Czy ktoś w szpitalu zapytał Agnieszkę, czy chce przerwać tę ciążę? Tak, bardzo chciała mieć dzieci. Ale nie za wszelką cenę. Musiała przecież myśleć o tej trójce, która została w domu. Ciąża nie powinna oznaczać cierpienia ponad ludzkie siły - mówi siostra zmarłej Agnieszki z Częstochowy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

37-letnia Agnieszka była mamą dwóch córek (19 i 12 lat) oraz 8-letniego syna, który cierpi na autyzm. Zmarła 25 stycznia br. Okoliczności śmierci nagłośnili jej krewni w mediach społecznościowych
Wskazywali, że lekarze w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Częstochowie zwlekali z usunięciem obumarłych płodów bliźniaczej ciąży, doszło do sepsy, a w efekcie do zgonu, gdy kobieta została przewieziona do szpitala w Blachowni w nocy z 24 na 25 stycznia 2022 r. 

Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Prokuratura Regionalna w Katowicach.

"Wyborcza" rozmawia z siostrą bliźniaczką zmarłej – Wiolettą.

W części rozmowy uczestniczyli też mąż Agnieszki i teściowa. Rodzina stara się zachować prywatność, ma duży żal do dziennikarzy tabloidów i mediów elektronicznych o wtargnięcie w ich życie w pierwszych dniach po tragedii.

Przeczytaj też komentarz "Strach w Polsce po 2020 r.": Bez ponad wzorowej komunikacji z pacjentkami w ciąży pogłębiać się będzie atmosfera podejrzliwości i lęku, że lekarz w obawie o własną skórę coś przemilczy, nie ostrzeże przed wszystkimi możliwymi komplikacjami, nie powie tego, co powiedziałby, gdyby aborcja była legalna, powszechnie dostępna, bezpieczna i finansowana z budżetu państwa."

Rozmawiają Anita Karwowska i Waldemar Paś

Wioletta: W dzieciństwie jako siostry bliźniaczki czasami nie dogadywałyśmy się ze sobą. Ale zawsze któraś szybko wyciągała rękę na zgodę. Chodziłyśmy razem do szkoły, mieszkałyśmy w internacie. Ona została w Częstochowie, ja przeprowadziłam się do Poznania. Rodzina dla Agnieszki była bardzo ważna. Dzwoniłyśmy do siebie często, ale widywałyśmy się dwa razy do roku.

Siostra miała problemy z wymową, ale nie tylko ja ją świetnie rozumiałam – dogadywała się bez problemu w urzędach, z nauczycielami czy lekarzami dzieci. Szwagier bardzo troszczył się o rodzinę. Jest hydraulikiem, od 12 lat pracuje w jednej firmie – gdy Agnieszka poszła do szpitala, dostał urlop, aby zaopiekował się dziećmi.

Teraz mieszka z nimi również jego mama. Była bardzo zżyta z Agnieszką. Bez przerwy płacze. Dzieci tęsknią za matką. Młodsza córka wciąż ogląda zdjęcia. Chłopiec wczoraj płakał. Tylko Marta Lempart [Strajk Kobiet] i szkoła zapewnili nam wszystkim psychologów.

Anita Karwowska, Waldemar Paś: Kiedy dowiedziała się pani o ciąży siostry?

Wioletta: Zadzwoniła do mnie niedługo po tym, jak sama się dowiedziała. Agnieszka, na te czasy dziecko? – zapytałam. Ale siostra uwielbiała dzieci. Na początku była przekonana, że rozwija się jeden płód. Była zaskoczona, kiedy okazało się z czasem, że to ciąża bliźniacza. I co teraz zrobisz? – pytałam. Wychowam je, mam warunki, ciepło w domu. Dam radę – odpowiedziała. Liczyła na pomoc teściowej.

Teściowa: Synowa była dla mnie jak córka, wszędzie my obie. Zawsze za rodziną. Mówiła w ciąży: mamusiu, troszeczkę mnie brzuch boli. Rozmawiałyśmy, że początki mogą być trudne. Ale skarżyła się coraz bardziej, że z bólu nie może spać, wymiotuje, jadła tylko kleik. Chodziła po lekarzach, dowiadywała się. Pytała mnie: to będą dwojaczki, mamuniu, pomożesz?

Wioletta: Była dwa razy w szpitalu, badali ją i wracała do domu.

Czy na coś chorowała?

Wioletta: Nic mi o tym nie mówiła. Do szpitala skierowała siostrę jej pani ginekolog z przychodni. Nie wiemy, dlaczego ją skierowała. Do szpitala odwiozła ją najstarsza córka.

Teściowa: Na Parkitce [Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Częstochowie] z powodu pandemii nie ma wizyt.

Wioletta: Dzwoniłam wielokrotnie i wciąż słyszałam od Agnieszki, że nic nie wie. Nie mogliśmy też niczego dowiedzieć się w szpitalu, bo szpital poinformował nas, że Agnieszka nie upoważniła nikogo do wglądu do swojej dokumentacji medycznej. Byliśmy tym zaskoczeni, że nawet mąż nie może się dowiedzieć. Agnieszka, jak z nią rozmawialiśmy, nic nie wiedziała, nic nie mówiła, że ma coś podpisać. Myślę, że nic jej nie powiedzieli. Nam dopiero szpital w Blachowni, po śmierci siostry, wydał dokumenty.

Dlaczego siostra nie wiedziała, co jej jest?

Wioletta: Nie umiem powiedzieć. Za każdym razem naciskałam na siostrę, by dopytała lekarzy, co jej dolega. Odpowiadała: nie wiem, robią kolejne badania. A potem powiedziała: jedno dziecko nie żyje. Potem, że drugie. Kontakt urywał się z nią dnia na dzień. Ostatni raz rozmawiałam z nią 5 stycznia.

Czemu nagrywała pani te rozmowy?

Wioletta: Mówiła jakoś inaczej niż zwykle i to mnie zaniepokoiło, dlatego zaczęłam nagrywać. Na niektóre pytania nie odpowiadała. Starałam się, aby dotarło do niej, co mówię, ale było coraz gorzej. Gasła z dnia na dzień. Po 5 stycznia nie była w stanie podnieść ręki.

Agnieszka z Częstochowy. Zmarła 25 stycznia br.
Agnieszka z Częstochowy. Zmarła 25 stycznia br.  arch. rodzinne

Teściowa: Przez telefon mówiła mi, że ją bardzo boli. Ale kiedy wzywała pielęgniarkę czy lekarza, nikt nie przychodził.

Wioletta: Szwagier był u niej dwa razy: raz na ginekologii, raz na neurologii. Na ginekologii lekarz zgodził się na odwiedziny, bo był już z nią utrudniony kontakt i lekarze liczyli, że może pozna męża. To było jeszcze przed zabiegiem usunięcia płodów.

Poznała?

Mąż Agnieszki: Była obecna pół na pół. Pielęgniarka powiedziała, że to okres świąteczny, nie ma w szpitalu ludzi, a żona jest w trakcie badań i coś cały czas pobierają do badania. Nie mówili konkretnie, ogólniki. Nic się nie dowiedziałem.

Co się działo w ostatnich dniach grudnia?

Mąż Agnieszki: Wielokrotnie dzwoniłem. Słyszałem, że żona jest na badaniach albo że śpi i odpoczywa. A kiedy dociskałem, to radzili, żebym zapytał żonę. Pytałem: co ci robią, co mówią? Dzwoniłem po wieczornym obchodzie przed 22. Żona mówiła: a nic, będą mi coś robić. Że nie wie co, nie mówią. Ani od niej, ani od lekarzy nie miałem odpowiedzi.

Nie czuł się pan zbywany przez lekarzy?

Mąż Agnieszki: Kiedy lekarz mi mówi, że robią badania, to mu wierzę. Wierzyłem.

Kiedy zaczął się pan niepokoić?

Mąż Agnieszki: Nie wiedziałem o zakażeniu, złym wyniku CRP. Dzwoniła do mnie rodzina, dopytywali o Agnieszkę. Pojechałem do szpitala. Usłyszałem, że pobrano płyn mózgowo-rdzeniowy i wysłano próbkę do badań we Francji.

Wioletta: Rehabilitant Agnieszki dopytywał mnie, czy nie jadła surowego mięsa. Przyjechałam do Częstochowy, bo po rozmowie z siostrą wiedziałam, że muszę zareagować. Od 21 grudnia do 5 stycznia leżała na ginekologii, potem na neurologii. Początkowo lekarka na neurologii nie pozwoliła mi wejść do Agnieszki, ale po długiej rozmowie się zgodziła.

Nie poznałam siostry, schudła ze 30 kg w ciągu miesiąca (wcześniej ważyła ponad 80 kg), opadała jej głowa.

Na pytanie, dlaczego siostra jest w takim stanie, usłyszałam: „przywieziono ją z ginekologii w takim stanie, to do nas nie należy". Lekarka powiedziała, że podejrzewają chorobę Creutzfeldta-Jakoba, na wyniki badań czeka się 3,5 tygodnia. Pytałam, jak się mamy nią opiekować po powrocie do domu. "O jakim domu pani mówi? Czy nie rozumie pani, że to choroba śmiertelna?" – usłyszałam. Oczy Agnieszki były jak za mgłą. Jak ją posadzono, to opadała jej głowa. Rehabilitant chciał, aby ćwiczyła brzuch, ale nie była w stanie. Tak jakby udawał, że nie widzi, że z nią jest naprawdę źle.

Popłakałam się. Szpital skierował do mnie psychologa szpitalnego, który udzielił mi wsparcia.

Jakie są wyniki badań we Francji na CJD?

Wioletta: Nie wiemy, my ich nie mamy.

Dlaczego pani Agnieszka znalazła się na neurologii?

– Usłyszałam, że nie będą trzymali siostry jak na wczasach i podadzą jakieś leki, chyba antydepresyjne. To takie okropne usłyszeć coś takiego, gdy się widzi rodzoną siostrę skręcającą się z bólu.

Była w złym stanie psychicznym?

– Nie wiem o tym, żeby stwierdzili jej jakąś chorobę w szpitalu, ale jak ją widziałam na telefonie, to była strasznie przybita i cierpiąca. Gdy usłyszałam, że może to CJD, to zaczęłam czytać o tej chorobie w internecie. Niby się zgadzało, gdy siedziała, to nie potrafiła głowy utrzymać, leciały jej ręce. Ale gdy zadzwoniła nasza wspólna koleżanka, to komunikowała się z nami, poruszając dłonią. Straszne to było, i znikąd jakiejś pomocy, informacji.

Dużo niejasności.

– Za dużo. Nie wiedzieliśmy, jakie badania wykonują. Dlaczego szwagier nie mógł mieć dostępu do dokumentacji medycznej. Ona prawie przez cztery miesiące ciąży bardzo źle się czuła. A pierwsze dziecko zmarło już 23 grudnia.

CRP wciąż rosło, 24 stycznia wyniosło już 157 [w szpitalu wojewódzkim, niedługo przed przewiezieniem do szpitala w Blachowni], mam to w dokumentacji medycznej, którą otrzymaliśmy ze szpitala w Blachowni.

Chyba przetaczano jej krew. Dowiedzieliśmy się, że na ginekologii brała cztery antybiotyki. Podejrzewamy, że to z powodu zakażenia. Po śmierci pierwszego dziecka zwijała się z bólu. Mam daty nagrań. Dlaczego zwlekali z zabiegiem? Skoro jedno dziecko zmarło, a kobieta zwija się z bólu, to chyba trzeba działać? 29 grudnia zmarło drugie dziecko, a ona jeszcze dwa dni leżała z tymi martwymi dziećmi w brzuchu!

Dlaczego?

– Mąż Agnieszki to dobry, spokojny człowiek, przyjmował to, co mówili lekarze, i czekał. Myślał, że wiedzą, co robią. Ale chcieliśmy znać szczegóły, przyczynę, a na to nie było szans. Nikt nie rozmawiał z nią ani z nami o tym, co się dzieje.

Może skoro Agnieszka nie potrafiła się dobrze wysłowić, szpital zbywał ją oraz jej męża?

Dołożę starań, by sprawę wyjaśnić. To, co się stało z moją siostrą, może spotkać każdą kobietę w Polsce.

Czyli?

– Lekceważenie, tak naprawdę spławianie pacjenta i jego rodziny. To m.in. właśnie dlatego, aby dowiedzieć się, jak jest, przyjechałam do Częstochowy parę tygodni temu. Kiedy wzięłam sprawy w swoje ręce, to znów łaskawie zgodzili się na odwiedziny przez rodzinę.

Myślałam, że sprawy idą w dobrym kierunku, bo jak Agnieszka zobaczy męża, to zacznie lepiej funkcjonować. Ale w czasie trzecich odwiedzin szwagier nie zadzwonił do mnie o umówionej porze. Coś mnie tknęło, ja zadzwoniłam. A on płakał i powiedział, że chyba reanimują Agnieszkę, bo przypadkiem dowiedział się o tym na korytarzu szpitala.

Dlaczego tuż przed śmiercią panią Agnieszkę przewieziono ze szpitala wojewódzkiego do szpitala o niższym stopniu referencji?

– Nie wiemy. Szwagrowi już nie pozwolili odwiedzić żony. Szpital zadzwonił na drugi dzień do niego, że w nocy przetransportowali żonę do szpitala w Blachowni i aby przygotował się na najgorsze. No i zmarła później.

Przeczytaj również: FEDERA: Lekarze nie mogą dłużej podejmować decyzji ponad naszymi głowami, zakładać, co jest dla nas lepsze

Na jakie pytania chciałaby pani dostać odpowiedź?

– Dlaczego tak długo czekali z wykonaniem aborcji, skoro ją tak bolało? Dlaczego dwa dni leżała z martwymi płodami w brzuchu? Przecież była w szpitalu, wszyscy widzieli, w jakim jest stanie, że bardzo cierpi? Co ona musiała czuć jako matka? Ja nie planuję już mieć dzieci, nie tylko ze względu na mój wiek, pandemię, ale też i czasy, w jakich żyjemy. Na miejscu siostry na pewno nie chciałabym odczuwać tego, co ona przez ten miesiąc. Nie być pewną, czy w razie potrzeby dostanę szybko pomoc, bo lekarze zbyt długo będą ratować ciążę.

Brak słów, to m.in. dlatego nagłośniłam to wszystko.

Czy ciążę należało wcześniej zakończyć?

– Agnieszka miała takie myśli. Mówiła: mam dość, już nie chcę tych dzieci. Tak cierpiała. Ale też zmieniała zdanie, na moment odzyskiwała nadzieję. Co miała myśleć, jeśli nikt z nią nie rozmawiał?

Miała pani wrażenie, że dobro ciąży było stawiane wyżej niż dobro pani siostry?

– Gdy już stracili jedno z tych dzieci, szwagier poszedł do lekarza i powiedział: proszę pana, ratujcie przede wszystkim moją żonę! To ciężka decyzja, ale w domu jest przecież trójka dzieci potrzebujących mamy, szczególnie najmłodsze dziecko, które cierpi na autyzm.

Dlaczego czekaliście ponad tydzień na rozmowę z prasą?

– Bardzo się zraziliśmy do dziennikarzy w pierwszych dniach po tragedii. Jedni, z tabloidu, weszli do domu do teściowej, kazali jej modlić się z różańcem w ręku i to nagrali. Inni, z telewizji, pokazali zdjęcia wszystkich dzieci, tylko dlatego, że babcia jednego dziecka wyraziła zgodę. Ale przecież to za tymi dziećmi później wszystko będzie wlokło całe życie. Jak można komuś, kto jest w szoku po śmierci bliskiej osoby, kazać brać różaniec, modlić się i to nagrywać!? No, co to jest, do jasnej cholery!

Sprawą zajmuje się prokuratura, rzecznik praw obywatelskich, konsultant krajowy. Co już wiadomo?

– Nie możemy ujawniać tajemnicy śledztwa. Jest dużo niejasności. A tymczasem szpital twierdzi, że wszystko na pewno było w porządku. Jak tak można?

A COVID?

– Przez miesiąc była w szpitalu, dwa razy wykluczono COVID i nagle koronawirus pojawił się w stanie krytycznym?

Nie wierzy pani w to?

– Niech wyjaśnią to medycy i prokuratura. Ja nie wierzę już prawie w nic, co mówią lekarze, teraz im się zebrało na mówienie. Wcześniej milczeli, nie chcieli wydać dokumentów, o wszystko trzeba było się wykłócać. A teraz mają tyle do powiedzenia, jak ich tam nawet nie było. Gdzie oni są, jak pacjent w ciężkim stanie i rodzina błagają o informacje, jakiekolwiek? A teraz w gazetach i w internecie tacy rozmowni nagle. Wszystko wiedzą, co się wydarzyło.

Czy wedle pani odczuć jest wola rzetelnego wyjaśnienia sprawy?

– Na razie doceniam duże zaangażowanie prokuratury, mam nadzieję, że dojdziemy prawdy. Bardzo pomaga nam Kamila Ferenc [Federa], prawniczka, która nas reprezentuje. Była na spotkaniu w Strajku Kobiet, jak po złożeniu skargi w prokuraturze pojechaliśmy po pomoc do Warszawy. I teraz nas reprezentuje.

Co chciałaby pani powiedzieć kobietom w ciąży, które idą w Polsce do szpitala?

– Każdą Polkę może spotkać to, co Agnieszkę. Czy w szpitalu ktoś zapytał moją siostrę, czy chce przerwać tę ciążę? Tak, bardzo chciała mieć dzieci. Ale nie za wszelką cenę. Musiała przecież myśleć o tej trójce, która została w domu. Oni nie mają drugiej matki! Dlatego myślę, że gdyby jej zaproponowano aborcję, to na pewno zgodziłaby się – tak mocno cierpiała. Przecież ciąża nie powinna oznaczać cierpienia ponad ludzkie siły. Czas to powiedzieć głośno i by lekarze to pojęli.

W jaki sposób zagwarantować Polkom bezpieczeństwo, którego dziś brakuje?

– My, kobiety, musimy mieć prawo do wyrażania własnego zdania, decydowania o swoim ciele. Każda kobieta, która nosi martwe dziecko w swoim łonie, powinna móc powiedzieć: panie doktorze, strasznie mnie boli, źle się czuję, proszę przerwać ciążę. A tu leżysz z martwym płodem, ledwo zipiesz, jesteś wykończona psychicznie, w strasznym strachu i nikt cię nie wysłucha? Nie zapyta, czego w tym momencie naprawdę chcesz?

Nawet jeśli – jak czytam w internecie te wszystkie opinie lekarzy – jest to zgodne z prawem i sztuką medyczną? Ale jeżeli ją to tak strasznie bolało, co ona na pewno zgłaszała, to dlaczego nikt nie zareagował? Za każdym razem, kiedy dzwoniłam do Agnieszki, to słyszałam: "Wiola, boli. Wiola, jak to boli". No do cholery, dlaczego jej nikt nie pomógł?

Jesteśmy kobietami, nie inkubatorami. Myślę, czy ja na jej miejscu poradziłabym sobie w tym szpitalu lepiej, nie dała się tak traktować. Ale tego nigdy nie wiemy, w takim miejscu człowiek jest jak rzecz. Chcę, abyśmy my, Polki, były wysłuchane. Bo przez to prawo, które jest w Polsce, to już nas się w ogóle nie słucha. Można z nami już wszystko zrobić.

***

STANOWISKO SZPITALA WOJEWÓDZKIEGO W CZĘSTOCHOWIE

Szpital wojewódzki w Częstochowie zaprzecza twierdzeniom krewnych Agnieszki, że kontakt z nią był utrudniany i nie informowano o stanie jej zdrowia. „Podkreślamy, iż personel szpitala podjął wszystkie możliwe i wymagane działania, które miały na celu ratowanie życia dzieci oraz pacjentki. Wskazujemy, iż na postępowanie lekarzy nie wpływało nic innego, poza względami medycznymi i troską o pacjentkę i jej dzieci. Współpracujemy ze wszystkimi organami, które prowadzą postępowania wyjaśniające" - można przeczytać w oświadczeniu.

Tu przeczytasz pierwsze oświadczenie Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie w tej sprawie 

Tu przeczytasz drugie oświadczenie Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie w tej sprawie

Przeczytajcie również:

Śmierć 30-letniej Izabeli z Pszczyny. Matka ujawniła wiadomości od córki: "Dzięki ustawie aborcyjnej muszę leżeć"

Historia Izy z Pszczyny nie jest jedyna. W Świdnicy zmarła kobieta, której kazano rodzić martwe dziecko

 Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    A politycy się dziwią, że dzietność spada. Ja tam się dziwię każdej kobiecie, która ma dość odwagi, żeby w Polsce z premedytacją starać się o dziecko.
    już oceniałe(a)ś
    79
    3
    Znamienne, że obecnie na stronie głównej Wyborczej są wyświetlone dwa artykuły. O cierpieniu i śmierci p. Agnieszki. Oraz żale p. Karoliny że odbierają jej prywatność. Bo to właśnie dzięki między innymi Ordo Iuris zapadł taki wyrok w TK Przyłębskiej.
    już oceniałe(a)ś
    74
    1
    Ten artykuł pięknie koresponduje z towarzyszącym mu na stronie głównej tekście o tych k****ch z opłacanej przez Kreml organizacji.
    już oceniałe(a)ś
    66
    2
    ?które miały na celu ratowanie życia dzieci oraz pacjentki?

    Źle, źle, dwója, siadaj, rzecznik!!!
    Ratowanie życia PACJENTKI oraz, w miarę możliwości, płodów - taka kolejność, takie nazwnictwo, tak to powinno brzmieć!
    @ammma
    Dokładnie !!!
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    @ammma
    Ta kolejność ratowania najpierw "dzieci" a potem kobiety, to nie przypadek. Właśnie to robili ze śmiertelnym skutkiem dla trojga.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Czytając ten wywiad odniosłam wrażenie, że lekarze albo nie interesowali się pacjentką i jej stanem, albo wiedzieli jak jest sytuacja j, ale woleli nic nie mówić ani rodzinie ani pacjentce. Obie sytuacje są karygodne i jak najgorzej świadczą o lekarzach, pielęgniarkach i całej tej pie...nej "placówce".
    A curvy - obrońcy życia pewnie się cieszą, że tak dzielnie ch...scy lekarze bronili życia.
    @verita serum
    Zupełnie jakby nikt nie chcial odpowiedzialności za jej leczenie.
    już oceniałe(a)ś
    9
    0
    @verita serum
    Jeżeli pacjent nie upoważni lekarzy do przekazywania informacji na temat stanu zdrowia to nie będą informować. To jest normalna procedura, nie tylko u nas.
    Nigdzie nie jest tak, (a przynajmniej nie powinno być), że lekarze udzielają wrażliwych informacji bez zgody osoby chorej.
    już oceniałe(a)ś
    1
    7
    @iwanme
    Pytanie czy ktokolwiek uświadomił pacjentkę że musi takiej zgody udzielić. Z tego artykułu jasno wynika że problemem jest nie tylko karygodne podejście do leczenia kobiet w ciąży, ale przede wszystkim stosunek do pacjenta- o niczym nie musi wiedzieć, o niczym się go nie informuje, lekarz wie lepiej.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    ?Podkreślamy, iż personel szpitala podjął wszystkie możliwe i wymagane działania, które miały na celu ratowanie życia dzieci oraz pacjentki? - znamienne, że mówią o ?dzieciach? przed pacjentką. Jakich dzieciach?! Przez dwa dni miała w sobie dwa martwe płody, a oni bali się coś z tym zrobić przez katofaszystów opłacanych przez Kreml.

    Nadal chcecie się martwić prywatnością cudzołożników i rozwodników Zycha i Pawłowskiej?
    @Uroboros
    Na tym etapie ciąży jest duża szansa, że jedno z bliźniąt się wchłonie, a drugie przeżyje. Z kolei po obumarciu jeśli jest szansa, że da się uniknąć łyżeczkowania to również jest to korzystne dla zdrowia.
    już oceniałe(a)ś
    2
    4
    @iwanme
    Nie wytlumaczysz.
    już oceniałe(a)ś
    0
    2
    @iwanme
    No patrz, tyle miała możliwości, a ta wzięła i złośliwie umarła
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    @iwanme
    A może by tak kobietę spytać czy chce czekać i ryzykować własnym życiem? Taka szalona propozycja.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Odmowa opieki medycznej jest nie tylko torturą, ale czynem karalnym. Pora, aby polscy ginekolodzy, którzy na temat aborcji nabierają wody w usta to zrozumieli.
    Łamaniem prawa, praw człowieka jest zakaz aborcji! Prawo do legalnej aborcji jest prawem do ochrony zdrowia!!! PiS skazal Polki na tortury, piekło maja już od 1993r. Zakaz aborcji - również ze wskazaniem społecznym oznacznacza prawny zakaz dostępu do opieki medycznej. Odmowa opieki zdrowotnej to barbarzynstwo, za ktore kazdy odmawiajacy bedzie odpowiadal nie tylko przed wlasnym sumieniem, ale rowniez prawnie.
    Współczesna aborcja wykonana w warunkach klinicznych trwa 2 minuty i jest prostym zabiegiem medycznym, bez żadnych następstw.

    Polska jako jedyny kraj nie podpisała Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej!!! Polska jest jedynym krajem w UE, który nie gwarantuje obywatelom praw podstawowych, przez tchórzostwo polityków przed klerem.
    Już PO nie wdrożyła wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 2007r, w związku ze sprawą zmarłej niedawno na COVID-19 - Alicji Tysiąc, zapewnienie dostępu do legalnej aborcji według dopuszczalnych wskazań, likwidacja elementów przemocy systemowej w zakresie ochrony zdrowia w kontekście aborcji.

    Polscy ginekolodzy przez 29 lat istnienia zakazu aborcji nie zrobili nic w obronie praw kobiet!!!
    Nawet ci pracujący za granica, wykonujący zabiegi, na temat aborcji biją się nawet pisnąć.
    O tych wykonujących zabiegi w polskim podziemiu, tez tacy są, nie wspominajmy lepiej.
    Jednym z niewielu, którzy maja odwagę się wypowiadać jest Dr Janusz Rudziński.
    Polski ginekolog w Niemczech z ponad 50-letnim doświadczeniem w zawodzie - odbierał już w 1971r gdańskie pięcioraczki, który bedac już na emeryturze, na prośbę polskich organizacji kobiecych wykonuje zabiegi dla polskich pacjentek w niemieckich szpitalach publicznych w pobliżu granicy z Polską. Mieszka w Nadrenii i będąc na emeryturze raz w tygodniu jedzie na drugi kraniec Niemiec, aby pomagać Polkom.

    ,Wydawało mi się, że postęp nauki, masowe wykształcenie spowodują, że ludzie będą coraz mądrzejsi. Ale, jak widać, nic na to nie wskazuje.?

    ?Rozwój polskiej ginekologii, położnictwa i z tym związanych postaw ideowo-społecznych zaskakuje mnie bardzo i martwi.?

    ?Aborcja jest małym, krótkim i bezpiecznym zabiegiem, który nie ma żadnego wpływu na życie czy zdrowie kobiety.?

    ?Ten zabieg trwa niecałe dwie minuty. Nie widzi się płodu, bo jeszcze go najczęściej nie ma. Pacjentka przychodzi o godzinie 8.00, zostaje przygotowana do zabiegu i w sali operacyjnej dostaje dożylnie dwuminutową narkozę. Po godzinie pacjentka wychodzi do domu. To krótki i bardzo bezpieczny zabieg, bez żadnych następstw.?

    ?Świadomość wykonywania aborcji nie jest najprzyjemniejszą rzeczą. Nie palę się do tego, ale jeśli pacjenci się zgłaszają, to nie mogę odmówić im pomocy. To jest problem ambiwalentny dla lekarzy, którzy wykonują zabiegi aborcyjne. Ale jeśli ktoś decyduje się zostać ginekologiem, musi robić również i to.?
    @style
    Co ty pieprzysz? Maly krotki zabieg? 2 minuty? Chyba jak jakis konował to robi a nie lekarz robiący zgodnie ze sztuką. Indukcja farmakologoczna to co najmniej kilka godzin, a aborcja mechaniczna niesie za soba ryzyka uszkodzenia macicy. To nie jest zrobienie paznokci i musi sie odbywac w odppwoednich warunkach i przez wykwalifikowanych ludzi, a nie tabletka i so domu i martw sie kobieto sama o siebie. Opieka przed i po!
    już oceniałe(a)ś
    1
    7
    @tof
    Aborcja wykonana metoda próżniową w warunkach klinicznych trwa 2 minuty! Nie powoduje żadnych następstw dla zdrowia kobiet.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    @tof
    Oczywiście że aborcja winna się odbywać pod nadzorem medycznym. Co nie zmienia faktu, że dziś jest to najczęściej krótki zabieg.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Horror. Dramat, który nigdy dla tej rodziny się nie skończy. Nie ma na to adekwatnej kary. Lekarze obudźcie się!!
    @Gemma
    do pierdla z lekarzami, niech zobacza jak to jest nie miec mocy ani prawa
    już oceniałe(a)ś
    0
    0