Nadal będę traktował Dostojewskiego jako swego arcymistrza. Mimo że nie lubił on Polaków. Nie odwzajemnię mu się - pisze Stanisław Brejdygant, znany aktor, reżyser, dramaturg.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Czy Bach, Beethoven, Goethe i Schiller są współwinni zbrodni Hitlera?

Oto pytanie, wbrew pozorom w pełni zasadne, jakie publicznie stawiam mym rodakom. Retoryczne? Nie. Konkretne. A muszę je postawić, słuchając czy czytając wypowiedzi ludzi często takich, których gotów byłem dotychczas uważać za światłych, a którzy w uniesieniu, albo raczej amoku, pozbawieni, na pewien czas, mam nadzieję, rozsądku, który zapewne niebawem powróci u nich na właściwe miejsce, postulują – niektórzy jedynie czasowe ograniczenie, ale również są tacy, którzy chcą, wobec zbrodniczych działań armii rosyjskiej na Ukrainie, by to było całkowite zerwanie z kulturą rosyjską.

Skłonni są – co tam skłonni, tu i ówdzie zapadły już przecież takie idiotyczne, kompromitujące, decyzje – przystąpić do odwoływania koncertów muzyki Czajkowskiego, Strawińskiego czy Szostakowicza. Na szczęście dyrektorzy teatrów okazali się rozsądniejsi i mimo sugestii obecnego ministra kultury - człowieka, jak wszyscy pozostali przedstawiciele obecnej władzy skutecznie rujnującej nasz kraj w każdej dziedzinie, który robi to w dziedzinie kultury – który oficjalnie przekazał sugestię podległym sobie instytucjom, by nie sięgały po dzieła stworzone przez Rosjan, otóż dyrektorzy ci odważyli się nie odwoływać premier sztuk Antoniego Czechowa. Zatem teraz ad rem.

Ofiary zbrodni rosyjskich w Buczy, 5 kwietnia 2022 r.
Ofiary zbrodni rosyjskich w Buczy, 5 kwietnia 2022 r.  Fot. Rodrigo Abd / AP Photo

Otóż nie pamiętam – ale moja pamięć może być zawodna, byłem wszak wówczas małym dzieckiem – ale też nie istnieją żadne świadectwa na to, by w czasie hitlerowskiej okupacji, w czasach bezprzykładnego terroru – polowania na ludzi, czyli łapanek, ulicznych egzekucji, tortur w gestapo, wreszcie likwidacji getta i okrucieństw w dniach powstania warszawskiego, no i obozów koncentracyjnych - otóż nie pamiętam, by wówczas komuś przyszło do głowy skreślać Bacha, Beethovena, Goethego czy Schillera.

Na trwającej, skutkiem napaści Federacji Rosyjskiej na Ukrainę i zbrodniczymi środkami prowadzonej przez nią wojny - umyślnie używam tego sformułowania: Federacji Rosyjskiej, bo to ważne, w jej armii służą wszak, poza Rosjanami, przedstawiciele wielu narodów i grup etnicznych, z których ogromna terytorialnie Rosja się składa – otóż na tej zbrodniczo prowadzonej przez Rosję wojnie dzieją się rzeczy straszne. Dzieją się rzeczy, które dzięki stałemu, bliskiemu oglądowi nie chcą mieścić się nam w głowach.

I oto dowiadujemy się, że podobno, oczywiście trudno uwierzyć w uczciwość badań, ale nawet zakładając wszelkie manipulacje, to i tak wychodzi na to, że przeważająca cześć społeczeństwa w Rosji popiera zbrodniczo prowadzoną wojnę Putina w Ukrainie. Podobno popiera ją ponad siedemdziesiąt procent społeczeństwa. Tylko że - przypomnijmy sobie - gdyby takie badania przeprowadzono w Niemczech w latach czterdziestych ubiegłego wieku i gdyby jakimś cudem mogły być one wiarygodne, to okazałoby się, że do czasu Stalingradu wojnę, przecież zbrodniczą, popiera tam zapewne dziewięćdziesiąt kilka procent Niemców. A gdy już zbliżała się klęska, to zapewne jedynie kilkanaście procent mniej.

No i proszę, kilkadziesiąt lat później, potomkowie tamtych Niemców, w większości bez zastrzeżeń popierających zbrodnicze działania Hitlera lub też, co dotyczy znacznej części, po prostu niedostrzegających, nieprzyjmujących do świadomości tego, co się dzieje na terenach okupowanych, ci sami Niemcy, to znaczy potomkowie tamtych Niemców, żyją dziś we wzorowo demokratycznym państwie.

A zatem chyba należy zadać pytanie: o czym to świadczy?

Co sprawia, że żyjący w zgodzie obok siebie południowi Słowianie, w królestwie Jugosławii, Serbowie i Chorwaci, nagle, po wybuchu wojny, mimo często powiązań rodzinnych, zaczynają siebie bestialsko mordować, jedni drugim obcinając głowy, drudzy pierwszym wyłupiając oczy.

Potem komuniści pod wodzą Tity, wydawałoby się, jakby na powrót tworzą wspólny naród (okrutnie przy tym eksterminując Włochów na odzyskanych terenach, a także przeciwników swojej władzy). No a po niespełna czterdziestu latach „tamto wraca", znów czystki etniczne, oczywiście w „imieniu narodu", ludobójstwo w Srebrenicy i innych miejscach.

Zawsze bowiem tak jest. Największe zbrodnie popełniane są w imieniu narodu, w imieniu plemienia, w imieniu klasy społecznej, w imieniu rasy. Tam, gdzie wrogiem czyni się Innego. Jak w Rwandzie, gdzie przez kilkadziesiąt dni, wieczorami, po pracy, Hutu trudzili się obcinaniem maczetami głów sąsiadów, Tutsi.  Minęły lata, a oni ciągle uczą się na powrót żyć razem.

A przykład Kambodży, gdzie Czerwoni Khmerzy, używając do tej „pracy" przede wszystkim dzieci, wymordowali, rozbijając cepami czaszki, jedną trzecią narodu.

Wróćmy do Europy. Przecież w Belgii, której stolica jest dziś stolicą naszej Wspólnoty Europejskiej, zamieszkują potomkowie żołnierzy ich niegdyś miłościwie panującego króla Leopolda, największego, dziś powiedzielibyśmy, zbrodniarza wojennego w XIX wieku, którego podbój kolonialny Konga kwalifikuje się jako klasyczne ludobójstwo. Czy wobec tego, pamiętając o tej niechwalebnej przeszłości, w odwecie niejako, powinniśmy zaprzestać lektury Maeterlincka czy nie oglądać obrazów Bruegla?

Fot. Marcin Kucewicz / Agencja Wyborcza.pl

A oto moja diagnoza. Nie oryginalna. Myślę, że ludzie, którym nieobca jest głębsza refleksja, którzy chcą nazywać się przyzwoitymi, podzielają moją opinię. A zatem: źródłem zła, choroby, która odczłowiecza człowieka, jest idea zamknięcia i traktowanie Innego jako Obcego. A gdy używam zwrotu: idea zamknięcia, to mam na myśli, powtórzę, nację, plemię, klasę społeczną, rasę, bywa, że także płeć. Oczywiście największe zbrodnie popełniono w imię narodu.


Deprecjonowanie Innego to furtka do zbrodni. Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam plakaty z przeraźliwie brzydką twarzą, z haczykowatym nosem i pejsami, a pod nimi napis: „Żydzi, wszy i tyfus" . Łatwo sobie zatem wyobrazić, jak po kilkudziesięciu latach od tamtej chwili, gdy zobaczyłem podobny plakat, odebrałem słowa ważnego polityka w moim kraju o „bakteriach i pierwotniakach", które jakoby przyniosą nam obcy, imigranci. Otóż tylko nadrzędna idea Rodziny Ludzkiej jest lekarstwem na wciąż i wszędzie na świecie groźną chorobę nacjonalizmu.

Obcość wobec INNEGO w połączeniu z hodowanym poczuciem wyjątkowości swojego narodu to podglebie mogące doprowadzić w perspektywie do zbrodni.

Wszędzie. Bo człowiek pod  każdą szerokością geograficzną, zasadniczo jest podobny. Tak samo skłonny do dobra, jak do zła. I nie do przecenienia jest siła indoktrynacji. Rozgłośnia w Kigali, w Rwandzie, przez tygodnie szczuła, nadając komunikaty o „karaluchach", które trzeba wytępić, czyli o Tutsi. Potem wystarczyło tylko dostarczyć maczety.

Otóż znam szczujnię, która na szczęście do mordu nie zachęca, ale jak wielkie spustoszenia robi w umysłach mych rodaków, o tym, bywa, słysząc ich, mogę się przekonać. Władze uczciwie dbające o dobrostan, nie tylko materialny, także duchowy, swych obywateli powinny przede wszystkim chronić ich przed indoktrynacją. Społeczeństwo otwarte, z bogatą, niczym nieskrępowaną opinią publiczną i z gwarancją sprawiedliwości, czyli z absolutnie niezależnymi od władzy sądami – tylko to może dać pewność, że nic złego się nie stanie. A także – uwaga - istnienie wspólnoty większej niż własne państwo.

Ci, którzy podważają sens istnienia Unii Europejskiej, są zaiste najgroźniejszymi wrogami ojczyzny. Bo nie ojczyzny zamkniętej nam trzeba, nie wsobnej autarkii zarażonej gangreną nacjonalizmu, obolałej od kompleksów, zawsze niewinnej, pozbawionej znamionującego siłę poczucia wielkoduszności, umiejętności przyznawania się do win i błędów, nie, nie takiej Polski nam trzeba. Trzeba nam Polski normalnej, znającej swą wartość, a zatem niewymagającej ciągłego udowadniania tego faktu.

A wracając do, delikatnie mówiąc, nierozważnych i nierozsądnych wezwań, by w odpowiedzi na bestialstwa rosyjskiej armii w Ukrainie objąć bojkotem rosyjską kulturę: chcę wierzyć, że już nastąpiło otrzeźwienie, refleksja.

Wrócę do porównania z Niemcami w czasach nazizmu. Wówczas, poza twórcami Żydami, którym groziły prześladowania, zatem uciekali, to gdybym miał przywołać nazwiska postaci wybitnych, ludzi, którzy świadomie i demonstracyjnie opuścili Niemcy – mając w ten sposób odwagę bronić honoru swej ojczyzny, przychodzą mi na myśl trzy nazwiska - choć wiem, że było ich nieco więcej, ale niezbyt wiele – to Marlena Dietrich i Willy Brandt. Oboje oni mieli odwagę przywdziać mundury armii alianckiej, walczącej z Niemcami, zatem uwaga, ze swymi rodakami (otóż w mundurach armii ukraińskiej także walczą Rosjanie i jest ich na pewno więcej niż dwoje). A także, największy wówczas pisarz obszaru języka niemieckiego, Tomasz Mann.

Tymczasem we współczesnej Rosji, o której specyfice, o jej, niepodobnej do innych, tak zwanej duszy rosyjskiej, ostatnio wiele się naczytałem, relatywnie ogromna rzesza ludzi broni człowieczego honoru swojej ojczyzny. I jest pośród nich co najmniej kilkoro twórców z najwyższej półki, jak choćby znani pisarze - w tym dwóch, tak się akurat składa, że obaj małżeństwami związani są z Polską - Iwan Wyrypajew i Wiktor Jerofiejew.

Rosję w proteście wobec zbrodniczej wojny opuściło już także wielu innych, uwielbianych przez Rosjan (akurat Polacy nie mają pojęcia o skali, o sile uwielbienia publiczności rosyjskiej, jakim darzy ona swych artystów), takich jak choćby największa ikona rosyjskiej estrady Ałła Pugaczowa i jej mąż, niemający równych showman, śpiewak, aktor, entertainer, Maksim Gałkin. To człowiek, jeśli można tak powiedzieć, niezastąpiony. Jedyny taki. Skarb show-biznesu. Z dnia na dzień z kariery zrezygnował. Jest jednym z najzagorzalszych przeciwników Putina.

Zwracam uwagę na być może dla niektórych trudną do wyobrażenia różnicę – otóż ja, wiadomo wszak jak bardzo krytyczny wobec obecnej władzy w moim kraju, wciąż mogę pisać to, co w tej chwili piszę. W putinowskiej Rosji tylko za użycie słowa "wojna" grozi kilkanaście lat spędzonych w kolonii karnej, czyli w rodzaju obozu koncentracyjnego. Dlatego nie mam słów podziwu dla tych, którzy tam mieszkając, gotowi są demonstrować publicznie swój sprzeciw.

Proponuję zdać sobie sprawę z tego, ile tam, w Rosji, odwaga kosztuje. W porównaniu z sytuacją naszą. Bo u nas, na szczęście, wciąż kosztuje ona nieporównanie mniej. Choć, warto to sobie wciąż przypominać, żyjemy – oby nie trwało to już długo – w kraju, w którym rządzący w gruncie rzeczy marzą o putinowskim „porządku". Wszak ich wzorem jest pilny uczeń dyktatora z Kremla, premier Węgier, którego „nasz" prezes nie przestał stawiać nam za wzór.

Okrutna wojna w Ukrainie, warto sobie z tego także zdać sprawę, sprawiła, że jesteśmy oto świadkami błogosławionego cudu: rzeczywistego pojednania bratnich narodów - polskiego i ukraińskiego.

Oto po czasach trudnych stosunków, kiedy to nieustannie tliła się nie dość, że niechęć, ale często nienawiść wybuchająca aktami krwawej zemsty, po kilku wiekach okrutnego panowania panów polskich, korzystających, gdy im to było potrzebne, z dzielności kozaków, ale też bezwzględnie walczących z nimi, po latach – jak to było w dwudziestoleciu międzywojennym – czynienia na siłę z ukraińskich ziem Polski, a z Ukraińców Polaków (tak uparcie postępowali poprzednicy, protoplaści PIS-u, endecy – dokładnie tak jak Putin dzisiaj, chcący z Ukraińców uczynić Rosjan - tylko znienawidzony przez endeków Piłsudski był innego zdania, nigdy nie odmawiał Ukraińcom praw do narodowej tożsamości, marzyła mu się federacja wolnych narodów), po latach, co tam, po wiekach bezwzględnej supremacji i ucisku miał miejsce akt nieludzkiej zemsty, Wołyń.

A potem przeżyliśmy, skutkiem decyzji aliantów, którzy przyjęli żądania sowieckie, kilkadziesiąt lat, my Polacy, życia w „czystym etnicznie" państwie. I oto wracamy jakby do korzeni. Znów, ale już w braterstwie, w pokoju i przyjaźni, możemy żyć z tak bliskim nam narodem. Oby jak najprędzej we wspólnej, większej, europejskiej rodzinie, w Unii.

Na koniec jeszcze kilka słów o kulturze rosyjskiej, której ogromny wkład do skarbca kultury światowej jest niezaprzeczalny. Otóż za nic nie chcę być pozbawionym kontaktu z tą kulturą. Bo to dopiero byłoby wielkie zwycięstwo krwawego dyktatora Putina. Tak jak Hitler nie mógł nas oddalić od Bacha czy Goethego, tak Putinowi nie uda się wyjąć z naszych dusz, z naszej wyobraźni Tołstoja czy Dostojewskiego (przecież żaden inny naród nie wydał takich arcydzieł w dziedzinie epiki w XIX wieku).

Także nie pozwolimy mu odebrać sobie Czechowa, na którego dziełach uczą się najwięksi dramaturdzy naszych czasów, zwłaszcza anglosascy. Mam nadzieję, że gdy te moje słowa będą czytane, rozsądek powróci już na swoje miejsce i emocje, niestety te źle ukierunkowane, ustąpią. Bo ja nadal będę traktował Dostojewskiego jako swego arcymistrza. Mimo że, trudno, nie lubił on Polaków. Nie odwzajemnię mu się.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    "W czasach bezprzykładnego terroru (...), no i obozów koncentracyjnych - otóż nie pamiętam, by wówczas komuś przyszło do głowy skreślać Bacha, Beethovena, Goethego czy Schillera".

    Bo pewnie mieli ważniejsze rzeczy na głowie - na przykład przeżycie. Poza tym pamięć jest zawodna.

    Nikt książek palić nie zamierza, więc nie rozumiem, po co powstał ten tekst. Dalej można czytać Czechowa i Dostojewskiego, ale może warto podejść ze zrozumieniem do faktu, że inni ludzie nie mają ochoty na rosyjską kulturę w tym dziejowym momencie?
    już oceniałe(a)ś
    17
    3
    Akurat uderzanie w "zwykłych Rosjan", którzy są antyputinowcami jest kompletnie bez sensu - to jakby dodatkowa kara dla nich za uczciwość
    Chore
    Co do twórców - tak samo
    Pytanie, co zrobić z Rosjanami proputinowskimi?
    Ja bym ich wycinał z obiegu (np. kulturalnego) - przynajmniej na czas wojny
    Kwestia Dostojewskiego (i innych tego typu geniuszów) jest faktycznie dość śliska
    Ja tam akurat sobie czytam, ale po cichu - we własnym łóżku ;)
    Publicznie bym wolał nie - przynajmniej na razie
    Potem oni wrócą - jak minie ta wojna (a kiedyś minie)
    Czajkowskiego nie ma się co czepiać, ale przez jakiś czas można go publicznie nie wykonywać
    Przez czysty szacunek dla ofiar tego pieprzonego russkiego mira

    Potem on też wróci, bo czemu by nie?
    On nikogo nie zabił w końcu
    już oceniałe(a)ś
    11
    1
    Warto tu zacytować Jerofiejewa z wywiadu sprzed kilku tygodni.
    "Od wieków okłamuje was kultura przyjęta przez 15 proc. Rosjan, która jest naprawdę wysoka i rzeczywiście europejska. Te kilkanaście procent poszło do łóżka z Europą. Ale reszta Rosjan uważa, że to zdziry, tylko przydatne, bo można się nimi chwalić, pokazywać jako najdoskonalszy wykwit cywilizacji. Jeśli potomek Złotej Ordy trafia do Europy, chce się kimś podeprzeć."
    I jak widać z dzisiejszego tekstu, ta taktyka na niektórych działa, nawet w czasach, gdy rosyjska kultura stała się dla Rosji taką samą bronią, jak rakiety, czołgi czy gwałty.

    wyborcza.pl/magazyn/7,124059,28324346,wiktor-jerofiejew-rosja-w-waszej-optyce-musi-byc-europa-z.html
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    Ależ po co te nerwy? Nikt ci ich nie odbiera.
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Ma Pan rację, chociaż chwilowy bojkot kultury rosyjskiej (często wielkoruskiej) też ma sens. Obecni barbarzyńcy spod znaku putina powołują się przecież na tę wysoką kulturę, by pokazać chłopskosc Ukrainy i swoją wyższość. Prawo do dominacji "Wielkorusów" nad "Małorusami" i innymi narodami Rosji opiera się też na ich wykładzie w kulturę. Tylko że Tołstoj, Dostojewski ((Czechów raczej nie), to chwalcy imperium i rosyjskiej dominacji. Pod koniec życia dołączył do nich Sołżenicyn a również Brodski. Oni też przyczynili się do imperialistycznej polityki putina, gloryfikując Rosję i rosyjską ".wyższość "
    już oceniałe(a)ś
    5
    1
    Panie Stanisławie, zachęcam do lektury noblistki, Pani Aleksiejewicz:
    wyborcza.pl/7,179012,28502869,swietlana-aleksijewicz-rosja-jest-dzis-faszystowska-la-rep.html#S.main_topic_2-K.C-B.1-L.1.maly
    Może po tej lekturze zrouzmie Pan, dlaczego odpowiedzialnośc ponoszą również zwykli Rosjanie
    @dobry_czlowiek...
    Pani Aleksijewicz wolno tak pisać, wolno też pisać tak pani Zabużko.

    My możemy mieć swoją perspektywę. I nie dać się nienawiści, bo ona będzie tkwiła dłużej i głębiej niż nam się zdaje.
    już oceniałe(a)ś
    4
    1
    Panie Stanislawie ruski to ruski i nie ma co dzielic wlosa na czworo.
    już oceniałe(a)ś
    2
    1
    W zasadzie zgadzam się z autorem, ja też nie wyrzucę na śmietnik poezji Wysockiego i jego ochrypłego głosu : " krużit nad Moskwoju ochripszy jewo bariton" jak śpiewał w balladzie " o Wołodi Wysockom" Bułat Okudżawa ( ballad Okudżawy też nie wyrzucę na śmietnik tylko dlatego że góral z Kaukazu śpiewał po rosyjsku). Tylko niedawno był tu ciekawy artykuł czym Tołstoj i Dostojewski " różnią się " od reszty literatury Europejskiej: w ich utworach nie ma pierwiastka " racjonalizmu", jest tam tylko " prawosławny mistycyzm". Ale ktoś już zauważył że ostatni wspólny okres kulturowy dla Europy i Rosji ( wtedy jeszcze księstwa moskiewskiego) to średniowiecze....ponad 200 lat zależności od Złotej Ordy odcięło Moskwę a potem Rosję od prądów renesansu, oświecenia czy reformacji ( w Polsce w 16tym wieku w pewnym momencie " heretyccy" senatorowie byli większością w Senacie)... pewien Ukraiński dysydent w czasach ZSRR napisał na Zachodzie esej że Tołstoja i Dostojewskiego nie należy zaliczać do kultury Europejskiej.
    już oceniałe(a)ś
    3
    2