie? Dlaczego mają dodatkową pracę biurową wykonywać przy ewidencjonowaniu? Dlaczego, w końcu, ktoś odgórnie narzuca, jak i kiedy mam pracować z uczniem, a uczeń z nauczycielem? Czy nie powinno to wynikać z potrzeb i możliwości? Ktoś zapytał rodziców, czy chcą, aby dzieci kolejną godzinę w tygodniu spędzały w szkole? I tak szkoła opanowała życie polskich dzieciaków w ogromie czasu. Jeżeli zapis ten ma zmusić nauczycieli do pracy, to niewiele Pana minister wie o tej pracy, jeżeli wspomóc rodziców, bo korepetycje rozlewają się po kraju już od 5 klasy podstawówki, to dziękujemy.

Nauczyciel, który nie umie nauczyć dziecka matmy czy historii w normalnym czasie, nie zrobi też tego przez dodatkową godzinę, wolimy, aby nasze dzieciaki odpoczęły.

Zatem ewidencjonujmy wszystkie godziny, dlaczego nie? Może się jednak okazać, że nauczyciele pracują za dużo i zadania nałożone przez Pana ważnego ministra są nie do zrealizowania przez przeciętnego nauczyciela z przeciętnym uczniem w normalnym kodeksowym czasie pracy. Jeżeli nie o to chodzi, tylko o wspomożenie rodziców, to może zamiast dokładać godzin, to ograniczmy podstawy programowe i setki stron bzdurnych informacji których dzieciaki muszą się uczyć. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, wiedza jest ciut inaczej dystrybuowana, może czas to zauważyć?

W tym świetle, już mocno wycieńczony walką z trzema powyżej opisanymi głowami smoka, zauważyć należy jawiące się dwie pozostałe głowy potwora pożerającego polską edukację, którego Państwo właśnie hodują w parlamencie.

W pierwszej kolejności chodzi o sposób wprowadzania zmian. Nie umiem sobie, ani nikomu z otoczenia, wyjaśnić, dlaczego zmiany są procedowane w tym terminie, bez rozmowy z uczniami, nauczycielami i rodzicami. Jaka przyczyna stoi u wrót edukacyjnego systemu nakazowego, który się nie sprawdza, ponieważ inne problemy ma szkoła mojej młodszej córki, mała, wiejska, mocno wspierana przez rodziców, a jeszcze inne szkoła duża, miejska mojej starszej córki, gdzie rodziców praktycznie nie ma, a jeszcze inne techniczna szkoła, w której pracuję.

Zrównywanie wszystkich i wszystkiego zawsze prowadzi do obniżania wymagań, standardów czy oczekiwań. Rozwiązują Państwo problemy, których często nie ma, jednocześnie tworząc kolejne bardzo uwierające. Boję się, że wynika to z braku realnych rozwiązań albo, co gorsza, z udawania pracy nad rozwiązaniami.

Bardzo chciałbym się mylić.

W końcu zauważyć należy piąty problem, może i najmniejszy, może i wydający się błahym, ale to problem kryjący się w fundamencie edukacji.

Zmiany dla zmian

Fundamentem tym jest zmiana. To niesamowite, jak w przestrzeni edukacyjnej, gdzie pewna konsekwencja, mozół, spiralność działań, które są tak pożądane metodycznie na każdych zajęciach, po raz kolejny wprowadza się zmiany aneksujące dotychczasowe ustalenia. Często bez cezury czasowej wyznaczanej przez sprawdzenie, czy poprzednie zadziałały. Uczniowie i rodzice często kilka razy w ciągu procesu edukacji są doświadczani istotnymi zmianami, nie wspominając o nauczycielach przeżywających zmiany permanentnie. Nie trzeba wielkiej inteligencji, aby wiedzieć, że nadmierne mieszanie w pewnym momencie już nie łączy składników, tylko je rozbija, tworząc nikomu niepotrzebna papkę.

Dotychczasowy system awansu nie działał? Zatem pochylmy się, zastanówmy, przebadajmy i naprawmy. Po co wymyślać nowy? Wycofaliśmy się z dwóch godzin ewidencjonowanych poza pensum z jakiegoś powodu. Z jakiego wracamy do jednej? Jeszcze nie do końca nauczyliśmy się nowych zasad oceny pracy nauczyciela, a już mamy koleją ich odmianę powiązaną z awansem. Jeszcze nie wysechł podpis prezydenta pod nowelizacją ustawy w związku z podwyższeniem średniego wynagrodzenia (nikt w tym kraju nie rozumie tego terminu, a co najważniejsze nikt nie zarabia takich pieniędzy), a już procedowana jest kolejna zmiana.

Jako rodzic pragnę prosić o namysł nad polską szkołą, taki prawdziwy, aby moje córki trafiały pod skrzydła nauczycieli wspaniałych, pełnych pasji, mentorsko patrzących w przyszłość, dumnych i miały czas na dzieciństwo i młodość. Jako nauczyciel proszę o szczerość, o jasne określenie, czy nauczyciel ma być belfrem i rozwijać młode pokolenie, czy urzędnikiem realizującym rozporządzenia MEN.

Jako obywatel liczę, że Pański rząd zmierzy się ze stworzeniem podwalin pod system edukacji, który pozwoli ze spokojem i nadzieją patrzeć w przyszłość polskiego społeczeństwa, wszak wszystko, co istotne, kształtuje się w nim w latach szkolnych.

Z należnym szacunkiem

Marek Sosnowski

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Nie za bardzo rozumiem tego pana.
    Nauczyciel ma być z pasją, rozwijający się, pracujący dodatkowo po godzinach, oczywiście za free, chodzący na wycieczki poza czasem pracy, rozwijającym uczniów popołudniami i w soboty, dla własnego i ich zadowolenia, itd. Takie oczekiwania a nie tylko pan, ale większość rodziców.
    A teraz pytanie - kto pracuje poza godzinami swej pracy za darmo, na chwałę pracodawcy?
    Dlaczego każdy uważa, że nauczyciel powinien więcej pracować? Że powinien poświęcać swój wolny czas na pracę? Że powinien zaniedbywać swoje dzieci, swoją rodzinę?
    Bo?? Słucham!
    Pomijam mizerne zarobki, bo o tych wiadomo. Pomijam, że ktoś poświęca 5 lat swojego życia by studiować, traci możliwości przez 5 lat zarabiania pieniędzy, a zwykle to jego rodzina pracuje na niego by studiował. A potem, państwo polskie daje mu możliwość zarabiania najniższej krajowej przez lata, ale za to stawia mu horrendalne wymagania.
    Kochani Państwo i wy młodzieży - "Szanuj nauczyciela swego, bo za chwilę nie będziesz miał żadnego!"
    już oceniałe(a)ś
    23
    0
    Wołanie na puszczy,
    ale próbować trzeba.
    już oceniałe(a)ś
    13
    1
    Autor tego listu jest abo naiwny albo w bajki wierzy. Pan Czarnek ma gdzieś opinie nauczycieli. Jemu się wydaje że zjadł wszystkie rozumy, a samymi nauczycielami pomiata przy każdej okazji .
    Pisać do niego listy to jak wołać na puszczy. Lepiej niech szanowni nauczyciele zastanowią się nad skuteczną formą protestu we wrześniu, bo w tym śmiesznym kraju tylko rozwiązania siłowe przynoszą jakieś efekty. Potulnych próśb nikt nie słucha a motłoch u władzy rozumie tylko język siły, niestety..
    @verita serum
    List jest do Mateusza Morawieckiego, ale właściwie to wszystko jedno.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Jak w PRL-owskim Stowarzyszeniu Literatów Polskich. Warunek przyjęcia: wydać jedną książkę i dwóch kolegów.
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Oświata za czasów pisu... umarła.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    "aby moje córki trafiały pod skrzydła nauczycieli wspaniałych, pełnych pasji, mentorsko patrzących w przyszłość i miały czas na dzieciństwo i młodość"

    Tak, na pewno. Jedyne pod co mogą trafić, to pod bat religijnych indoktrynatorów, których mamy w każdej szkole, albo pod obcas czarnkowych czynowników. Powodzenia.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0