Czy zasługuję na śmierć w więzieniu? Wzywam was do osądzenia. Jestem pełna zaufania do mieszkańców Polski i Europy, bo są ludźmi litościwymi i walczącymi o sprawiedliwość
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

List od Tiby Atheer Kallas, uchodźczyni, która pragnie wolności dla siebie i swojej rodziny, do ludzi Europy

Po pierwsze się Wam przedstawię. Nazywam się Tiba Atheer Kallas. Mam 14 lat. Na początku tego listu chciałabym opowiedzieć Wam o moich marzeniach i prosić Was, społeczeństwo Polski, a także społeczeństwo Europy, by osądziło moją zbrodnię, w wyniku której zostałam zamknięta z rodziną w więzieniu.

Urodziłam się i wychowałam w Iraku. Jednostką, którą odliczaliśmy czas naszego świata, były minuty eksplozji, zamachów, wystrzałów i zgonów dzieci, które niczym nie zawiniły. My, dzieci Iraku, jesteśmy odarte ze wszelkich praw, odebrano nam nawet prawo do wzięcia oddechu, którego nie przepełniałby lęk.

Nie zostało nam dane prawdziwe, spokojne życie

Nie zostało nam dane prawdziwe, spokojne życie. Tak jak wszystkie dzieci lubimy czas wolny, lubimy się bawić. Jednak nie znamy smaku zabawy bez lęku. Gdy idziemy się bawić, nasze myśli wypełnia paraliżujący strach, że już nigdy więcej nie zobaczymy naszych rodziców. W Iraku bowiem wybuchy, a szczególnie zamachy samochodowe i zamachy u bram szkół, stały się codziennością.

Miałam osiem lat, gdy skończyłam lekcje i usłyszałam dźwięk śmierci. U drzwi szkoły był wybuch, w którym nie zginęłam, bo zostałam z przyjaciółkami trochę dłużej na korytarzu. Wyszłam z budynku, gdy zobaczyłam ciała moich przyjaciół, byli cali we krwi. Jeden chłopiec był tak okaleczony, że z trudem go rozpoznałam.

Ten widok nie opuszcza mnie nigdy, zostaje ze mną zawsze. Jest też przyczyną mojego głębokiego lęku przed szkołą, a właściwie drogą do szkoły. Ale właściwie szkoły nienawidzę, nie dlatego, że jestem leniwa, bo jestem mądrą dziewczyną, tylko dlatego, że boję się śmierci. Boję się, że w moim jedynym życiu nie zdążę niczego zobaczyć.

Po jakimś czasie udało mi się oswoić z tym szokiem, ale ulice Iraku pozostały przerażające. Nigdy nie wiesz, kiedy twoja dusza zostanie ci odebrana, o której godzinie i gdzie. Od kiedy pamiętam, chodziłyśmy do szkoły wyłącznie z rodzicami, bo oni się bardzo o nas bali.

Bali się, że połkną nas ulice Iraku. Nasze życie było ciągle zagrożone. Zawsze prosiliśmy tatę, by zabrał nas jak najdalej stąd, żebyśmy opuścili Irak, bo chcieliśmy normalnego życia. On mówił, że jutro będzie lepiej, że Irak stanie się lepszy.

Przeczytaj również: Dzieci więzione w Polsce. Dla 13-letniej Irakijki pobyt w zamkniętym ośrodku jest jak wyrok

Różne partie polityczne zaczęły prześladować mojego ukochanego dziadka i moich wujków, bo oni pracowali dla jednostek amerykańskich. Po wszystkim, z czym się zmagali, wyjechali z Iraku. Wtedy czułam, że straciłam wszystko, serce rodziny, mojego najdroższego dziadka i bardzo mi bliskich wujków. Że to te partie mi ich odebrały. I to im nie wystarczyło.

Zaczęli prześladować moje ciocie, bo nawet kobiety nie są bezpieczne w Iraku. Próbowali zabić moją mamę i mojego tatę, bo żyliśmy w domu mojego dziadka, po tym, gdy ten wyjechał. Widziałam i widzieli moi bracia i moje siostry, jak poparzyli ogniem dłoń mojej mamy. Widzieliśmy, jak torturowali naszego tatę. Przeżyliśmy tak wiele, zanim zdecydowaliśmy się przenieść do przemysłowej dzielnicy Bagdadu.

Żyliśmy w oparach spalin, nie widywaliśmy taty ze względu na groźby. Czasem udało się nam go zobaczyć, może raz w tygodniu. Wiedzieliśmy, że musimy uciekać z kraju, gdy znaleźli nas tam, w tym budynku. Ostrzelali nasz dom, a taty nie było z nami.

Myślałam, że to koniec mojego życia

Wiem, co czułam, co czuła moja mama i moi braciszkowie, moja siostra. Taty z nami nie było. Myślałam, że to koniec mojego życia. Zaczęliśmy się ze sobą żegnać, leżeliśmy na ziemi wtuleni w siebie, tak by umrzeć jedną śmiercią, by żadne z nas nie musiało budzić się i cierpieć z powodu śmierci drugiego.

Musieliśmy uciekać z Iraku. Myślałam o tej podróży jako jedynej drodze do bezpiecznego życia, pięknej przyszłości. Myślałam o spacerach po ulicach miasta, o tym, jak oddycham bez lęku. Pamiętam, że zawsze słuchaliśmy o prawach dzieci w Europie, o tym pięknym miejscu.

Zdecydowaliśmy się na podróż przez Białoruś. To miało być doświadczenie, które odmieni nasze życie na lepsze. Ta droga, to doświadczenie, nieważne jak długo i dokładnie starałabym się to opisać, nie zdołam oddać naszego przerażenia, lęku, jaki poznaliśmy my, moja mama, tata, siostra, bracia i ja.

Szliśmy w kompletnej ciemności. Ciała moich braciszków były jakby martwe, oni żyli, ale nie do końca. Było tak zimno, tak strasznie zimno. To były martwe ciała, które zalewały łzy, ich oddech tonął w lęku. Ja i moja siostra Zeinab udawałyśmy, że jesteśmy dzielne, nie chciałyśmy, by oni się dodatkowo o nas martwili.

Prawdziwym szokiem było dla mnie, gdy spotkaliśmy białoruskie służby. Oni pobili mojego tatę i wszystkich mężczyzn, którzy byli z nami w lesie. Zabrali nam wszystko: wodę, jedzenie, pieniądze. Przyłożyli broń do czoła mojego taty, by ten się nie ruszał, i puścili za mną i moją siostrą psy. Płakałyśmy, biegnąć i błagając tatę o pomoc, ale on nie mógł nic zrobić, bo miał broń przyłożoną do skóry. Nie mógł się ruszyć. Psy biegły za nami, a żołnierze śmiali się z nas, żartowali, aż do momentu, gdy padłyśmy z siostrą z wycieńczenia, leżałyśmy na mokrej ziemi.

Oni nie znają litości, ich serca są puste. Po tym wszystkim kazali nam iść do Polski. I szliśmy strasznie długo, w zupełnej ciemności, aż udało nam się dotrzeć do granicy.

I polskie służby robią to samo. Słyszeliśmy krzyki: „Wracajcie, skąd przyszliście!". Zostaliśmy miesiąc w lesie, w tej sytuacji. Byliśmy w zimnie, w przerażającym, paraliżującym zimnie. Mieliśmy tylko maleńkie ognisko, które dawało nam trochę ciepła. Nie mogę wam opisać wszystkich szczegółów, bo gdy tylko o tym myślę, przychodzi do mnie to dziwne, straszne uczucie.

Pomyślałam: już wszystko dobrze, jesteśmy w Polsce

Za ostatnim razem, gdy próbowaliśmy przejść do Polski, byliśmy grupą pięciu rodzin, piętnaścioro dzieci. Nasze dłonie były jak jedna, wspieraliśmy się tak, jak wspiera się wzajemnie rodzina. Weszliśmy ścieżką do lasu i napotkaliśmy polskie wojsko. Byłam w szoku.

Jeden żołnierz powiedział do nas: „Idźcie, nie widzę was.". Uniósł swoją dłoń i dodał: „Idźcie tędy." I szliśmy dalej, szczęśliwi, powiedzieliśmy sobie, jesteśmy bezpieczni, już wszystko dobrze, jesteśmy w Polsce, koniec jest bliski i czeka nas wieczny spokój.

Przeszliśmy przez lodowate bagna. Mój tata przeniósł wszystkie dzieci. Po jednym brał je na swoje ramiona i pokonywał bagna, wiele, wiele razy. Patrzyliśmy na tatę, wykończonego, jego nogi były całe we krwi. Przetrwał ten ból, byśmy szybciej byli bezpieczni. Nikomu nie życzę tego, co przeżyliśmy w lesie. To jest strasznie trudne i przerażające, ale musieliśmy przejść przez ten las.

To niemożliwe, żebyśmy wrócili do Iraku i przeżyli. Śmierć i ból idą naszymi śladami. Szliśmy tak przez kolejne dziesięć dni i dziesięć nocy. Gdy zbliżała się noc, płakaliśmy. Bardzo boję się ciemności, a dźwięki nocy są straszniejsze niż śmierć, ale starałam się udawać silną.

Nie mieliśmy jedzenia i mój tata wraz z dwojgiem innych mężczyzn i kobiet przeszli bardzo długą drogę, by znaleźć wodę, ale się nie udało. Byliśmy wykończeni, nie mieliśmy siły oddychać. Zdecydowaliśmy, by oddać się służbom. Przyszli do nas ludzie z organizacji, dali nam wodę i jedzenie, suche ubrania i też pomoc medyczną. Dzień później do lasu przyjechały media i ktoś ważny, jakaś ważna w Polsce osoba. Zabrali nas gdzieś, byliśmy tam osiem dni. Tata mówił nam, że jeszcze kilka dni i będziemy bezpieczni i wolni.

Życie zawiodło nas raz jeszcze. Zostaliśmy skazani na 60 dni więzienia. Byliśmy w szoku. Nie mogłam patrzeć na moich rodziców. Czy oni nas okłamali? Gdzie jest ta przyszłość, o której mówili? Ale później wiedzieliśmy, że musimy czekać, że musimy pójść do tego „zamkniętego ośrodka".

To nie ośrodek dla uchodźców, to więzienie

Gdy zobaczyłam ten budynek, zrozumiałam, że idę do więzienia. To nie był ośrodek dla uchodźców. Straż i kamery były wszędzie. Dla mnie wtedy rozpoczęło się nowe cierpienie. Bo jeśli położyć na jednej szali wszystko, czego doświadczyłam wcześniej, a na drugiej to, czego doświadczyłam w „ośrodku", w moim sercu ciężar tego bólu jest taki sam. Zaczęłam potwornie bać się wojska i straży. Nawet gdy spaliśmy, przychodzili do naszego pokoju, żeby sprawdzić, czy nadal jesteśmy w łóżku, czy nie uciekliśmy.

Psy i to miejsce przerażają mnie. W nocy w ośrodku jest strasznie i nie mogę przestać myśleć o tym lesie i o tym, co tam przeżyliśmy. Te goniące nas psy. Nawet moje sny stały się koszmarem.

Śledzą mnie tak jak te psy. Jednak ciągle starałam się przekonać samą siebie, że to minie. Wierzyć, że jestem silna, że spełnię moje marzenia, że czeka mnie piękna i jasna przyszłość, pełna światła i nadziei. Marzyłam, by moje imię odbiło się echem i by moje czyny miały wpływ na świat.

Służyłabym społeczeństwu, a społeczeństwo mi. Od kiedy pamiętam, chciałam zostać dentystką, nauczyć się grać na pianinie i rysować. Marzyłam też zawsze o aparacie ortodontycznym, bo w Iraku jest niewyobrażalnie drogi. Być dzieckiem w Iraku i mieć marzenia - to niemożliwe. Marzę też, by nauczyć się pracy w dizajnie. Budzę się jednak w miejscu, w którym żaden człowiek nie zdoła żyć.

Siedzę teraz i obwiniam się za to, co nam się przydarzyło. Obwiniam siebie i swoją rodzinę. Lęk, gniew i krzyki przepełniają powietrze więzienia. Wtedy nie wiem, co się ze mną dzieje. Wszystko staje się niewyraźne. Nie rozumiem, co się dzieje, do momentu przebudzenia. Wtedy rodzice mówią mi, że straciłam przytomność.

Albo gdy się budzę i całe moje ciało przepełnia ból, nie mogę chodzić. I te ataki ze mną zostają. Dzieje się tak za każdym razem, gdy słyszę krzyk. Dzwoni w mojej głowie i odchodzę. Często dostawałam tabletki nasenne i spałam całymi dniami. Nie dostałam w ośrodku żadnej pomocy od lekarzy, nikt nie bał się o moje życie, nie było dla nich cenne.

Od kiedy 27 grudnia 2021 r. dostaliśmy decyzję o przedłużeniu wyroku więzienia o cztery miesiące, poczułam, że dzieje się ze mną coś złego. Zalewały mnie fale silnego lęku i zmartwień. Cały czas bolała mnie głowa, miałam problemy z oddychaniem. Te ataki zostały ze mną. Uznałam, że nie ma ratunku w tym życiu, że nigdy nie dojrzymy światła, bo jesteśmy kryminalistami, nie jesteśmy uchodźcami.

Chciałam odebrać sobie życie

Siedzę teraz w naszym pokoju, nie mam energii, nie mam apetytu, nie chcę jeść i nie chcę pić. Chciałam odebrać sobie życie.

Lekarze w ośrodku mówili, że nic mi nie jest, że mi nie pomogą, bo udaję, bo symuluję te ataki. Chciałam wiedzieć, co się ze mną dzieje, czym są ta ataki, czy wkrótce umrę? Bałam się śmierci, bo bałam się, że nie uda mi się w moim życiu niczego osiągnąć.

Nie mogłam oddychać, czułam, że śmierć się zbliża. Wtedy moja siostra błagała jednego ze strażników, by wezwał karetkę. Przyjechała i zabrali mnie do szpitala. Dzień później przewieźli mnie do szpitala psychiatrycznego.

Od 28 dni [03.02.2022] odmawiam jedzenia. Dają mi napoje, które utrzymują mnie przy życiu. Proszę o wolność dla mnie i mojej rodziny. To w skrócie moja historia. Czy przestępstwem jest spełniać marzenia?

Czy zasługuję na śmierć w więzieniu? Wzywam was do osądzenia. Jestem pełna zaufania do mieszkańców Polski i Europy, bo są ludźmi litościwymi i walczącymi o sprawiedliwość.

Tłumaczyła: Nina Maria Michnik

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Cisza w komentarzach. Mam nadzieję, że nawet tych z Polaków, którzy udają, że nie ma problemu, coś jednak do cholery tknęło po przeczytaniu tego listu.
@Umbertooooo
Jeśli przeczytali. To im pewnie nie pasuje do ich obrazu terrorystów, którzy chcą się zakraść do Polski i przed którymi musimy się dzielnie bronić.
już oceniałe(a)ś
2
2
I co, gdzie te 'litościwe' komentarze o tym, że trzeba ich natychmiast odesłać do Iraku?
już oceniałe(a)ś
14
5
Cholerne zasrane państwo. Rzygać się chce :)
już oceniałe(a)ś
4
2
Tiba, strasznie mi przykro? przetrwaj ten krąg piekła, już tyle przetrwałaś :( Żyj żeby się uczyć, rozwijać, cieszyć wszystkim co życie może ci jeszcze dać. To nie wszystko, to tylko etap. Przepraszam, że tak Was przyjęto w moim zimnym, ponurym kraju. My sami go teraz nie lubimy? Nie cała Europa jest taka.
już oceniałe(a)ś
0
0
Na samym początku jest manipulacja. Nikt nikogo nie skazał na więzienie i pobyt w ośrodku nie stanowi kary. Zresztą idąc tym tropem to co prawda pobyt w ośrodku zapewne do najprzyjemniejszych nie należy, ale ostatecznie tu nikt nie odlicza czasu wybuchami, nikt nikogo nie zabierze na tortury, podają regularnie posiłki i jest ciepło. Czy to mało? Jeżeli spędziło się na bagnach kilkanaście dni, a wcześniej żyło się w kraju, gdzie można było zginąć w wybuchu bomby na ulicy, to wbrew pozorom dużo. Szkoda, że autorka tego listu nie docenia tego, że mimo wszystko Polska dała jej bezpieczeństwo.

A nade wszystko sytuacja ta jest przejściowa. Przy czym fakt, iż trwa tak długo wynika ze specyfiki postępowania sądowego w Polsce. Sędziów jest mało, rozprawy się wloką, ja na wyrok w sądzie okręgowym czekałem trzy lata. Urok tego kraju.

Pomijam tutaj najzupełniej fakt, że raczej tego rodzaju listy nie wychodząc spod ręki trzynastolatki i mnogość środków stylistycznych świadczy o tym, że został on przez kogoś przeredagowany.
@kr_okodyl
"Nikt nikogo nie skazał na więzienie"

To jeszcze gorzej. Nikt nikogo nie skazał, a siedzą w "ośrodku" o rygorze więzienia.
już oceniałe(a)ś
4
2
@kr_okodyl
Zamień się z tym dzieckiem, posiedź miesiąc w ?raju za drutami?, gdzie ?jest ciepło i podają jedzenie? (w więzieniu również) i potem się wypowiadaj.
już oceniałe(a)ś
1
2