Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zawsze miałem raczej niezbyt dobre zdanie o współobywatelach. Jednak to, co nas spotkało, przelało czarę goryczy.

Zajęliśmy się rodziną uchodźczą z Ukrainy: mamą z córką z niepełnosprawnością ruchową. Otoczyliśmy  opieką, zadbaliśmy o PESEL, opiekę zdrowotną, szkołę integracyjną dla dziecka, niezłą pracę dla mamy.

Kolejny krok - małe mieszkanie. Przed spotkaniem z wynajmującymi zawsze mówiliśmy: mama, córka po DPM z UA. Pierwszy przypadek, pani Wioletta, mieszkanka dzielnicy Wyżyny z Bydgoszczy, ustalone koszty (ceny rynkowe), okres 1 rok, jesteśmy umówieni na podpisanie umowy. Chwilę przed podpisaniem umowy telefon - podpiszą ze mną, a nie z rodziną z Ukrainy.

Drugi przypadek, warunki jak wyżej, podpisujemy umowę, wpłacamy kaucję, ustalamy datę przeprowadzki. Dzień przed dzwoni pani Irena z dzielnicy Czyżkówko, że jednak nie wyda kluczy, mamy odebrać kaucję. Na pytanie dlaczego? No bo tak.

I jak można mieć dobre zdanie o rodakach (przynajmniej niektórych)? Oczywiście nie poddajemy się i szukamy kawalerki dalej.

Pozdrawiam

Czytelnik

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.