Nasze pokolenie zostało naznaczone widmem Putina, tak jak pokolenie naszych rodziców - widmem Hitlera. Mówię tak, bo Ukraina jest zbyt blisko nas, by traktować ją jako terytorium obce, w bezpiecznej odległości. Z tego powodu wojna w Ukrainie dotyczy nas nieomal bezpośrednio.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ludzie z grubsza dzielą się na domatorów i podróżników, przy czym to nie znaczy, że ci pierwsi nie lubią podróżować, a ci drudzy nie lubią ładnie mieszkać. Chodzi o priorytety, kwestię proporcji. Należę akurat do domatorów fundamentalnych. Podróże mnie stresują.

Uważam, że brak swojego miejsca, nagły brak mieszkania jest ogromnym stresem, wręcz niewyobrażalnym. Oczywiście nie mam na myśli własności w sensie prawnym. Można mieszkać u rodziny, w wynajętym, w komunalnym, ale trzeba mieć świadomość, że ma się dokąd wrócić.

Kiedy nagle, jednego dnia, o jednej strasznej godzinie burzą ci dobytek całego życia, te wszystkie meble, książki, szafy z ubraniami i garnkami, i stajesz bez niczego wobec okrucieństw tego świata, tracisz całkowicie poczucie bezpieczeństwa. Masz tylko siebie i nic ponadto.

Jesteś zdany na łaskę i niełaskę innych, i to gwałtownie burzy twój autoportret. Nikt nie chce być całkowicie uzależniony od innych, choćby najżyczliwszych i najszczodrobliwszych. To przeżycie graniczne, silnie destrukcyjne dla osobowości i odciskające na niej trwałe piętno.

Widzę te zburzone miasta ukraińskie i tak jak wielu moich bliskich kojarzę je ze zburzoną Warszawą, po raz pierwszy w wyniku likwidacji getta na Muranowie po powstaniu i po raz drugi - po powstaniu '44 roku. Kiedy byłem małym dzieckiem w latach 60. ubiegłego wieku, zwłaszcza na bliskiej Woli było jeszcze mnóstwo ostańców, na wpół zburzonych kikutów z czerwonej cegły w okolicach Pałacu Kultury. Pamiętam je dobrze.

Mój ojciec urodził się na Ceglanej, która po wojnie ostała się tylko na krótkim odcinku, przemianowana na Icchoka Lejba Pereca.

Zburzone teraz przez Putina miasta ukraińskie przywodzą mi na myśl los mieszkańców Warszawy, którzy z morza ruin musieli się gdziekolwiek przenieść, żeby przetrwać. I czekać, aż miasto się z ruin podniesie. Wierzę, że podobnie odbudowane zostaną tamte miasta, bo jakżeby inaczej?

Tymczasem życie się toczy. Ludzie młodzi i starzy, z dziećmi przybywają w obce okolice nie z własnej woli, jedynie z konieczności, i nie mają pojęcia, co przyniesie im los. Jak długo tu pozostaną, czy na chwilę, czy na dłużej, czy na zawsze? Czy szczęście się do nich uśmiechnie?

Czy powinni swoje pragnienia i marzenia schować do kieszeni i cieszyć się każdym nadchodzącym dniem? Co z ich wspomnieniami o katastrofie, o zabitych i okaleczonych bliskich, co z widokiem trupów i rumowisk?

Jakże łatwo powiedzieć, że człowiek nie powinien przywiązywać się zbytnio do rzeczy ("lepiej być, niż mieć"), tylko że każdy z nas ma jakieś ukochane rekwizyty, zegar, lampę, fotel, okulary, których nie da się ocalić podczas pośpiesznej ucieczki, choć to one określają naszą egzystencję w przestrzeni, stanowiąc jej topografię ("mój jest ten kawałek podłogi").

Trudno darzyć ludzi zaufaniem, skoro każde pokolenie musi doświadczyć jakiejś wojny, czy to Hitlera, czy Putina.

Nasz wspaniały przyjaciel, Leszek Jażdżewski, niedawno wywołał burzę stwierdzeniem, że z pomocą uchodźcom nikt nie powinien się obnosić, bo to przywodzi na myśl niecne intencje i pogoń za poklaskiem. Niby racja, choć mówiąc o pomocy i chwaląc się nią, wspieramy się nawzajem i dodajemy sobie odwagi, dajemy sobie nawzajem dobry przykład.

W judaizmie powiada się, że nie tak bardzo liczą się intencje, co ostateczny efekt, więc jeśli nawet pomagasz dla ogólnego uznania i chęci podniesienia prestiżu, to i tak pomagasz. Naturalnie, najbardziej godny jest anonimowy rodzaj pomocy, żeby beneficjent nie wiedział, od kogo ją otrzymał. Żeby nie był zmuszony wyrażać wdzięczności.

Niesienie pomocy uszczęśliwia obie strony: obdarowanego i darczyńcę - to banał, lecz należy o nim pamiętać. Człowiek jako zwierzę stadne jest z urodzenia predestynowany do wspierania innych. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jesteśmy tu po to, by wspierać się wzajemnie. Na tym polega życie społeczne, ale też jednostkowe, żeby tę pomocniczość świadczyć innym. I dla przyjemności, i z jednoczesnego obowiązku moralnego.

Gdyby pozbawiono mnie mojego domu, straciłbym na długo grunt pod nogami. Próbuję to sobie wyobrazić i nie potrafię, a przecież mój ojciec to miejsce stracił i krył się w piwnicach jako małe dziecko. Mówi się, że mieszkanie to rzecz nabyta, przecież jednak mieszkanie jest miejscem życia nie tylko dla nas współczesnych, ale w sensie duchowym także dla naszych przodków, którzy tu byli wcześniej i w nim zmarli, dla wspomnień o nich.

No, i także dla tych antycypowanych, którzy zamieszkają w nim w przyszłości, dla naszych potomków, którzy albo już są, albo nawet jeszcze ich nie ma. Na tym polega ciągłość kultury w skali indywidualnej. Kiedy burzy się dom, owa ciągłość zostaje przerwana i zaprzepaszczona. Staje się widmowa. Można opłakiwać dom, stojąc na skraju leju po bombie i patrząc na zwalone ściany.

Opłakuje się ludzi, domy i drzewa, jeśli nie przetrwały próby czasu. Żałobie towarzyszą też inne gwałtowne przeżycia, gdy stało się to nagle w wyniku złowrogiej napaści agresora. Nasze pokolenie zostało naznaczone widmem Putina, tak jak pokolenie naszych rodziców - widmem Hitlera. Mówię tak, bo Ukraina jest zbyt blisko nas, by traktować ją jako terytorium obce, w bezpiecznej odległości. Z tego powodu wojna w Ukrainie dotyczy nas nieomal bezpośrednio.

Dom powinien być ostoją spokoju, powinien być wypełniony radością. Miasta ukraińskie są teraz cmentarzyskiem ludzi i domów. Ci, którzy zdołali uciec, nie są naszymi gośćmi, są naszymi nowymi rodzinami. Tak to chyba należy traktować.

Przemysław Wiszniewski

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
"nie są naszymi gośćmi, są naszymi nowymi rodzinami. Tak to chyba należy traktować."
A więc zachęcić do pomocy w domu, wyznaczyć obowiązki, a na samym początku ustalić regulamin zachowania (korzystanie z łazienki, nietrzaskanie drzwiami, cisza nocna etc.) bo po kilku dniach już się nie da bez wzbudzenia lęku "aha, było fajnie, ale teraz już przeszkadzamy".

Do Autora: na skraju leja.
już oceniałe(a)ś
7
1
I tak to ja i wiele emfatycznych Polaków traktują. Goszczę cudowne dwie rodziny z czwórką dzieciaków, w tym pięciolatek bez rodziców, łącznie 8 osób a ze mną tworzymy szczęśliwą dziewiątkę. Czynię wszystko aby nie oglądali tej zezwierzęconej wojny w wykonaniu dzikich sowietów, ale nosy mają w smartfonach i na kanale 914.
@markus_u
Niestety, ale w języku polskim rozpowszechnia się powoli ta okropna forma "dzieciak". Nie wiem, czy to wynik niechęci do rodzaju nijakiego, wszak podobną drogę przeszedł "cielak" zamiast "cielę", albo "prosiak" zamiast "prosię", ale jednak "dzieciak" brzmi podobnie jak "bydlak". Nie lepiej powiedzieć po prostu "dziecko"?
już oceniałe(a)ś
4
5
@kr_okodyl
"Maluszek" jest jeszcze ohydniejszy.
już oceniałe(a)ś
2
0
mysle, ze kazdy warszawiak oglada ruiny miasta z tym samym odczuciem: deja vu.
Juz myslelismy, ze ten koszmar sie nie powtorzy.
Empatii niegdy nie za duzo.
Dla niektorych list przeslodzony, a wiec mieliscie szczescie, ze wasze rodziny tego nie przezyly.
już oceniałe(a)ś
2
0
To są brednie.
już oceniałe(a)ś
0
1
Troszkę przesłodzone
już oceniałe(a)ś
0
2
Ukraińcy maja gdzie uciec. Takiej szansy nie mieli Polacy na Wołyniu.
@drogowypies
Takiej szansy nie mieli sąsiedzi żydowscy w Jedwabnem i setkach innych miejscowości od narajanego polactwa i inne narodowości podczas akcji "wisła" - tępy, pisdzielski trollu! Won! Kosz!.
już oceniałe(a)ś
2
2