Oboje po siedemdziesiątce. On na wózku, z silną wadą wzroku, ona od załatwiania spraw. Zwróciła się do mnie zupełnie poprawną polszczyzną. Wyjazd planowała od początku wojny, tydzień poświęciła na intensywną naukę języka polskiego
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

R.A. - autor przez kilka dni był wolontariuszem w centrum pomocy uchodźcom na wrocławskim Dworcu Głównym.

Irina

Pierwsza osoba, która poprosiła mnie o pomoc. Właściwie wydała mi grzeczne polecenie, żeby zanieść jej walizkę na peron pierwszy (działała tam taśma do transportu bagażu). Możliwe, że kilka tygodni wcześniej pracowała jako dyrektorka szkoły, lekarka, menedżerka w korporacji. Była jakby za szybą, opanowana, skupiona i spokojnie smutna. Mówiła po angielsku i w ciągu dwóch, trzech minut naszej wspólnej drogi spod zegara na peron opowiedziała mi trochę swojej historii. Później nie chciałem już tych historii słuchać. Przyjechała z Charkowa. Jechała chyba do Kolonii spotkać się na chwilę z siostrą, której udało się tam dotrzeć pierwszej.

- Zawsze marzyłam, żeby mieszkać nad morzem. Czy był pan kiedyś w Hiszpanii? - zapytała. - Tak - odpowiedziałem. - Czy tam jest ładnie? - Tak, bardzo. - W takim razie po wizycie u siostry pojadę do Hiszpanii. Dziękuję panu.

Uchodźcy z Ukrainy, dla których Wrocław to tylko przystanek, zatrzymują się na nocleg w Młodzieżowym Centrum Sportu przy ul. Gwarnej, niedaleko Dworca Głównego
Uchodźcy z Ukrainy, dla których Wrocław to tylko przystanek, zatrzymują się na nocleg w Młodzieżowym Centrum Sportu przy ul. Gwarnej, niedaleko Dworca Głównego  Fot. Fot . Krzysztof Cwik / Agencja Wyborcza.pl

Dzieci

Małe, bardzo małe i te jeszcze w brzuchach mam. Też te, które w dniu przekraczania granicy miały to szczęście, że do wyczekiwanej osiemnastki zabrakło im kilka dni i mogły znaleźć się po drugiej stronie. Zmęczone, śniące koszmary na ławkach i rozłożonych na podłodze legowiskach. Puszczające bańki mydlane, objadające się podarowanymi słodyczami, trzymające za rękę pluszaki.

Części z nich uda się to wszystko zapomnieć, wyprzeć, przetrawić. Możliwe, że dziewczynce rysującej wolontariuszom laurki z trzymającymi się za ręce serduszkami w barwach Polski i Ukrainy, uda się kiedyś życie. Co będzie z chłopcem przystawiającym sobie do głowy wycięty z kartonu karabin?

Bagaże

Najrozmaitszego rodzaju. Walizki podróżne z kółkami lub bez, torby sportowe, skórzane antyki pamiętające może jeszcze Breżniewa, klasyczne przepastne torby z bazarów, plecaki, worki żeglarskie i reklamówki z dyskontów. Niektóre zaskakująco lekkie, inne - wręcz przeciwnie. Co trzeba spakować, kiedy ucieka się przed wojną? Biżuterię, wełniane skarpety, ikonę po babci, stare zdjęcia z wakacji na Krymie, sztuczną szczękę, zapas lekarstw, latarkę, dolary?

Na peronie widziałem parę młodych ludzi, których jedynym bagażem był wózek z żywą zawartością i plecaczek pojemności może dziesięciu litrów. Tuż przed wejściem do pociągu zapytali wolontariusza, czy da się zorganizować ciepłą kurtkę dla dziecka. Wolontariusz pognał przez dworzec do magazynu na pierwszym piętrze. Zdążył przed odjazdem.

Nikt

Przed zamienioną w centrum pomocy kawiarnią przez kilka minut stał człowiek. Możliwe, że stał dłużej, a ja go wcześniej nie zauważyłem. Niski, ubrany w nijaką odzież nijakiego koloru, mistrz niewidzialnego wtapiania się w tłum. Kiedy mu się bliżej przyjrzałem, zauważyłem, że zbiera się w sobie, żeby coś zrobić. Wyjął telefon, coś na nim wystukał i podszedł do mnie, pokazując ekran. Na translatorze Google przeczytałem przetłumaczone z ukraińskiego na polski zdanie: "Gdzie mogę dzisiejszej nocy spać?". Darmowe lub przystępne cenowo noclegi w hostelach, hotelach i apartamentach we Wrocławiu skończyły się dawno temu, zostały tylko pospiesznie przygotowane noclegownie. Najbliższa 5 metrów wyżej, na pierwszym piętrze - w Galerii BWA, w której nie ma już sztuki, albo bibliotece, z której wyniesiono wszystkie książki. Dostał miejsce na drewnianym łóżku polowym, to i tak lepsze niż karimata albo materac. Jedyny młody mężczyzna na sali pośród kobiet i dzieci. 

Pełnosprawni, nawet jeśli uciekają w pojedynkę, rozmawiają ze sobą, słyszą komunikaty, wymieniają się informacjami. Głuchoniemi mają znacznie trudniej.

Zwierzęta

Obecność zwierząt była dla mnie zaskoczeniem, a to przecież oczywiste, że jeśli uciekają, to wszyscy domownicy. Pod warunkiem jednak, że jest się psem lub kotem. Rybki, chomiki, świnki morskie, żółwie i króliki musiały zostać na Ukrainie.

W jednym z pomieszczeń dworcowych, współdzielonym z ratownikami medycznymi, znajduje się tymczasowy punkt weterynaryjny. Trafiają do niego przynoszone przez mieszkańców kuwety, karma, kosze do transportu i inne zwierzęce akcesoria. Zwierzętom pomagają wolontariusze i profesjonalni weterynarze, również z innych krajów.

Psy z miasta znoszą podróż, zgiełk i obecność tłumu najlepiej. Gorzej jest z podwórkowymi burkami nieprzyzwyczajonymi do chaosu panującego na dworcu. Koty natomiast przywiązują się do miejsc. Gwałtowna zmiana wywołuje u nich stres i niemożność wypróżnienia się, częściej się też gubią. Żeby kot w prowizorycznej kociej toalecie załatwił swoje potrzeby, musi czasem minąć kilkadziesiąt minut. Nie zawsze jest na to czas.

Starsi państwo

Oboje po siedemdziesiątce. On na wózku, z silną wadą wzroku, ona od załatwiania spraw. Zwróciła się do mnie zupełnie poprawną polszczyzną. Zapytałem, czy jest Polką z Ukrainy, czy już od jakiegoś czasu mieszka i pracuje w Polsce. Odpowiedziała, że ani jedno, ani drugie. Wyjazd planowała od początku wojny, ale postanowiła się dobrze do niego przygotować. Z racji tego, że zawsze miała zdolności językowe, poświęciła tydzień na intensywną naukę języka polskiego. Efekt naprawdę oszałamiający. Potrzebowali wszystkiego. "Wszystkiego" znaczy wszystkiego. Pasty do zębów, szczoteczek, szamponu, ręczników, maszynki do golenia, majtek, skarpet, wody i jedzenia. W miejscu, w którym staliśmy, nie wydawano posiłków, wskazałem im tylko kuchnię polową na zewnątrz dworca, w której mogli coś ciepłego zjeść i wypić. Kiedy poszli, uświadomiłem sobie, że w pomieszczeniu dla wolontariuszy jest lodówka, do której trafia część przynoszonej przez ludzi żywności. Takiej, którego kuchnia nie jest w stanie wydać - gotowe posiłki wymagające podgrzania w mikrofalówce, paczkowane wędliny, sery. Do różowego plecaka znalezionego w magazynie powędrowały tacki z roladą drobiową z kaszą gryczaną, pierogi ruskie, kilogram sera podlaskiego, kiełbasa żywiecka i słodycze. Pan na wózku chyba lubił sobie podjeść, bo z lubością przyglądał się każdemu smakołykowi.

Wolontariusze

Obok darczyńców to oni są w tej układance najważniejsi. Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Chińczycy i wielu innych, czasem nieznających nawet podstaw języka polskiego. Niektórzy rejestrują się online, inni pojawiają się bez zapowiedzi, jeszcze inni przychodzą tylko popatrzeć, a pod wpływem impulsu zakładają żółtą kamizelkę i już na dworcu zostają. Ludzie w różnym wieku i różnych stanów - uczniowie, przedsiębiorcy, urzędnicy, emeryci, trzeźwiejący alkoholicy. Dla wielu z nich to pierwszy kontakt z wolontariatem, na pewno z wolontariatem w tak ekstremalnej formie. Nawet jeśli nie są w stanie psychicznie unieść pracy bezpośrednio z uchodźcami, doskonale radzą sobie w tle - w magazynach, przygotowując paczki, sortując odzież.

Oczywiście popełniają błędy, po fakcie uświadamiają sobie, że mogli pomóc bardziej, mają swoje ograniczenia i słabości. Od pewnego czasu mają jednak oparcie w postaci skierowanej do nich pomocy psychologicznej.

Dla mnie symbolem tego miejsca i czasu pozostanie mikroskopijna, rosyjskojęzyczna, zakutana w chustę starsza pani Aniela, niezmordowanie przemierzająca dworzec w tę i z powrotem. Absolutna esencja dobroci.

Ludzie

Dwóch braci z Amsterdamu, którzy wzięli urlop i w jedną stronę wożą swoim wyładowanym do granic możliwości vanem dary, wyładowują je na dworcu, rozkładają siedzenia i w drogę powrotną zabierają uciekinierów. Dwie dziewczyny, które na aukcjach kompulsywnie kupują używane wózki dziecięce. Pani z pobliskiego kantoru, która po nierynkowych cenach skupuje praktycznie bezwartościowe hrywny. Dzieci oddające swoje zabawki albo roznoszące po dworcu z mamą batoniki KitKat. Małżeństwo z wiadrami spaghetti bolognese i niepełnosprawny z trzema opakowaniami chusteczek do nosa. Chłopak spod Oleśnicy oferujący dom po swoich rodzicach. Kobieta z lampą. Kobieta z kuwetami. Mężczyzna ze skrzynką bananów. Inny z kilogramem bananów...

Nigdy nie byłem dumny z bycia Polakiem. Żadna w tym moja zasługa, że zupełnie przez przypadek urodziłem się w tej akurat części świata. Kiedy jednak patrzę na ogrom pomocy niesionej przez zupełnie niezwykłych zwykłych ludzi, na skalę wsparcia nieporównywalną z innymi krajami, jestem do głębi poruszony. Ta pomoc ma ogromny sens. W swoim i w Ukraińców imieniu bardzo dziękuję. Oni nigdy tego nie zapomną.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
az sie poryczalam ,Polacy tylko nie dajmy sie poroznic wszelakiej masci draniom i tej narodowo obrzydliwej nacji ,ktora juz tu i owdzie podnosi leb.Pamietam 88i 89 rok bylo naprawde zle poszlam do kosciola bo tam plynely dary z zachodu ksiadz dal mi zjelczaly olej i torebke zatechlej maki kukurydzianej kiedy wychodzilam z innego pomieszczenia wyszla kobieta obladowana tobolkami i w futrze w srodku lata .kosciol dawal tylko swoim albo sprzedawal moze to dobrze ze teraz juz nie jest taki wielki i wszechwladny
już oceniałe(a)ś
5
0
Nie da się przejść obok nie płacząc, wręcz nie wyjąc z bólu. Niepojęte, straszne a jednak prawdziwe. Cokolwiek możemy zrobić zróbmy. Czy to będzie wpłata, przyniesione kosmetyki, ubrania ( po sprawdzeniu co jest potrzebne), czy to będzie wspólny czas, choćby kilka minut na dworcu ż pomocą, kilka słów zamienionych z tymi, którzy tam są w biegu lub w oczekiwaniu. Tyle ile sił mamy, tyle ile możemy.
już oceniałe(a)ś
2
0