Wszyscy jesteśmy przesiąknięci lękiem przed bliską wojną. Ten lęk rośnie, im więcej doniesień na temat okrucieństwa żołnierzy rosyjskich. Na tę teraźniejszość nakładają się nasze wspomnienia z lat naszego dzieciństwa i wczesnej młodości, spowite w cieniu Wielkiego Brata. Mimo że teraz są idealizowane, jak każde wspomnienia, mają w sobie również tę zadrę i żal, że tkwiliśmy w komunie. Że nie mieliśmy szans.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

STRATA

Miałem straszny sen. Byłem w obcym mieście, sam. Miasto było całkiem anonimowe, pełne sprzętów i instalacji żelaznych. Nie było tam żywego ducha. Podczas oglądania tamtejszych ulic ni stąd, ni zowąd dopadła mnie fatalna myśl, że nie ma mojej Basi. Że ją straciłem.

Wtedy zacząłem krzyczeć jej imię aż do utraty tchu. Jak spod ziemi pojawiliście się Wy, moi fejsbukowi znajomi, i patrzyliście na mnie, tak rozpaczliwie krzyczącego, na owym nieludzkim pustkowiu, wzrokiem beznamiętnym, zaledwie ciekawym.

I na szczęście się obudziłem. I pomyślałem sobie, że to jednak wielkie szczęście, kiedy tuż obok śpi moja Basia, z którą dzielę życie od niepamiętnych czasów.

Ostatnio z moimi ukraińskimi domownikami udaliśmy się na spacer do parku Morskie Oko i mijając Pałacyk Szustra, postanowiłem im powiedzieć, że tam wziąłem ślub z Basią 25 maja 1986 roku. Mogli być zadziwieni, jaki jestem stary, bo ich jeszcze wtedy nie było na świecie i nawet zapewne nie byli w planach. Są rocznikami lat 90. ubiegłego wieku.

Gdy ludzie kochają się i przyjaźnią szmat czasu, w pewnym sensie zespalają się z sobą, udzielając nawzajem część swojej tożsamości. Stają się dla siebie nałogiem w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie zamierzam nikogo nakłaniać do trwania w związku na siłę, ani oceniać tych, których drogi się rozeszły.

Jednakże doświadczenie kultywowania związku na przekór burzom i słabościom ma coś metafizycznego w sobie. Mój sen stworzyłem w scenerii wojennej. Sen według mojego nauczyciela, doktora Zbyszka Sokolika, psychoanalityka, wyraża sprzeczność obaw i chęci, choć akurat w tym przypadku był to sen fobiczny, silnie lękowy, więc wyrażał jedynie obawy. Taki wyjątek od reguły.

Wszyscy jesteśmy przesiąknięci lękiem przed bliską wojną. Ten lęk rośnie, im więcej doniesień na temat okrucieństwa żołnierzy rosyjskich. Na tę teraźniejszość nakładają się nasze wspomnienia z lat naszego dzieciństwa i wczesnej młodości, spowite w cieniu Wielkiego Brata. Mimo że teraz są idealizowane, jak każde wspomnienia, mają w sobie również tę zadrę i żal, że tkwiliśmy w komunie. Że nie mieliśmy szans.

Urodziłem się raptem dwie dekady po zakończeniu II wojny światowej. Moi bliscy dobrze ją pamiętali. Na ulicach mijaliśmy okaleczonych. Ulice pełne były walących się domów, szczerbatych od bomb. Z innych patrzyły na nas ślady od kul. Nasze życie naznaczone zostało wojną, lecz łudziliśmy się, że to będzie już tylko pamięć i przeszłość.

Trwała tzw. zimna wojna i wyścig zbrojeń. Sądziliśmy, że możni tego świata się bawią, szantażując się nawzajem i trzymając w szachu. Okazało się, że przeszłość nas dopadła. W takich chwilach jedyne, co nas może podtrzymać na duchu, to więź z najbliższymi.

Współczuję ofiarom putinowskiej agresji, którzy stracili rodziny. Nasz wspólny koszmar trwa i nie możemy się zeń obudzić.

Przemysław Wiszniewski

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem