Czy świeckie państwo ma dalej dyskryminować grupę obywateli, a gazeta nie pisać o osobach LGBT tylko dlatego, by chronić wielodzietny model rodziny prawnie i mentalnie z XIX wieku? 30 lat tego systemu w III RP nie zapewniło wzrostu dzietności społeczeństwa i nie uchroniło wielu małżeństw przed rozpadem
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest doktorem prawa międzynarodowego Vrije Universiteit w Amsterdamie, absolwentem Yale i pastorem ewangelicko-reformowanym pracującym w USA oraz protestanckim publicystą. Piszcie: listy@wyborcza.pl

W swoim liście do „Gazety Wyborczej" prof. Adam Strzembosz porusza wiele wątków, w tym m.in. łamanie konstytucji i nieprzestrzeganie zobowiązań międzynarodowych, z czym się oczywiście całkowicie zgadzam. Chciałbym się jednak odnieść do tych spraw, które dotyczą mnie osobiście jako prawnika, pastora i geja.

Czytaj również - prof. Adam Strzembosz: Przed wielu laty w instytucie naukowym pod Paryżem zjawiła się pani, którą przyjęto entuzjastycznie, gratulując uzyskania doktoratu. Odpowiedziała, że jest bardziej dumna z tego, że jest matką sześciorga dzieci. Przyjęto to z uznaniem i aprobatą. Boję się, że w Polsce byłaby dziwolągiem, masochistką lub wprost kimś w gruncie rzeczy patologicznym.

Prof. Strzembosz zaczyna od stwierdzenia, że "Wyborcza" zanadto skupia się „na problematyce związanej z różnymi rodzajami ukierunkowań zainteresowań seksualnych". Przyznam, że trochę mnie zaskoczyło, że osoba tak wykształcona i o takim autorytecie może wciąż w XXI wieku posługiwać się słownictwem gazetki parafialnej z lat 40. XX wieku i równie staroświeckimi stereotypami na temat osób LGBT albo nieheteronormatywnych. Zwrot, którego pan Profesor szukał, ale nie użył, to „orientacja seksualna" i obejmuje ona wiele innych zagadnień niż tylko te czy inne „zachowania seksualne".  Tak samo ja nie postrzegam heteroseksualistów przez pryzmat tych czy innych „zachowań seksualnych". Słów „orientacja homoseksualna" moja rodzina używała już 20 lat temu, tym bardziej ich brak razi u byłego Pierwszego Sędziego Sądu Najwyższego.

Ale czy rzeczywiście „Wyborcza" się na tym skupia? Nawet jeśli tak jest, wydaje mi się, że poświęcenie uwagi grupie liczącej około 10 proc. społeczeństwa i wobec której w 2020 r. rozpętano kampanię nienawiści niewidzianą w Polsce od 1968 r., nie jest przesadą. Grupie, którą w świetle polskiego prawa można dyskryminować, ba, którą to wykładnię dyskryminacyjną podtrzymują kolejne sądy i trybunały od czasu, kiedy zacząłem studia prawnicze, a pan Profesor był Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego. To za Pana kadencji Sąd Najwyższy np. zmienił poprzednią dość prostą praktykę prawną uzgodnienia płci i wprowadził okrutną zasadę, że osoba starająca się o taką zmianę musi pozwać (!) swoich rodziców. Sąd wykazał tutaj nie tylko zero empatii wobec osób transpłciowych, ale także wobec rodziny i małżeństwa, dla którego taka procedura jest zwyczajnym koszmarem.

Piszę to przy obecnym stanie prawnym, gdzie rzekomo do Konstytucji wprowadzono zakaz małżeństw jednopłciowych (co jest nieprawdą), gdzie sądy odmawiają bezprawnie wydawania dokumentów dzieciom par jednopłciowych, a ja nie mógłbym w żaden sposób uregulować swojego związku z partnerem (gdybym takiego miał). Mógłbym za to zawrzeć białe małżeństwo. Ale zdaniem pana Profesora powinniśmy się skupić na „ochronie rodziny" w wersji mężczyzna i kobieta plus katolicki sakrament. To, że pan Profesor wyraźnie utożsamia małżeństwo cywilne z kościelnym, wynika z tekstu listu. Ale zadam pytanie: dlaczego w (nominalnie już tylko) państwie niereligijnym państwo ma chronić tylko jeden model rodziny, oparty o bardzo dyskusyjne (teologicznie, biblijnie, naukowo) nauczanie jednego z kościołów? Dlaczego to nauczanie rozciąga się na siłę na osoby innego wyznania i bezwyznaniowe, dla których autorytet moralny tego kościoła do pouczania innych jest, jak by to ująć delikatnie, niezbyt wysoki? Dlaczego prywatne poglądy religijne sędziów Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego są narzucane wszystkim Polakom w postaci wyroków i interpretacji prawa? Czy, jeśli nie mogą rozdzielić świeckiego prawa i nauczania kościoła, nie powinni się raczej wyłączyć od orzekania?

Dlaczego świeckie państwo ma dyskryminować grupę obywateli, a świecka gazeta nie pisać o osobach LGBT tylko dlatego, by chronić wielodzietny model rodziny? Jakoś 30 lat tego systemu w III RP nie zapewniło wzrostu dzietności społeczeństwa i nie uchroniło wielu małżeństw przed rozpadem, o ostatniej tragifarsie działaczy katolickiego instytutu Ordo Iuris nie wspominając. Dlaczego osoby niezainteresowane XIX-wieczną fiksacją Kościoła rzymskokatolickiego i Kodeksu Napoleona na punkcie rodziny jako źródła księży, zakonnic i rekrutów mają być dalej obywatelami drugiej kategorii tak jak ja? Jeśli przetrwanie tego modelu ma się sprowadzać do dyskryminacji coraz to większej grupy obywateli, może czas, by świeckie państwo przestało wyręczać kościoły w egzekwowaniu ich nauczania wśród wiernych. I zaglądaniu ludziom do sypialni i ocenianiu ich „zachowań seksualnych" różno- czy jednopłciowych.

Być może też, zamiast jak pan Profesor widzieć problem samotnych matek, warto, by państwo przyjrzało się innemu fenomenowi ignorowanemu przez konserwatystów: nieobecnych ojców. Nie chodzi tylko o bezkarnych w tak religijnym kraju „niealimenciarzy" – ale o to, że część mężczyzn lubi płodzić dzieci i uważa, że na tym akcie ich rola się kończy. Dlaczego widzimy tylko „problem samotnej matki," a nie widzimy „nieobecnego ojca"?

Jednym z najbardziej poruszających momentów pracy duszpasterskiej był dla mnie ten, gdy w Holandii jako przyszły duchowny byłem w szpitalu świadkiem ślubu pary lesbijek. Jedna z nich cierpiała na raka i choć były razem od 40 lat, dopiero wtedy mogły wziąć ślub. Małżeństwem były krótko - chora zmarła dwa dni po ceremonii. Oczywiście w Polsce musiałbym im w tej sytuacji odmówić, gdyż ich ślub narażałby drugie małżeństwo Jacka Kurskiego czy trzecie Marty Kaczyńskiej etc. Bo tak twierdzą takie autorytety moralne jak abp Sławoj Leszek Głódź czy Marek Jędraszewski (ten, co zwolnił z pracy samotne matki w majestacie polskiego prawa!)… 

Jako pastor w ciągu ostatnich 10 lat udzieliłem 18 ślubów: 8 parom heteroseksualnym i 10 parom jednopłciowym. Z tych rozpadły się dwa małżeństwa: jedno hetero i jedno homoseksualne. Nie widzę żadnej różnicy między parami jednopłciowymi a różnopłciowymi. Ten brak różnicy jest także powodem, dla którego po legalizacji takich związków poparcie dla nich gwałtownie rośnie. Wbrew kasandrycznym kazaniom kleru i kłamstwom polityków nie zagrażają one nikomu – wiedziała to już moja Babcia, urodzona w 1916 roku! Ponadto z mojego doświadczenia jako pastora, prawnika i obserwacji swojej rodziny także wiem, że to nie szumne i pełne patosu deklaracje państwa, dyskryminacja innych grup czy publiczne epatowanie przywiązaniem do rodziny determinują trwałość małżeństwa. O tym decyduje wiele różnych czynników, z których najważniejsze są miłość, dojrzałość i zaangażowanie obu partnerów na rzecz siebie nawzajem. Jak mówi Psalmista: „Jeśli Pan domu nie zbuduje, na próżno trudzą się ci, którzy go wznoszą" (Psalm 127:1). Nie godzi się Boga wyręczać homofobią i prawną dyskryminacją.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej