Jeśli akurat nie jedziesz gdzieś, nie ładujesz rzeczy na ciężarówkę, nie wisisz na telefonie albo komunikatorze, to kładziesz się i śpisz. A potem wstajesz w amoku i robisz to wszystko od nowa - mówi Aleksander Leńczyk, który wraz z przyjaciółmi ewakuował z Ukrainy kilkaset osób
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Aleksandrem Leńczykiem, współzałożycielem fundacji Kordon, której celem jest pomoc uchodźcom w ucieczce z miejsca konfliktu, oraz z Michałem (Mikiem) Wysockim, który mieszka i studiuje kreatywne pisanie w Liverpoolu. Obaj są wolontariuszami pomagającymi w ewakuacji ofiar wojny w Ukrainie.

Anita Karwowska: Na granicy polsko-ukraińskiej znaleźliście się zaraz po wybuchu wojny.

Aleksander Leńczyk: Pierwszy raz pojechałem tam 2 marca. Koledzy zaproponowali, bym pomógł w transporcie na Ukrainę. Mieliśmy pięć samochodów, którymi dowoziliśmy rzeczy dla Ukraińców i przywoziliśmy uchodźców przez granicę w Korczowej. Każdego dnia było to kilkadziesiąt osób. Na nogach spędzaliśmy po 20 godzin na dobę.

A Mike?

Michał (Mike) Wysocki: Wszystko przez mojego ukraińskiego przyjaciela Aleksa. Poznaliśmy się w listopadzie ub. roku we Lwowie. Wcześniej mieszkał w Opolu, ja pochodzę z podopolskich Krapkowic. Od razu nawiązała się między nami nić porozumienia.

Mieszkam od kilku lat w Liverpoolu. Aleks zadzwonił do mnie 24 lutego o 6 rano i powiedział: "Stało się. Jednak najechali". Tak samo jak większość Europejczyków nie wierzył w taki scenariusz.

Dwie godziny później zabookowałem bilet do Rzeszowa. Na miejscu byłem 25 lutego. Namówiłem Aleksa, by jechał do Polski. Ruszył na Medykę, ale kolejka do granicy była tak długa, że do punktu paszportowego dostał się dopiero wieczorem. Tam usłyszał, że prezydent Ukrainy zarządził powszechną mobilizację. Aleks nie mógł już opuścić kraju.

Wtedy zdecydowałem, że w takim razie ja jadę na Ukrainie, aby pomagać. Nie mogłem się wycofać. To był mój moralny obowiązek wspierać Aleksa i innych Ukraińców.

Zaangażowałem się w ewakuację ludności. Takich osób gotowych do pomocy było coraz więcej. Dziś to ok. 100 kierowców, podzielonych na grupę lwowską i kijowską. To ludzie dobrej woli, aktywiści z różnych stowarzyszeń.

Nie jesteście formalną organizacją, działacie na własną rękę.

A.L.: Transporty pomocowe i ewakuację organizowaliśmy na początku w kilka osób. Każdy z nas ma swoje życie i zobowiązania, ale zawiesiliśmy je na chwilę, by działać razem. Zaangażowaliśmy się w to w pełni, właśnie założyliśmy fundację Kordon, która będzie działać już w sposób bardziej ustrukturyzowany. Zamierzamy dalej pomagać w ucieczce z miejsc konfliktu, ale też wspierać osoby, które nie mogą albo nie chcą wyjechać, oraz uchodźców, którzy są już w Polsce.

Założyciele fundacji Kordon podczas działań pomocowych.
Założyciele fundacji Kordon podczas działań pomocowych.  arch.prywatne

Kto tworzy tę fundację?

A.L.: Jest nas trzech. Damian - jest stolarzem freelancerem. Nik - zarządza oraz projektuje sieci informatyczne dla międzynarodowych korporacji, i ja - pracuję jako product menager w Agorze.

Przeczytaj również: Marina ratuje mieszkańców Mariupola. "Na rękach zmarły mi cztery kobiety. W moim mieście trwa ludobójstwo"

Na początku sami finansowaliśmy wyjazdy, z czasem zaczęli się dokładać znajomi. Bardzo pomaga nam też ewangelicki kościół Droga. Za te pieniądze kupujemy paliwo, dary i opłacamy kierowców. Ta siatka jest coraz większa. Każdy z kierowców, jeżdżąc między Polską a Ukrainą, zrobił po blisko 6 tys. km.

Wojna trwa sześć tygodni. Jak to, co widzieliście, zmieniało się z czasem?

M.W.: Kiedy jechałem z Medyki do Lwowa, widziałem wielokilometrowe kolejki uciekających, na dworcach czekały dziesiątki tysięcy ludzi. Dziś już jest inaczej, uciekają osoby, które nie mają w Polsce czy na Zachodzie rodziny ani znajomych, jadą w ciemno. Ich sytuacja jest znacznie trudniejsza. Uciekają, bo nie mają wyjścia, wiedzą, że zaraz ich dom może zostać zniszczony, muszą ratować życie.

Charków. Wolontariusze, w tym Mike Wysocki, przywieźli rzeczy potrzebne mieszkańcom miasta.
Charków. Wolontariusze, w tym Mike Wysocki, przywieźli rzeczy potrzebne mieszkańcom miasta.  arch. prywatne

A.L.: Poznałem Ukrainkę, która trzykrotnie wracała do swojej rodzinnej wsi, aby namawiać pozostałych tam ludzi, by wyszli z piwnic i zgodzili się na ewakuację. Nie była w stanie ich przekonać, chociaż siedzieli tam bez jedzenia, w zimnie. Paraliżował ich strach, a ona była wobec tego bezsilna.

Przewiozłem do Polski ponad 300 osób. Rzadko kiedy próbowałem rozmawiać. Widziałem, że przede wszystkim te osoby potrzebują się przespać - nie na twardym, nie na zimnie, nie w strachu. Starałem się w samochodzie stworzyć bezpieczną atmosferę. Włączałem ogrzewanie, cichą muzykę, aby zeszło z moich pasażerów napięcie. Niektórzy zamienili ze mną kilka słów, inni po prostu jechali w milczeniu albo spali.

Co mówią ci, którzy zostają?

A.L.: Widziałem ludzi na poboczach drogi, którzy pieszo wracali do Ukrainy z zagranicy, by walczyć. Poznałem 68-latka, którymi mimo problemów z poruszaniem się absolutnie nie chciał wyjeżdżać z Ukrainy. Mówił, że będzie tam do końca, bo to jego kraj.

Co się wydarzy dalej?

M.W.: Według mnie to niestety kwestia czasu, aż Ukraina zostanie zdobyta.

W Polsce jest wiele nadziei, że będzie inaczej.

M.W.: Nikt do końca nie wierzył, że w ogóle ta wojna jest możliwa. I teraz chyba też ludzie myślą podobnie - niemożliwe, by to długo trwało, niemożliwe, że Ukraina zostanie pokonana. Może dlatego, że widziałem tę wojnę na żywo, trudno mi mieć tę nadzieję.

Jeździliście po zachodniej i wschodniej Ukrainie. Jak to jest zorganizowane?

M.W.: Jeździmy autami wypakowanymi po brzegi. Wracamy z ludźmi, którzy uciekają przed wojną. Ukraińcy potrzebują wszystkiego.

Trasy trzeba czasem zmieniać z minuty na minutę, bo okazuje się, że ta planowana jest pod ostrzałem, wysadzony został most, przejazd blokuje wojsko. Im bardziej na wschód, tym więcej patroli.

Kiedy jechaliśmy do Kijowa , za Żytomierzem wojsko skierowało nas bardziej na południe, w stronę Białej Cerkwi. Dopiero tam mogliśmy odbić z powrotem w stronę Kijowa.

A.L.: To ciągła walka, by utrzymać koncentrację i umieć reagować błyskawicznie. Czasem okazuje się, że rzeczy, które dokądś przywieźliśmy, powinny trafić gdzie indziej, bo akurat te osoby potrzebują czegoś zupełnie innego.

Dobrze, że powstały grupy na WhatsAppie, to podstawa naszych kontaktów. Nie ma przecież żadnego centrum zarządzania tymi działaniami charytatywnymi, wskazówek, gdzie co należy zawieźć.

Każdy ma swoje plany i możliwości i musi na własną rękę umieć je zrealizować. Akcja-reakcja. To wyczerpujące. Jeśli akurat nie jedziesz gdzieś, nie ładujesz rzeczy na ciężarówkę, nie wisisz na telefonie albo komunikatorze, to kładziesz się i śpisz. A potem wstajesz w amoku i robisz to wszystko od nowa.

Ile da się pracować w takich trybie?

A.L.: Po dwóch tygodniach musiałem zrobić przerwę. Byłem zmęczony, na zadania, które normalnie zajmują mi kilka minut, potrzebowałem godziny.

M.W.: Był taki dzień, kiedy przewieźliśmy do granicy 250 dzieci z jednego z ukraińskich sierocińców . Przed wejściem do autobusu rozdawałem im buteleczki z wodą. Te dzieci nie wiedziały, co się dzieje. Część chyba przypuszczała, że to jakaś wycieczka.

Nocowałem wtedy we Lwowie u Aleksa. Wróciłem do domu nad ranem, usiadłem na kanapie i się rozpadłem.

Ewakuacja ludności cywilnej z Ukrainy.
Ewakuacja ludności cywilnej z Ukrainy.  arch. prywatne

Co było najtrudniejsze?

M.W.: Próby uratowania pojedynczych osób, które nie mają samochodów, są gdzieś odcięte od świata, na terenach kontrolowanych przez Rosjan.

Udaje się?

M.W.: Do dziś nie wyciągnęliśmy chłopaka z Buczy pod Kijowem. Mam nadzieję, że uda się to teraz moim kolegom.

Maksim ma 21 lat. Jest uwięziony w Buczy z ciałem swojej dziewczyny, która zginęła pod obstrzałem. Chłopak ma złamaną nogę i pod opieką 21 psów, bo życzeniem dziewczyny było ich uratowanie. On bez nich nie chce się ruszyć.

Dziennikarz z Kijowa przekazał mi, że zgłosili się ochotnicy do ewakuacji Maksima. Czekają na otwarcie korytarza humanitarnego.

Czy to wykonalne?

M.W.: Jestem cały czas dobrej myśli. Na razie o uratowanie go stara się grupa ludzi dobrej woli. Nie odpuszczą.

A.L.: Są wśród nas osoby szczególnie zdeterminowane i odważne. Jak Filip. To chłopak, który najpierw jeździł własną osobówką, potem zorganizował autokar, by przywozić do Polski jak najwięcej osób. Jeździ po nie coraz dalej na wschód, coraz mocniej ryzykując.

Dlaczego to wszystko robicie?

M.W.: Pomoc w ewakuacji, jedzenie i woda nie spadną Ukraińcom z nieba. Trzeba im im to wszystko dostarczyć.

A.L.: Kiedy widzę przez okno, że ktoś niszczy czyjś samochód, to nie oddycham z ulgą, że to nie mój, ale interweniuję.

W Polsce jest prawie 40 mln osób, do pomocy uchodźcom chętnych nie zabraknie. Na Ukrainie tylu gotowych do działania nie ma. Czuję, że tam jestem w tej chwili bardziej potrzebny. Dziś odbywa się wyścig z czasem, trzeba wyciągnąć z tego piekła, kogo się da.

Wrócicie na Ukrainę?

A.L.: Na pewno.

M.W.: Jeśli będzie trzeba jechać pod Mariupol, to też pojadę. Pod miastem na ewakuację czeka kilka tysięcy osób.

---

Jak można pomóc

Każdego, kto chce pomóc Ukrainie, ale nie wie, jak można to zrobić, założyciele fundacji Kordon proszą o kontakt telefoniczny lub mailowy. Potrzeba każdego rodzaju wsparcia – kierowców, samochodów, zapasów różnego typu towarów, wsparcia psychologicznego, logistycznego itd. 

Kontakt: office@fundacja-kordon.pl

Tel.: 881 650 241

Szczegóły na stronie: http://www.fundacja-kordon.pl/

---

Piszczcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Szacunek i respekt! Zycze duzo sil i wsparcia od osob, instytucji, ktore moga Was wsprzec finansowo.
    już oceniałe(a)ś
    22
    1
    > Przewiozłem do Polski ponad 300 osób. Rzadko kiedy próbowałem rozmawiać. Widziałem, że przede wszystkim te osoby potrzebują się przespać

    Ja też z Anglii, też przyjechałem do Polski i w początkowej fazie wojny przewiozłem trochę osób (nie aż tyle co Wy, jedynie od granicy do Warszawy). Też rzuciło mi się w oczy jak wszyscy byli wykończeni, większość pasażerek spała całą drogę budząc się najwyżej gdy ich małe dzieci zaczynały płakać.
    To co robicie jest absolutnie wspaniałe! Poszliście na całość.
    ?????? ?????!

    P.S. Mimo wrogo brzmiącego tytułu "do Ukrainy" i wtrąceń redakcyjnych "w Ukrainie", nasi bohaterowie i osoba z nimi rozmawiająca mówią normalnie po polsku "na Ukrainę", "na Ukrainie". Dlaczego redakcja próbuje nam narzucić jakąś obcą mowę?
    już oceniałe(a)ś
    5
    4
    Dlaczego wszyscy faceci na zdjęciu mają szeroko rozstawione nogi?
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    A czy ktoś pomyślał żeby na pierwszym miejscu ściągnąć do Polski Polaków i ich potomków ?
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    absurd, lepiej te pieniądze przeznaczcie na organizacje pomocowe
    już oceniałe(a)ś
    0
    6