Na radzieckich cmentarzach wojennych poza granicami kraju treści komemoratywne przesłonięte zostały całkowicie przez treści propagandowe, z formułami wdzięczności dla Armii Radzieckiej odmienianej przez wszystkie przypadki.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sto lat zaniku komemoracji rodzinnej, czyli o radzieckich i rosyjskich pochówkach żołnierzy

Pod koniec lat siedemdziesiątych poznałem w Warszawie młodego pilota wojskowego stacjonującego gdzieś na Pomorzu. Bywał on raz na pewien czas w tym kręgu towarzyskim co i ja i wyróżniał się tam niesłychanie pozytywnymi opowieściami o radzieckich lotnikach ulokowanych bodaj gdzieś koło Kołobrzegu. Wszelkie próby krytyki Armii Sowieckiej odrzucał z góry jako bezpłodne gadanie salonowej Warszawki itp. Dyskusja z nim nie miała sensu i prędko jej zaniechałem.

Tym większe było moje zdziwienie, gdy po dłuższej nieobecności nagle podszedł do mnie i wyraźnie poruszony przyznał, iż moja negatywna opinia o radzieckich wojskowych była uzasadniona. Historia, którą opowiedział, przypomniała mi się dopiero teraz, gdy dowiadujemy się o mobilnych krematoriach armii rosyjskiej działających w strasznej wojnie ukraińskiej czy też – co w moich oczach jest praktyką szczególnie haniebną – gdy jesteśmy informowani o nagminnym pozostawianiu zwłok poległych żołnierzy rosyjskich bez pochówku na zaśnieżonym polu bitwy pod Kijowem.

Po co matce oddawać ciało syna?

Otóż pewnego dnia leśnicy powiadomili dowództwo jego pułku lotniczego o katastrofie wojskowego samolotu, do której doszło w pobliżu. Była to maszyna radziecka, która wbiła się kabiną pilota w dość  głębokie rozlewiska błotne. Pierwszy ogląd potwierdził smutny fakt, iż pilot nie zdołał się katapultować i że jego ciało musiało tkwić nadal w kabinie. Polacy powiadomili więc od razu sąsiednie dowództwo radzieckie, a jednocześnie wezwali sprzęt techniczny niezbędny do wyciągnięcia zwłok. Okazało się zresztą, iż ofiarą był powszechnie przez wszystkich lubiany młody pilot wojskowy, kompan od ryzykownych manewrów podniebnych, ale też i od wypitki.

Wkrótce na miejsce wypadku przyjechali dowódcy radzieccy i wydali rozkaz o zaniechaniu wszelkich działań wydobywczych. Na protesty Polaków, iż gdzieś pod Uralem czeka zapewne matka, której ostatnim życzeniem byłby pochówek syna, padła odpowiedź, że regulamin tego nie przewiduje. Do wraku przedarli się radzieccy saperzy i umieścili w nim silne ładunki wybuchowe. Wybuch miał uniemożliwić NATO zdobycie, tajnego podobno, wyposażenia. Potężna eksplozja rozszarpała przód samolotu wraz z ciałem młodego pilota. Na lotnikach polskich scena ta wywarła przygnębiające wrażenie. Nawet dowódca pułku, na co dzień wierny sługa MON-u i partii, powiedział głośno, iż każdemu przysługuje przecież coś, co nazwał odruchowo „chrześcijańskim pochówkiem", i demonstracyjnie wymówił się od comiesięcznej  biesiady u Rosjan.

Nagrobki tylko dla generałów

Zwyczaj zakładania większych cmentarzy wojskowych upamiętniających również pospolitych żołnierzy przyszedł do Rosji z opóźnieniem, bo po wojnie krymskiej w połowie XIX wieku. Jednak I wojna światowa i olbrzymie straty armii rosyjskiej spowodowały prawie całkowite poniechanie pochówków żołnierskich, cmentarze w Karpatach z niezbyt licznymi mogiłami rosyjskimi zakładali z reguły ich wojenni przeciwnicy, czyli Austriacy i Niemcy. Straszna wojna domowa i terror bolszewicki spowodowały zupełny zanik regularnych grobów wojennych, pominąwszy groby prominentnych bolszewików. Co więcej, w latach dwudziestych i trzydziestych zdewastowano zachowane carskie cmentarze wojenne.

Potworna hekatomba II wojny światowej, z niedającą się ogarnąć mentalnie liczbą 27 milionów poległych żołnierzy i cywili, doprowadziła do cynicznej instrumentalizacji idei cmentarza wojennego. W gruncie rzeczy armia sowiecka zrezygnowała z próby indywidualnej dokumentacji pochówków żołnierskich, pominąwszy groby poległych generałów czy prominentnych oficerów. Tak było również w latach 1943-45, kiedy to posuwająca się na zachód Armia Czerwona z reguły kontrolowała pole bitwy wraz z miejscami śmierci i prowizorycznego pochówku swoich żołnierzy.

Cmentarze poległych zakładane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych wyróżniały wizualnie kilka prominentnych grobów, resztę poległych chowano, często bez indywidualnej identyfikacji, w grobach masowych. Sporo jednak poległych chowano też w nieoznaczonych grobach poza cmentarzami na miejscu ich śmierci. W zasadzie niepodróżująca przecież ludność Związku Radzieckiego utraciła więc całkowicie fizyczną, a idąc dalej i symboliczno-duchową łączność z grobami swych ojców, dzieci i krewnych. Powstał swoisty zimny klimat funeralnej abstrakcji – jak przypomniał niedawno Wacław Radziwinowicz, samemu Putinowi nigdy nie chciało się ustalić i odwiedzić dokładnego miejsca pochówku swojego starszego braciszka, zmarłego w trakcie blokady Leningradu, chociaż akurat w tym wypadku byłoby to poszukiwanie całkowicie bezproblemowe.

Na radzieckich cmentarzach wojennych poza granicami kraju treści komemoratywne przesłonięte zostały całkowicie przez treści propagandowe, z formułami wdzięczności dla Armii Radzieckiej odmienianej przez wszystkie przypadki. Spowodowało to również specyficzną instrumentalizację cmentarzy w służbie czegoś, co można nazwać prowokacją polityczną. W okresach napięcia, jak przede wszystkim w okresie "Solidarności" 1980-81, „nieznani sprawcy" ze szczególnym upodobaniem bezcześcili radzieckie cmentarze wojenne, co znakomicie służyło propagandzie sowieckiej czy polskiego betonu partyjnego roku 1981. Rzecz ciekawa, iż w okresie stanu wojennego nikt już nie plugawił cmentarzy radzieckich, choć nie były one strzeżone przez wojsko czy milicję (kilkakrotnie sprawdziłem to w Warszawie w 1982 roku). Nie było widać już takiej potrzeby.

W ostatnich latach komórki do spraw opieki nad grobami wojennymi działające przy ambasadach rosyjskich podobno zaczęły się interesować sprawami losów indywidualnych żołnierzy, odszukując rodziny w Rosji i wysyłając stosowne zawiadomienia. Wydawałoby się więc, iż wreszcie Rosja przyjęła zachodni – ale przecież i polski – model komemoracji i łączności indywidualnej z poległymi i zmarłymi. Wiadomości napływające z kampanii ukraińskiej przekonują nas, iż był to trend chwilowy, a może tylko praktyka ograniczona do zamkniętych już spraw odleglej i w oczach rosyjskich jakże chwalebnej historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Wymogi propagandy wewnątrzrosyjskiej, zakładającej medialną i symboliczną minimalizację poniesionych w Ukrainie strat, powodują, iż ciała poległych transferowane są np. do odległych kostnic białoruskich. Obawiam się więc, iż tysiącom zabitych rosyjskich żołnierzy nie będzie dane spocząć na cmentarzach rodzinnych, ale też na cmentarzach wojskowych. Zaś indywidualny pogrzeb – obym się mylił – przysługiwać będzie chyba tylko czterem (pisałem 12 marca) poległym generałom i może tuzinowi pułkowników.

Prof. dr hab. Sergiusz Michalski

*Śródtytuły od redakcji

listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    @zemanco
    Masz rację. Mnie osobiście boli jeszcze coś innego - pytanie, które może zadać przeciętny, nisko wykształcony suweren: z kim właściwie wygraliśmy II Wojnę Światową?
    Własnymi łapkami doprowadziliśmy do tego, że na sporej części powierzchni Polski "wyparowały" cmentarze nie tylko wojenne, ale także prawie wszystkie inne. Bo to nie "nasze".
    Mieszkam w Sopocie, znam nie najgorzej Pomorze i jeszcze z lat siedemdziesiątych pamiętam cmentarze dawnych mieszkańców tych okolic. W tej chwili prawie nic z nich nie zostało. Znikły płyty nagrobne, żeliwne lub stalowe ogrodzenia grobów...
    Jakby po najeździe jakichś łupieżców. A potem narzekamy (jako społeczeństwo), że polskie cmentarze gdzieś "na wschodzie" są zaniedbane, niszczone, rozkradane. Ta sama mentalność. NIESTETY.
    @nick08
    Dokładnie. Krytykujemy, że polskie cmentarze, kościoły i dwory na wschodzie były niszczone i rujnowane, a sami robiliśmy dokładnie to samo na ziemiach zachodnich z cmentarzami, kościołami i dworami niemieckimi. Ot, taka nasza hipokryzja... Ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało i nie przeszkadza.
    już oceniałe(a)ś
    6
    0
    Barbaria
    już oceniałe(a)ś
    9
    0
    Tragiczne.
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    Ciekawy tekst
    już oceniałe(a)ś
    6
    1
    Swaich nie brasajem...
    @zero-cin
    Trup to już nie "swój". Żadnej korzyści nie przyniesie. Nawet wyzwolić go nie można.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0