Kawałek cementowej posadzki i rzucony na nią koc - oto zarazem sypialnia, salon i gabinet do pracy: tak żyje większość ludzi w charkowskim metrze.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Miesiąc życia pod ziemią

W Charkowie są ludzie, którzy od miesiąca nie opuszczają metra. Są ich setki. Jeszcze około 15 tys. osób mieszka tam (wychodzą, potem wracają). Pytają Państwo, jak można żyć na peronach i w przejściach metra? Okazuje się, że można. Da się nie tylko przeżyć samemu, ale i zaopiekować się kimś innym. Kawałek cementowej posadzki i rzucony na nią koc – oto zarazem sypialnia, salon i gabinet do pracy: tak żyje większość  tych bezradnych ludzi.

Gdy we wstrząsających godzinach poranku 24 lutego 2022 roku żołnierze ukraińscy  próbowali zatrzymać kolumny rosyjskich czołgów wdzierających się do Charkowa i burzących wszystko na swojej drodze, nikt spośród mieszkańców nie mógł wiedzieć na pewno, jak się sprawy potoczą dalej. Kto miał możliwość, wywoził swoje rodziny spod ostrzałów, kto nie miał – szukał bezpiecznego schroniska. Schrony przeciwbombowe pod budynkami nieraz podczas niszczenia miasta zamieniały się w pułapki – gruzy domów zawalały wyjścia. Okazało się, że najbezpieczniejszym miejscem w objętym wojną Charkowie jest metro. Więc po krótkim czasie stacje metra zasiedlili ci, którzy nie mieli dokąd pójść, bo zostali bez dachu nad głową, oraz ci, którzy nie mogli się szybko poruszać, ale też pragnęli bezpieczeństwa.

W pierwszym dniu wojny tłumy w metrze charkowskim były milczące i przygnębione: kobiety tuliły do siebie znieruchomiałe z przerażenia dzieci, pogubieni starsi ludzie, nie roniąc ani jednego słowa, odruchowo sprawdzali raz po raz, czy zabrali ze sobą lekarstwa. Całą tę okropną ciszę od czasu do czasu przerywał płacz niemowląt lub szloch babć i dziadków, którzy przez łzy mówili, że zazdroszczą zmarłym wcześniej. Koty i psy tuliły się do nóg właścicieli. Gdy wchodził ktoś ranny i zakrwawiony, niektórzy wpadali w histerię. Później wszyscy milkli z pochylonymi głowami, i znów robiło się cicho…

Nikt nie chce być Rosjaninem

Już po kilku dniach ludzie zaczęli postrzegać metro jako czasowy, niezbyt wygodny, ale jednak dom. Jako pierwsze z szoku otrząsnęły się dzieci, które pomału zaczęły się bawić.Szybko przyzwyczaiły się do nowych warunków, czytały, rysowały, ba nawet próbowały bawić się „w wojnę", ale tutaj za każdym razem pojawiał się problem: nikt nie chciał być po stronie Rosjan.

Jedną z osób, które od pierwszego dnia wojny zamieszkały w metrze, jest charkowska pielęgniarka Katia. Ze względu na to, że stacje metra stały się schroniskiem dla kobiet, dzieci i ludzi w podeszłym wieku, usługi medyczne są tutaj bardzo potrzebne. Ciągły stres powoduje, że ludzie (zwłaszcza ci cierpiący na choroby sercowo-naczyniowe) mdleją. W takich chwilach poczucie, że śmierć czai się gdzieś w pobliżu, staje się bardziej dotkliwe. Ktoś zaczyna cicho płakać, ktoś błaga o pomoc ludzi, niektórzy modlą się do Boga, a jeszcze inni głośno przeklinają Putina.

Kateryna stała się dla wielu prawdziwą wybawczynią. Ludzie podnieśli się na duchu: na stacji jest pracownik medyczny. Sama kobieta wspomina: „Gdy weszłam do metra, od razu zorientowałam się, że to nie czas na smutek i żal, trzeba natychmiast pomagać ludziom. Na początku było to bardzo trudne. Nie było lekarstw, tylko te, które w pośpiechu wrzuciłam do torby, wychodząc z domu. Pomogli wolontariusze, którym dałam listę niezbędnych leków. A poza tym, jeśli chodzi o leki, jestem ogromnie wdzięczna zwykłym ludziom i władzom Polski, Wielkiej Brytanii i innych krajów, które niezwłocznie wysłały do nas, Ukraińców, pomoc humanitarną…".

Fot. Ihor Usaty

Mimo ostrzału pogotowie pracuje  

Kiedy ludzie muszą mieszkać razem na niewielkim obszarze i to w nie najlepszych warunkach higienicznych (do toalety oraz prysznica z lodowatą wodą trzeba stać w kolejce), dość powszechne


się przypadki rozstroju żołądka. A i sam już długi pobyt pod ziemią w każdym bądź razie zdrowiu nie sprzyja. „Dzięki Bogu, na stacji metra jest bezpiecznie, ale za ciepło tutaj nie jest (no niestety!). Z przeróżnymi przeziębieniami to sobie z powodzeniem radzimy, ale w takich warunkach zaostrzają się objawy chorób przewlekłych, takich jak astma, zapalenie oskrzeli, choroby nerek itp. Moje umiejętności są na razie bardzo potrzebne, jestem jedynym pracownikiem medycznym na naszej stacji. To duża odpowiedzialność, ale nie ma czasu na rozczulanie się nad sobą – muszę pomagać wszystkim, cokolwiek by się działo – mówi młoda pielęgniarka. – Zdarzają się jednak przypadki nadzwyczajne, w których chcąc nie chcąc, musimy prosić o pomoc lekarzy, którzy nadal pracują w mieście. Na przykład w pierwszych dniach wojny ciężarna kobieta na naszej stacji dostała przedwczesnych skurczów. Nie mogłam ryzykować życia dziecka, przyjmując poród w niezadowalających warunkach sanitarnych. Za pośrednictwem dyżurnego policjanta wezwaliśmy karetkę pogotowia (mimo ostrzału i tylu zgonów nasi charkowscy lekarze nadal przyjeżdżają na wezwania do poważnych przypadków). Uważam, że dobrze zrobiłam: kobietę zabrano do piwnicy szpitala położniczego. Obecnie ona i jej mały synek czują się dobrze, oboje są żywi i zdrowi".

Jestem charkowianką. Poradzę sobie

Na pytanie: „Jak ci się udaje zachować równowagę psychiczną i aż tak dużo siły, bo przecież wolne chwile taki 'ludowy' lekarz ma raczej rzadko?", szczupła Kateryna reaguje zmęczonym, ale ciepłym uśmiechem i mówi: „Jestem charkowianką. Poradzę sobie". I już porusza inny temat: „Gdybyśmy tylko mieli taki luksus jak ciepła woda! Zmniejszyłoby to liczbę przeziębień i można byłoby normalnie kąpać dzieci. Ale skąd ją teraz wziąć?". A potem nagle dorzuca: "Wiesz, co jednak jest najtrudniejsze? Odpowiadać na pytania dziecka, które ze względu na swój wiek nie może jeszcze zrozumieć powagi tego, co się naprawdę dzieje, i pyta: „A dlaczego Rosja nas zaatakowała? Chce zabić wszystkich? Wszyściutkich? I mnie też?". Uspokajam je, mówię, że damy radę. Wspiera nas  burmistrz, nasz naród i wszyscy miłujący pokój ludzie świata demokratycznego".

Wojna to czas, w którym ujawniają się prawda i fałsz… Obecnie chyba wszyscy zdają sobie sprawę, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem! My, Ukraińcy, czujemy wdzięczność wobec przyjaznych narodów (szczególne podziękowania dla braci polskich!) za ich wsparcie, pomoc i współczucie.

Życie zwykłych ludzi w metrze charkowskim przypomina fabułę jakiejś dziwacznej książki z gatunku postapokalipsy. Jednak my, mieszkańcy Charkowa, przekonani jesteśmy: skończy się na zwycięstwie dobra nad złem, światła nad ciemnością. Wierzymy, że Ukraina, przy wsparciu społeczności światowej, wygra tę brutalną wojnę. Wytrzymamy, odbudujemy to, co zostało zniszczone, i pozostaniemy wierni europejskim wartościom demokratycznym.

Nadia Janinowycz

Ihor Usaty

(tłum. Lucyna Khvorost)

śródtytuły od redakcji

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem