Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od paru dni mamy bicie piany na temat „dobrze czy źle" było oblać farbą ambasadora Andriejewa. A "przy okazji": gwałcone Ukrainki i Wołyń, i "co ci Ukraińcy się tak panoszą", każdy swoje.

Osobiście mało mam sympatii do Andriejewa, który świetną polszczyzną kłamie jak najęty w wywiadach, które "miałem przyjemność" usłyszeć. Tylko że to bez znaczenia. Andriejew nie jest osobą prywatną, kłamie jako przedstawiciel państwa, którego jest akredytowanym ambasadorem. Taką ma pracę.

Oczywiście historia się powtarza i wszyscy, którzy czytali, tęsknimy za tą sceną z Bułhakowa, gdzie chłopaki ze świty szatana biją po mordzie sowieckiego aparatczyka.

Owszem, można było tego jegomościa wydalić w trybie przewidzianym procedurami. Ale tego nie zrobiono, to znaczy nie zrobił MSZ, a  jeśli nie, to obowiązkiem Polski (jakie by łobuzy nią nie rządziły i jakie nie byłyby pokrętne w stosunku do Putina) było zapewnić mu bezpieczeństwo.

My też mamy ambasadora w Rosji i mamy groby, na których chcemy składać wieńce.

Głupio się podłożyliśmy.

Pozdrawiam

Wołodia Zbiniewicz, Uppsala

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.